RYSZARD JAZDON: Moje życie rolnika

Na podstawie wywiadu z 12.09.1999 r. oraz z 17.08.2008r.


Ojciec mój Ludwik Jazdon w 1937 roku znalazł się w miejscowości Karna, kiedy zakupił za 20.000 zł. resztówkę po byłym majątku Niemca Wenzla. Jej wartość wynosiła wówczas 70.000 zł. i pozostałe 50.000 zł. udało mu się uzyskać z Funduszu Odbudowy Rolnictwa. W parcelowanej Karnie znajdowało się wówczas 90 gospodarstw, ale łączna długość dróg wynosiła 10 km, a więc była to rozległa wieś. Byli tam mieszkańcy zaradni i pracowici, gdyż nie odziedziczyli tych ziem po rodzicach, ale musieli wcześniej na nie ciężko zapracować, tak jak mój ojciec. We wsi przeważały zabudowania, których ściany nie były murowane, lecz od zewnątrz wykonane z drewna, a od wewnętrznej strony wykończone z gliny i trzciny. Ściany były cienkie, ale wykazywały bardzo dobrą izolację termiczną. Dachy budynków kryte były eternitem. Rodzice na początku zamieszkali w pałacu, w którym użytkowali 29 pokoi, za wyjątkiem pomieszczeń, w których mieściła się szkoła.

Wybuchła II wojna światowa i wszyscy mieszkańcy wsi zostali wysiedleni. Każdy miał 15 minut na spakowanie się i z tym co zdołał zabrać w tak krótkim czasie zostawał wywieziony albo na Podlasie albo do Niemiec. Inaczej było w 1945 roku z Niemcami, którzy opuszczali te miejsca. Oni nie pakowali dobytku w pośpiechu w węzełek, ale na cały wóz i wyjeżdżali z tym do siebie.

Pod koniec września 1939r. w Karnie pozostał tylko mój ojciec z racji bardzo dobrej znajomości agrotechniki i języka niemieckiego. Przedstawiciele III Rzeszy zlecili mu wprowadzanie osadników niemieckich, którzy pochodzili z dzisiejszej Mołdawii zwanej wówczas Besarabią przez okres 2-3 miesięcy. Po tym okresie stał się bezrobotnym pierwszy i jedyny raz w życiu, o czym wspominał jako o traumatycznym przeżyciu, tym bardziej dotkliwym, iż był wówczas ojcem trójki małych dzieci.

W grudniu 1939r. przesiedlono nas do Wolsztyna (m.in. do państwa Krajewskich - domu sekretarza powiatowych kółek rolniczych), skąd byliśmy przerzucani do kilku miejsc, by w końcu wylądować w Niałku Wielkim, gdzie zamieszkaliśmy w jednym pokoiku u gospodarza Ratajczaka. Później gospodarstwo zostało przejęte przez miejscowego Niemca Felsia. Razem z rodzicami przeprowadziliśmy się do jego rodzinnego domku z jednym pokojem i kuchnią oraz ze stodółką i chlewikiem. W domu był drugi pokój, w którym mieszkała żona oficera Abwery, która schroniła się tam w czasie ucieczki z bombardowanego Berlina - zgodna, kulturalna osoba. Ojciec dbał o czystość i schludność tego miejsca, co spotkało się z wdzięcznością Felsia, dla którego była to ojcowizna. Tata pracował w mleczarni przy skupie mleka, które przywożone przez rolników w konwiach zlewał do większych zbiorników.

W maju 1945r. po zakończeniu wojny wróciliśmy do Karny. Pierwsze kroki skierowałem do obory, gdzie zastałem mego brata tak bardzo skupionego na zamiataniu pomieszczenia, że nawet nie miał czasu się odezwać. Wokół leżały bydlęce i świńskie łby. W domu snuł się zapach mleka, a na kanapie leżała kozacka szabla.

Łącznie z lasem majątek liczył 33ha, co spowodowało, że ojciec znalazł się na liście kułaków. Panowała jeszcze atmosfera przedwojenna, tzn. można było zatrudniać ludzi, którymi często byli niemieccy uciekinierzy. Mieszkali oni w barakach w parku, w których w okresie wojny mieszkały tzw. "majdy" - kobiety które pracowały dla niemieckiej armii, szyły mundury, itp. Powstała wówczas spółdzielnia, w której około 20 gospodarzy objęło pod uprawę 200 ha ziemi. Ojciec użytkował 20ha, ale odstawiał o połowę więcej planowanego zboża niż ta spółdzielnia (miał wówczas 10 ton zboża - 100 kwintali przy ówczesnej normie 15-20 kwintali z hektara).

Pomagał mu w pracy na gospodarstwie Niemiec Rozenek mający wówczas status niewolnika, aresztowany przez UB w 1945r. Przejeżdżający przez Wolsztyn niemiecki pociąg zatrzymano, a załogę osadzono w areszcie. Rozenek pochodził z włocławskiego, spod Nieszawy i był palaczem, pomocnikiem maszynisty. Po roku ojciec wyrobił mu dokumenty, aby mógł poruszać się po Polsce i ten wyjechał do swej rodzinnej wsi. Dowiedział się tam, że jego żona i dwie córeczki w wieku 4-ech i 5-ciu lat zostały rozstrzelane przez Rosjan. Po 11 latach Rozenek ożenił się i odszedł od nas uzyskawszy wcześniej polskie obywatelstwo.

Przez krótki czas tuż po wojnie pomagał nam Filip, którego z dzieciństwa mile wspominam, ale okazał się Esesmanem i został szybko aresztowany. Były też różne Niemki, m.in. starsza, dystyngowana pani, która nie znała języka polskiego. Jako dzieci podśmiewaliśmy się z niej bo kiedy wołała nas na obiad to krzyczała z charakterystycznym akcentem "Obieee!, obieee!".

Jesienią zaczęliśmy chodzić do szkoły. Pierwszym nauczycielem był Heniu Snużka pasierb naszej ciotki. Później etaty objęli państwo Bladowie ze Stanisławowa. Były dwie sale podzielone na dwa lub trzy oddziały. W takich warunkach w ciągu czterech lat skończyłem sześć klas. Odbiło się to czkawką kiedy w 1949 w Wolsztynie uczony byłem prawie każdego przedmiotu przez innego nauczyciela i dostałem trzy dwóje na świadectwie. Z trudem jakoś z nich później wybrnąłem.

Na początku lat 50-tych ojciec wykorzystał pewien zapis prawny odnoszący się do uprawy zbóż. Otóż właściwa ustawa mówiła, że jeżeli uprawa ukierunkowana była na nasiennictwo to każdy kwintal odstawionych nasion rośliny do dalszej reprodukcji był liczony jako kwintal planowego zboża. Zaczął więc uprawiać nasienniki buraczane, dzięki czemu udało mu się uzyskać nawet ogromną sumę 100.000 zł. dzięki czemu mogliśmy się uczyć - czworo dzieci poza domem. Jednakże do roku 1956 była to nędzna wegetacja. Po XX Zjeździe PZPR gdy do władzy doszedł Gomułka i nastąpił odwrót od kolektywizacji, który zakończył prześladowania klasowe.

Omłot nasienników buraczanych.
Na młocarni Ludwik Jazdon.
Na podwórzu w Karnie Ludwik Jazdon.


Jeśli chodzi o działalność społeczno-polityczną ojca to po działalności w PSL mikołajczykowskim wstąpił do ZSL. Zmuszono go tam do złożenia orzeczenia w publicznej gazecie, iż zrzeka się wszelkich pretensji wobec Stronnictwa Ludowego z okresu działalności PSL Mikołajczyka. Gdyby tego nie zrobił na pewno sfabrykowano by jakiś proces i poszedł by siedzieć do więzienia, a my zostalibyśmy bez ojca. Uważam, że postąpił słusznie, choć niektórzy działacze mieli do niego o to pretensje. Ale do nich nie zwrócono się z takim żądaniem. W tamtym czasie na porządku dziennym było, iż Ubowcy wyprowadzali ojca o 12.00 w nocy z domu i przesłuchiwali.

Salomea Jazdon w Karnie około roku 1949/1950.
Ludwik Jazdon z wnuczką Małgosią Gałuszką dokarmia drób.

Ważne by uzmysłowić sobie jakie było w tamtych czasach podejście do kułaków i ich dzieci. W 1948 roku brat Adam i siostra Maryla, by kontynuować naukę musieli wyjechać do internatu w Wolsztynie prowadzonego przez siostry zakonne. Chodzili do szkoły gimnazjalnej, gdzie w ciągu dwóch lat skończyli 8-mą i 9-tą klasę. W 1949 roku brat Adam poszedł do Technikum Rolniczego w Bojanowie, a siostra przeszła do 10-tej klasy i mimo, że była jedną z najlepszych uczennic została wraz z kolegami, synami adwokatów i stomatologa relegowana ze szkoły. Tylko dzięki intensywnym staraniom rodziców i rodziny Marylka dostała się do technikum budowlanego w Poznaniu przy ulicy Rybaki.

W tym samym roku w wieku 12 lat kończyłem 7 klasę i miałem alternatywę ukończyć rok szkolny w oddalonym o 4km Siedlcu lub w Wolsztynie. Ze względu na poziom nauczania rodzice skierowali mnie do Wolsztyna, w którym starałem się później dostać do szkoły licealnej, ale ze względu na pochodzenie nie przyjęto mnie. Nie dostałem się ani do liceum, ani do Technikum Hodowli Drobnego Inwentarza w Gnieźnie, gdzie również złożyłem papiery. Tak się złożyło, że w owym czasie odbywały się prymicje jednego z księży misjonarzy, który ukończył wyższe seminarium w Krakowie. Zostali na nie zaproszeni moi rodzice i poznali tam wuja uświęcanego księdza Śmidody, który pochodził ze Zbąszynia i był dyrektorem Małego Seminarium Duchownego pod wezwaniem św. Wincentego A Paulo w Krakowie. Zgodził się on przyjąć mnie na naukę. W wieku 13 lat musiałem wyjechać do Krakowa, gdzie w ciągu roku ukończyłem 8 klasę.

Małe seminarium w Krakowie 26 kwietnia 1951 roku podczas wycieczki do Wieliczki. Dokładnie 49 lat i pięć dni później Ryszard Jazdon (oznaczony na zdjęciu srebrną kropką nad głową) zjechał do kopalni soli wraz z synem Karolem.

Brat został absolwentem szkoły w Bojanowie i w wieku 17 lat otrzymał nakaz pracy w Koszalińskiem, gdzie przepracował 7 lat. Uchroniło go to od obowiązkowej służby wojskowej, którą nawiasem mówiąc bardzo chciał odbyć. W tamtym czasie jednak wszyscy fachowcy byli w rolnictwie bardzo potrzebni.

Ponieważ w Wolsztynie powstało Arcybiskupie Seminarium Duchowne więc powróciłem do niego z Krakowa na dalszą naukę. Przeniesiono je z Gostynia z Góry św. Anny.



Małe Seminarium Duchowne Księży Misjonarzy pod wezwaniem św. Wincentego A Paulo. Klasa VIIIa z księdzem dyrektorem Śmidodą. Ryszard Jazdon w pozycji siedzącej z prawej strony.
Po wyzwoleniu Krakowa, od 20 stycznia 1945r. w gmachu Małego Seminarium mieścił się szpital dla żołnierzy radzieckich. Z chwilą zakończenia działań wojennych, Małe Seminarium wznowiło swą działalność w dawnych murach. Jednak 30 czerwca 1952 r. z nakazu władz Polski Ludowej zostało zamknięte. Prezydium Miejskiej Rady Narodowej przekazało budynek Wydziałowi Zdrowia Prezydium Wojewódzkiej Rady Narodowej. Przez wiele lat- do roku 2005- w dawnym budynku Małego Seminarium Księży Misjonarzy mieścił się Okręgowy Szpital Kolejowy.

Nie czułem powołania do kapłaństwa i z pomocą mego kolegi Benona Drożdżyńskiego dostałem się do liceum dla pracujących w Poznaniu na ul. Kasprzaka. Tu zaliczono mi tylko 8-smą klasę i chciano, abym w całości powtarzał 9-tą. Tymczasem spotkałem innego byłego seminarzystę z Pobiedzisk, którego szwagier był redaktorem Gazety Poznańskiej. Interweniował on w sprawie przyjęcia nas do szkoły oraz zaliczeniu 9-tej klasy. Sprawy nie układały się jednak gładko i w końcu Benon podpowiedział, że skoro zabiliśmy wówczas w Karnie świnie to powinienem przywieźć "chabasu" i pójść jeszcze raz do dyrektora. Mięso nie było wówczas łatwo dostępne, bo brakowało wszystkiego, więc mama zapakowała mi odpowiednie porcje i w gabinecie dyrektora złożyliśmy pakunek ze słowami: "Panie dyrektorze - tutaj taki mały upominek…" Dyrektor spojrzał na mnie z innej perspektywy, oczywiście ze znacznie korzystniejszej.

List 15-sto letniego Ryszarda Jazdona do Benona Drożdżyńskiego z 4 września 1952 roku wysłany z Wolsztyna. Drogi Kolego! Na samym wstępie mego listu pragnąłbym Cię pozdrowić oraz przeprosić za to, że tyle kłopotów Ci sprawiam. Kochany Benusek, w mym liście pragnę Cię prosić o to, abyś jeszcze się jakoś starał, by mnie może przyjęli w tej popołudniowej, jakby nie szło do ogrodniczej. W razie czego jakbym się dostał do ogólniaka dla pracujących to gdybyś wiedział o jakiejś pracy to powiedz mi. Nie gniewaj się Benus, chociaż masz powód do tego, ale wiesz jak jest. Może będę miał w życiu kiedyś jakiś sposób odwdzięczenia Ci się. U nas teraz trochę się zmieniło, bo rozumiesz to seminarium jest w stu procentach duchowne, tzn., że każdy który do niego uczęszcza musi zostać kapłanem. Teraz w te wakacje od 3 lipca zostały rozwiązane 74 seminaria duchowne i istnieje obawa, żeby naszego nie zamknęli. Więc dlatego jeszcze bardziej pragnąłbym Ciebie poprosić, abyś może coś wykombinował. Na tym kończę i jeszcze raz przepraszam Ciebie, że tyle kłopotów nakładam Ci na głowę. Ryszard
Benon Drożdżyński z bratem Marianem. W innym liście z 17 października 1954 roku napisanym we Wrocławiu Ryszard informuje: Drogi kolego! Minęła już trzecia sobota, a Tyś nie przyjechał. (…) Jest już 17-sty, a Ciebie nie ma. Słuchaj Benon, w przyszła niedzielę kończy się wystawa. (…) Jest naprawdę co oglądać. Są szczególnie rzeczy, które na pewno, by Cię zainteresowały. Jeślibyś nie przyjechał to wyślij telegram z napisem "NIE". Tyle wystarczy. Będę wiedział co to znaczy. W razie nie odebrania telegramu względnie listu będę Cię oczekiwał w sobotę popołudniu. Ja obecnie pracuję w przedsiębiorstwie naprawy instrumentów muzycznych. Jest tu bardzo wesoło. Jednym słowem jestem zadowolony. W szkole już nas gnębią klasówkami. W tej chwili wróciłem z kina. Byłem na filmie, pt. "Bez adresu". Z kina wyszedłem z postanowieniem, że już nigdy nie będę dokuczał uwiedzionym kobietom. Marylka już śpi. Ma teraz dużo nauki. Oboje zgodzimy się ze sobą. Inaczej mówiąc jest nam dobrze ze sobą. Zresztą prawie się nie widzimy przez cały dzień. Jedynie rano kiedy mnie ona wyrzuca z łóżka. Jak tam się spisują Twoje współlokatorki, tzn. pluskwy (niech je pieron czaśnie!). U mnie coś ucichło z nimi. Poza tym nic nowego. Z domu i od Adama nie otrzymałem już dawno wiadomości. (…) Ryszard

Spojrzenie na świat oraz jego ocenę kształtowały przebywającemu z dala od domu Ryszardowi współczesne filmy fabularne wyświetlane w kinach. Na poglądy moralne wpłynęły wspomniane w tym tekście filmy: "Ditta" i "Bez adresu". O tym, że obejrzane filmy z lat 50-tych oddziaływały na codzienne postrzeganie zdarzeń mogli się czasem przekonać jego synowie. Nieraz zdarzało się, że kiedy jechaliśmy jakąś naszpikowaną dziurami drogą ojciec zamiast zwalniać - przyspieszał przypominając z przymrużeniem oka jak Yves Montand w filmie "Cena strachu" zwiększał prędkość jazdy na wyboistej drodze, żeby ograniczyć drgania, które mogłyby spowodować wybuch przewożonej do ugaszenia pożaru nitrogliceryny. Poza tym wielokrotnie odwoływał się do obejrzanych westernów, kina francuskiego z tamtego okresu.


Zaświadczenie Ryszarda Jazdona z 17 października 1952 roku o byciu słuchaczem Państwowego Liceum Ogólnokształcącego dla Dorosłych w Poznaniu w klasie IXc.

Francuski film "Bez adresu" powstał w 1950 roku. Opowiada o osiemnastoletniej Teresie, która przyjeżdża z prowincji do Paryża w poszukiwaniu ojca jej niedawno narodzonego dziecka. Wędrując bezskutecznie po mieście od jednego adresu do drugiego zyskuje pomocnika w swoich poszukiwaniach - świeżo upieczonego ojca, który pracuje jako taksówkarz. Organizuje on poprzez kolegów pomoc zdesperowanej dziewczynie. Wymowa filmu nie jest jednak melodramatyczna, ale staje się manifestem ludzkiej solidarności wzbudzając w widzach wrażliwość, ciepło i szczery uśmiech optymizmu.
Duński film "Ditta" z 1946 roku miał swoją premierę w Polsce dopiero 6 lat później. Uważany jest za jeden z najpiękniejszych filmów, jakie powstały w pierwszych latach powojennych w kinie skandynawskim. Doświadczona tragicznie przez życie Ditta wychowuje trójkę rodzeństwa. Kiedy zaczyna pracę u karczmarki zostaje uwiedziona przez jej syna i zachodzi w ciążę. Wraca do rodzinnego domu i rodzi nieślubne dziecko. Wewnętrzna czystość i idealizm Ditty nie załamały się jednak w najcięższych nawet okolicznościach, dzięki czemu film staje się hołdem złożonym niezniszczalnemu dobru i heroizmowi człowieka.

Moim obowiązkiem było pracować, ale wstydziłem się fizycznej, a umysłowej dla takiej osoby jak ja nie było. Zaświadczenie o pracę załatwił mi Benon, który poszedł do biura w swoim zakładzie, wziął pieczątki z biurka i podstemplował papier, na którym napisał, że zaświadcza, iż pracuję. Wystarczyło mi to na pół roku. Później znalazłem pracę jako goniec w Przedsiębiorstwie Robót Telekomunikacyjnych w Poznaniu na ulicy Jeżyckiej. Po miesiącu pracowałem jako pomocnik magazyniera przy dworcu zachodnim, gdzie pomalowałem szopę, którą przez kilka lat pokazywałem rodzinie jako dowód moich dokonań stolicy Wielkopolski.

Pracowałem wtedy z miejskimi robotnikami - ja wychowanek wsi, na której z dezaprobatą patrzyło się wówczas na samotną kobietę w ciąży. W kinach wyświetlany był wtedy duński film "Ditta" o takiej tematyce. Do magazynu przyszła do pomocy pracować panna w ciąży i zacząłem pod jej adresem rzucać jakieś uszczypliwości. Wtedy starszy robotnik zwrócił się do mnie z reprymendą: "Co ty jej człowieku dokuczasz. Przecież to nie jest tylko jej wina, ale też mężczyzny, który ją do tego stanu doprowadził". Miałem wtedy 16 lat i ta sytuacja wywarła na mnie ogromny wpływ, przewartościowując pewne poglądy. Zacząłem na życie inaczej patrzeć także pod tym względem. Światopogląd człowieka różnie się kształtuje z dala od rodziców, w różnych środowiskach, także antyklerykalnych. Byłem sam sobie sterem i okrętem, tak że zdarzył się również okres, w którym przestałem chodzić do kościoła.

Ponieważ moja siostra przeniosła się na studia ze Szczecina na Politechnikę Wrocławską także ja dla zmniejszenia kosztów utrzymania zostałem tam wysłany przez rodziców na dalszą edukację do ogólniaka. Mieszkałem razem z siostrą Marylą na różnych pokojach, które co jakiś czas zmienialiśmy. Ukończyłem 10-tą i 11-tą klasę w liceum dla pracujących i maturę zrobiłem we Wrocławiu. Pracowałem i nie pracowałem, zdobywałem dzięki kolegom lewe zaświadczenia o pracy.

<
Świadectwo dojrzałości Liceum Ogólnokształcącego dla Pracujących nr 2 we Wrocławiu z dnia 11 czerwca 1955 roku.
Żniwa w Karnie w 1951 roku. Ryszard Jazdon z kolegą Zygmuntem Laskowskim.

Zdawałem na studia i dostałem się na politechnikę na wydział inżynierii sanitarnej, ale nie podołałem przedmiotowi geometrii wykreślnej, gdyż nie wyniosłem ze szkół licealnych żadnych podstaw do tego przedmiotu. W liceach dla pracujących przy 16 godzinach tygodniowo algebry tego przedmiotu nie nauczano.

W 1956 roku rozpocząłem studia na Wyższej Szkole Rolniczej we Wrocławiu, które skończyłem w 1961 roku. Chodziłem na obowiązkowe studium wojskowe, w którym program był taki jak w szkole oficerskiej, choć poziom i zakres przekazywanej wiedzy był niewspółmiernie węższy. Jeśliby się opuściło takie zajęcia np. ze względu na chorobę to na następny dzień trzeba było zdawać ze wszystkich przedmiotów kolokwium. Żeby opanować tyle materiału i go zaliczyć było nie do pomyślenia dla kogoś kto nie lubi się uczyć. Dlatego nawet chore osoby stawiały się na zajęciach. Tydzień liczyliśmy od dnia studium wojskowego do kolejnych z niego wykładów. I tak w czasie jesieni postępowałem - zjawiałem się w domu i wracałem na zajęcia ze studium. Wracałem do akademika i byczyłem się czytając swoje książki, o co słusznie miał do mnie pretensje brat, który w tym czasie ciężko pracował na gospodarstwie.

Wrocławski akademik "Swojak". Zmęczenie materiału przed sesją egzaminacyjną. Regeneracja organizmu zaowocowała uzyskaniem 23 czerwca 1961 roku tytułu magistra inżyniera rolnictwa. Praca magisterska nosiła tytuł: "Łąki i pastwiska wschodniej części powiatu Milicz".
Z Miliczem związana jest historia, kiedy to w 1339 roku jego strategiczne położenie w pełni docenił król Czech, Jan Luksemburczyk, który zagarnął gród, czym ściągnął na siebie klątwę biskupa Nankera. Biskup Nanker urodził się zaś na terenie parafiii św. Piotra i Pawła w Kamieniu - najstarszej parafii wiejskiej na Śląsku. Została ona eregowana 4 października 1277 na mocy dekretu biskupa Pawła z Przemankowa.

Świadectwo Ryszarda Jazdona o ukończeniu studium wojskowego Wyższej Szkoły Rolniczej we Wrocławiu. Wystawione w 12 sierpnia 1961 roku w Krośnie Odrzańskim.
Zawiadomienie kaprala podchorążego rezerwy Ryszarda Jazdona z Wojskowej Komendy Uzupełnień w Poznaniu o zakwalifikowaniu do odbycia ćwiczeń wojskowych.

Nie miałem czystego sumienia, a i Adam miał już dosyć tej sytuacji więc w końcu po rozmowach razem z ojcem podjęliśmy decyzję o sprzedaży Karny. Tata zakupił działkę w Wolsztynie niedaleko Mrozkowiaka za ulicą Lipową. Zgasiliśmy tam wapno, już miałem się budować, ale w końcu sprzedaliśmy działkę. Planowałem wówczas pracować w PGR-ach, a tam mieszkanie było zapewnione.

Wakacje 1960 roku. Ryszard Jazdon i Joachim Mrozkowiak.

Helena Nickel, Małgosia Gałuszka i Jadwiga Jazdon przed barakiem, w którym mieściła się latowa kuchnia.
Podwórze w Karnie około roku 1960 roku. Jadwiga Jazdon, Małgosia Gałuszka i Helena Nickel.

Mimo wcześniejszych rozmów i deklaracji nie doszło do sprzedaży Karny. Mieliśmy dwóch kupców, z których jednym był Bronek Borowy z Wijewa i drugi, którego nazwiska nie pamiętam. Był to poważny kupiec, który zaproponował 300.000 zł. za całe gospodarstwo łącznie z parkiem. Adam i ojciec nie zgodzili się na sprzedaż parku i oferta upadła.

Po studiach otrzymałem propozycję, by zostać na uczelni w katedrze łąkarstwa, ale na naszym rodzinnym gospodarstwie była bardzo trudna sytuacja. Nie poszedłem też na dwuletni staż jak moi koledzy, ale wróciłem do rodziców i brata, który wtedy gospodarował. Zostałem świniopasem z czym trudno było mi się pogodzić. W tym czasie były już dostępne nawozy, lecz sprzęt rolniczy można było kupić tylko za dolary, tak więc perspektywy rozwoju były nikłe. Trudno było uzyskać znaczący dochód z gospodarstwa, a jeśli miało się pieniądze to ciężko było kupić potrzebne materiały.

Od lewej koledzy studenci Mirek Lisyk, Ryszard Jazdon, adiunkt, E. Chałupa, Ogrodnik, Gembarzewski, M. Basara.
Podczas wycieczki z katedry łąkoznawstwa. Łąkoznawstwo jest dziedziną wiedzy obejmującą botanikę, ekologię, fitosocjologię łąkarską, typologię użytków zielonych trwałych, gleboznawstwo, hydrologię. Badania łąkoznawcze opierają się głównie na rejestracji zespołów i typów łąk i pastwisk oraz na analizie porównawczej ich składu florystycznego, wydajności i wartości pastewnej.

Wycieczka z katedry łąkoznawstwa w dolinie rzeki Nor - łąki na rekultywowanych glebach. W czapce Ryszard Jazdon. Drugi od lewej prof. doktor hab. Zygmunt Golonka, który w okresie I Wojny Światowej jako ochotnik brał udział w Brygadzie Legionów Polskich. Po rozwiązaniu Legionów został uwięziony przez Austriaków. W latach 1929 - 1933 pełnił funkcję zastępcy profesora rolnictwa na Wydziale Inżynierii Lądowej i Wodnej Politechniki Lwowskiej. Podczas okupacji pracował w Warszawie jako instruktor koloni ogrodników działkowych oraz asystent Stacji Odmian. Wykładał równocześnie na"Tajnych Wyższych Kursach Rolniczych".
Katedra łąkoznawstwa z 1960 roku. Kierownictwo z magistrami. Od lewej Ryszard Jazdon, a po jego lewej ręce z wąsami doc. Lidke, prof. Golonka, dr Hryncewicz. Pierwszy od prawej Tadeusz Kloc. Profesor Golonka w 1945 roku wyjechał do Wrocławia, by z ekipą prof. Stanisława Kulczyńskiego zabezpieczać mienie Uniwersytetu i Politechniki. Na wniosek Wydziału Rolniczego Uniwersytetu i Politechniki w 1946 roku został przeniesiony do Wrocławia Stworzył od podstaw Katedrę Uprawy Łąk i Pastwisk, którą kierował do przejścia na emeryturę 30 września 1960 roku. Jest nestorem łąkarstwa polskiego oraz niekwestionowanym twórca wrocławskiej szkoły naukowej.

W 1962 roku zmarł ojciec. Postanowiłem podjąć pracę. Wykombinowaliśmy zaświadczenie, że pracowałem w PGR-ze, którego na oczy nie widziałem i rozpocząłem staż z dobrą pensją 1.800,00 złotych w Wydziale Rolnictwa WRN w Zielonej Górze. Pracowałem tam przez 3 lata w czasie, których awansowano mnie sześciokrotnie. Pod koniec zarabiałem więcej od inżynierów, którzy pracowali tam 10 lat. Na tyle mnie ceniono, że kiedy prowadzono kwalifikację polową w sezonie największych prac szef dał mi półroczny, bezpłatny urlop (od kwietnia do września), żebym załatwił sprawy rodzinne w Karnie. Kiedy kierowca odwoził mnie do domu służbowym samochodem pamiętam, że była transmisja z meczu jakiejś drużyny z Żar, która grała w pucharach z renomowanym europejskim zespołem. Było to wówczas ogromne wydarzenie i utkwiło mi, że właśnie ta audycja radiowa towarzyszyła mojej drodze do domu.



W wieku 25 lat Ryszard Jazdon otrzymuje awans na inspektora.
Upoważnienie Prezydium Wojewódzkiej Rady Narodowej w Zielonej Górze z 1 marca 1964 roku do wkraczania i dokonywania kontroli we wszystkich magazynach, sklepach i straganach podległych instytucjom państwowym, spółdzielczym i prywatnym zajmujących się dystrybucją materiału siewnego oraz przeprowadzania kontroli w zakresie produkcji, oczyszczania, obrotu i wymiany materiału siewnego we wszystkich gospodarstwach państwowych, spółdzielczych i prywatnych na terenie całego województwa zielonogórskiego.

Przez pewien okres prowadziliśmy gospodarstwo razem z bratem Adamem. Ojciec jako stary urzędnik nie pracował fizycznie tylko koncentrował się przede wszystkim na wynikach jakie osiągał w uprawach. Adam za to bardzo dbał o porządek. Jedną z częstych i uciążliwych prac, którą wykonywaliśmy było koszenie zielonki - koniczyny, albo lucerny dla bydła, często w okresie wykopków. To była ciężka praca. Adam rozwiązał tę sprawę zakładając na trzech hektarach łąkę i mieliśmy z niej dobre siano oraz łatwy zbiór w jednym terminie.

W 1963 roku brat ożenił się z Gertrudą Dzięcioł i matka nasza, która rok wcześniej straciła męża pozostała bez najstarszego syna, z którym była bardzo zżyta. Postanowiłem odejść i otrzymałem jako rekompensatę pieniądze, za które kupiłem telewizor nowożeńcom. Ponownie otrzymałem pieniądze, ale tym razem kupiłem sobie motor przez co znowu wracałem do Karny, i to coraz częściej. Doszliśmy w końcu do wniosku, że trzeba coś zrobić, żeby uprawy w Karnie zaczęły przynosić zysk.

W 1965 r. gospodarstwo zacząłem prowadzić ze wstępnym założeniem hodowli drobiu, która wówczas była bardzo opłacalna m.in. brojlery kacze i kurze (w perspektywie 3-4 zł. zysku na sztuce). Jako członek wojewódzkiej rady w Zielonej Górze wystosowałem wniosek do Ministerstwa Rolnictwa o przydzielenie ciągnika w zamian za oddanie 50 kwintali zboża. Do 1965 roku wyeksploatowane ciągniki szły na złom i były cięte. Prywatny rolnik nie miał prawa ich dostać. Od 1965 roku zezwolono Państwowym Ośrodkom Remontowym na przeprowadzanie napraw i kapitalnych remontów i sprzedawanie rolnikom m.in. za zobowiązanie się do odstawienia zboża. Udało mi się zdobyć ciągnik C328 jako jednemu z pierwszych w Polsce, ponieważ miałem znajomych w departamencie nasiennictwa w Warszawie z którymi załatwiliśmy sprawę w wydziale mechanizacji. Było to dla mnie osiągnięcie, ponieważ drugi ciągnik przyznano wówczas jakiemuś zasłużonemu AL-owcowi i jeszcze jednej osobie. Miałem różne samochody, ale z żadnego nie cieszyłem się tak bardzo jak z tego używanego ciągnika.

Pismo z Departamentu Mechanizacji i Elektryfikacji Ministerstwa Rolnictwa do Powiatowego Związku Gminnych Spółdzielni "Samopomoc Chłopska" w Wolsztynie z dnia 1 marca 1968 roku o treści:

Do Ministerstwa Rolnictwa zgłosił się osobiście Ob. Ryszard Jazdon, zam. we wsi Karna w sprawie wydania mu zezwolenia na zakup nowego ciągnika Ursus C-328.

Ob. Jazdon jest młodym rolnikiem z ukończoną wyższą szkołą rolniczą, który po śmierci ojca wrócił na wieś i objął w posiadanie 20-hektarowe gospodarstwo. Według opinii władz gromadzkich i powiatowych - gospodarstwo to prowadzi wzorowo.

Zgodnie z obowiązującymi przepisami nowe ciągniki sprzedawane są wyłącznie jednostkom uspołecznionym, w tym kółkom rolniczym i międzykółkowym bazom maszynowym, o czym Ob. Jazdon został poinformowany.

Wówczas zainteresował się on możliwością nabycia ciągnika Ursus C-328 (ewentualnie Ursus C-325), wycofanego z eksploatacji.

W tej sytuacji Departament Mechanizacji i Elektryfikacji przesyła w załączeniu podanie w/w Obywatela, wraz z b. pozytywnymi opiniami władz terenowych, z prośbą o rozpatrzenie i w miarę możliwości załatwienie sprawy, zgodnie z obowiązującymi przepisami.

Dokumenty w zakresie sprzedaży ciągników wycofanych z eksploatacji typu Ursus-C325 i Ursus C-328 - PZGS otrzyma w najbliższym czasie od CRS "Samopomoc Chłopska".

Ursus C-328 zwany był potocznie "ciapkiem". Pojawił się na rynku w 1963 jako następca Ursusa C-325. Od swego poprzednika różnił się mocniejszym silnikiem o mocy 28 KM, zwiększoną pojemnością skokową silnika do 1960 cm3, prędkością do 25 kilometrów na godzinę i wydajniejszą hydrauliką. "Ciapek" produkowany był do 1 lipca 1968. Wyprodukowano 75 056 egzemplarzy.

Niedługo potem zakupiłem snopowiązałkę z POM-u, która niestety miała wady konstrukcyjne wynikające z krzywizn osi. To pewnego dnia, w czasie intensywnych prac spowodowało awarię - pęknięcie jednej z części. Miałem wtedy przywiezionych do pomocy ze Zbąszynia pięć kobiet, które ustawiały snopy. Objeździłem motorem kilka POM-ów w różnych miejscowościach, żeby zdobyć potrzebną część, ale to było kilka godzin przestoju dla wynajętych robotnic. Takie sytuacje w tamtych czasach były normą.

Jednorazowa przepustka z Państwowego Ośrodka Maszynowego w Karnie dla Ryszarda Jazdona w celu napraw sprzętu rolniczego w warsztacie z 24 listopada 1969roku.
Dowód wpłaty Ryszarda Jazdona za wykonane usługi przez Kółko Rolnicze w Karnie z 30 listopada 1969 roku.

Podstawowa różnica w prowadzeniu gospodarstwa między obecną, a ówczesną polegała na tym, że wtedy o każdy nawóz, pasze treściwe, materiały siewne, budowlane, narzędzia, sprzęt mechaniczny trzeba było walczyć ze względu na drastyczną przewagę popytu nad podażą.

Spółdzielnie produkcyjne i PGR-y dostawały w pierwszej kolejności przydziały pasz i nawozów. Każde województwo otrzymywało swoją pulę. Ówczesne zużycie nawozów w skali kraju wynosiło 80kg NPK (NPK- azot, fosfor i potas), a w tamtym czasie w Holandii wynosiło 350kg NPK. Nawozy były, ale przez ten sztuczny podział przydzielano je w nadwyżce takim województwom jak zielonogórskie, o niskim poziomie rozwoju rolnictwa, co powodowało, że powstawały problemy z remanentami. Ja akurat znam ten problem bardzo dobrze, gdyż w czasie kiedy pracowałem w Referacie Nawozów Wydziału Rolnictwa Wojewódzkiej Rady Narodowej w Zielonej Górze raz w tygodniu spotykałem się z przedstawicielami GS-ów Wojewódzkiego Związku Kółek Rolniczych i rozdzielaliśmy w poszczególnych powiatach nawozy i zawsze powstawał problem co zrobić z remanentami - gdzie je rozdzielić. Po dwóch miesiącach pracy w tym referacie rozpocząłem etat agrotechnika w stacji chemiczno-rolniczej jako przedstawiciel dyrektora wojewódzkiej stacji chemicznej, mającej swą siedzibę w Gorzowie. Ja zaś oddelegowany byłem do Zielonej Góry. Zajmowałem się dalej nawozami oraz problematyką badania zasobności gleb. Bardzo duże sumy przeznaczane były na te badania, gdyż dążono do tego by dla każdej wsi stworzyć mapy potrzeb nawozowych. Było około 40 agrotechników, którzy pracowali w terenie i pobierali próby, a stacja chemiczna ze sztabem ludzi zatrudnionych w laboratorium określała potrzeby nawozowe. Wyniki zobrazowały ogromne braki w nawozach. Wykonane mapki wisiały u sołtysów, lecz w rzeczywistości nikt z tego nie korzystał. Ta praca okazywała się bezowocna- stawała się sztuką dla sztuki. Ci co pracowali na ziemiach odzyskanych nie interesowali się tym, gdyż żyli w poczuciu tymczasowego użytkowania gruntów i skupiali się tylko na tym by zapewnić warunki do przeżycia, nie zaś rozwoju. Ci którzy chcieli faktycznie się rozwijać nie mieli dostępu do nawozów, tak że te pieniądze były wyrzucone w błoto.

Z czasów pracy w Wojewódzkim Inspektoracie Kontroli Obrotu Materiałami Siewnymi w Zielonej Górze. Od lewej Bolesław Prus, Ryszard Jazdon - wówczas kierownik Działu Inspekcji Nasiennej oraz kierownik działu kwalifikacji polowej i stacji oceny nasion).

Pieczątka: "mgr inż. Ryszard Jazdon Kierownik Działu Inspekcji Nasiennej"
Pieczątka: "mgr inż. Ryszard Jazdon Kierownik Działu Kwalifikacji Polowej"

Jeśli chodzi o produkcję rolną to zetknąłem się również z nasiennictwem pracując w Wojewódzkim Inspektoracie Kontroli Materiału Siewnego w Zielonej Górze. Miałem tam kolegów, którzy pracowali w stacjach oceny odmian i jeden z nich pochodzący z Głogowa podawał mi jakie wyniki zbiorów poszczególnych zbóż zanotowano w jego regionie. Dzięki temu kiedy wróciłem do Karny w 1965 roku mogłem wprowadzić do uprawy zupełnie nowe odmiany, z których można było uzyskać o 30% większe plony. Wprowadziłem też żyto tetraploidalne, gdyż do tamtego czasu jak i również teraz preferowane jest diploidalne. Jednakże jego produkcja upadła ze względu na to, iż żyto tetraploidalne uprawiane w sąsiedztwie diploidalnego narażone było na zapylenie pyłkiem tego drugiego co skutkowało szczerbieniem kłosów żyta tetraploidalnego, a w konsekwencji obniżeniem plonów. Podstawową zaletą tego żyta był fakt, iż np. w Karnie gdzie ziemie są w dobrej trzeciej i czwartej klasie żyto zawsze wylegało, natomiast z tym nie było tego problemu. Mogłem z czterech stron wjechać snopowiązałką. Prawie codziennie, gdy spotykałem okolicznych rolników przy drodze, gdzie wzrastało zboże oni zapytywali mnie skąd je mam.

Rozliczenie Ryszarda Jazdona ze sprzedaży 6360 kg pszenicy zakontraktowanej z G.S. "Samopomoc Chłopska" w Tuchorzy.
Rozliczenie Ryszarda Jazdona ze sprzedaży 5895 kg rzepaku ozimego zakontraktowanego z G.S. "Samopomoc Chłopska" w Tuchorzy.

Jednym z największych problemów gospodarowania było znalezienie siły roboczej. Wieś Karna zamieszkiwana była tylko przez kilka rodzin robotników rolnych, których można było nająć do prac w sytuacjach zbiorów, bądź bardziej intensywnych prac na roli. Byli to jednak przeważnie emeryci i renciści. Ludzi trzeba było więc organizować z okolicznych wsi gdzie przeważały drobniejsze gospodarstwa, które pozwalały właścicielom na dorabianie sobie przy pracach na innych plantacjach. W czasie wakacji objeżdżałem te wsie i najmowałem robotników. Miałem w tym dość duże doświadczenie, choć nie było to łatwe. Z każdym rokiem wymagania pracowników wzrastały, a więksi gospodarze licytowali się nawzajem oferowanymi warunkami, byle w sezonie w pierwszej kolejności nająć potrzebne ręce do pracy. Wzrastały dniówki, niektórzy przygotowywali wielkie uczty dla angażowanych najemników. Problem siły roboczej stał na drodze rozwoju gospodarki intensywnej objętego przeze mnie gospodarstwa. Intensywność w moim mniemaniu polegała na dochodowości gospodarki, którą mogłem wówczas uzyskać przy uprawie buraków cukrowych na większych połaciach, oraz maku i kminku. Wymagało to dużo prac z narzędziami ręcznymi. Po ludzi postanowiłem jeździć 16km do Zbąszynia, gdzie z pewną kobietą Olakową uzgodniłem, że ludziom będę płacił 10 zł. na godzinę, bez wyżywienia, tylko z kawą. Ona otrzymywała większą zapłatę adekwatnie do jej roli organizatorki siły roboczej. Kobiety przyjeżdżały do Wojciechowa autobusem, za który płaciłem, a dalej dowoziłem je samochodem. Mieszkałem wtedy ze schorowaną mamą, której lekarze zabronili dźwigania czegokolwiek co ważyłoby więcej niż 3kg. Ludzie donosili mi, że kobiety nie pracowały zbyt uczciwe, ale co miały zrobić to zrobiły. Bardziej opłaciło mi się to niż gdybym sam zasiał zboże i je później zbierał.

Osoby przedstawione na fotografiach nie są archeologami prowadzącymi prace na wykopaliskach w Karnie. Wydawać by się mogło, że Ryszard i Adam Jazdonowie z narzędziami dokonują właśnie tego samego odkrycia co Rudolf Ludwig Karl Virchow w 1875 roku. Otóż w dwuczłonowym grodzisku wklęsłym znajdującym się między Rowem Szarkowskim, a Tuchorskim dokopał się na głębokości 1,7m belek, jednakże nie tak solidnych jak na zdjęciu, bo zwęglonych.

Virchow (1821-1902) pasjonował się archeologią i historią, brał udział w wyprawie Schliemanna do Troi, ekspedycjach do Egiptu, na Cejlon oraz w góry Kaukazu. Wiele jego prac dotyczy również słowiańskiej historii Pomorza. Pisał o dziejach pomorskich rodów i słowiańskich nazwach na ziemi pomorskiej. Był także niemieckim politykiem, założycielem Niemieckiej Partii Postępowej (Deutsche Fortschrittspartei), dla której w roku 1873 wymyślił hasło wyborcze Kampf fűr Kultur, które do historii przeszło właśnie jako Kulturkampf i którego realizacją zajął się sam Otto von Bismarck, nota bene polityczny przeciwnik Virchowa. Podczas studenckiej i lekarskiej praktyki zawodowej w berlińskim Szpitalu Miłosierdzia zajął się leczeniem zapalenia żył i krzepliwością krwi. Jako jeden z pierwszych wykonywał biopsje, sformułował pojęcie białaczki i amyloidozy, pozostawił cenne prace na temat nowotworów, zakrzepów, zatorów i gruźlicy, zajmował się także mianownictwem medycznym. Rozszerzył teorię komórkową.

Piękne opracowanie biograficzne z licznymi bardzo ciekawymi fotografiami na stronie: http://www.swidwin.pl/asp/pl_start.asp?typ=14&menu=85&strona=1

W 1925 roku wznowiono w Karnie prace archeologiczne, lecz nie znaleziono widocznych na zdjęciu cynkowych wiader i konwi tylko naczynie gliniane grubej roboty za to pełne srebrnych monet z XI wieku. Wykopany skarb to ok. 69 monet i 1 placek srebrny. Odnalezione okazy to monety księcia czeskiego z dynastii Przemyślidów Spitygniewa II (1031- 1061) oraz możnowładcy małopolskiego z rodu Starżów-Toporczyków Sieciecha, żyjącego na przełomie XI/XII wieku. Za sprawą palatyna (zarządcy dworu) Sieciecha wybito pierwsze w Polsce monety prywatne. Znane są dwa typy monet palatyna (choć dawniej wyliczano ich więcej, niesłusznie zaliczając w poczet jego działalności menniczej monety obce). Oba noszą w polu awersu znak wojewody i legendę otokową ZETECH (Sieciech), która jest zapewne drugim najstarszym zabytkiem piśmiennictwa polskiego (a pierwszym imieniem oddanym po polsku). Monety te były prawdopodobnie wybijane w Sieciechowie koło Kutna oraz w drugiej mennicy koło Krakowa, w okresie lat 1090-1100. Największy zbiór denarów Sieciecha (122 sztuki ze 150 znanych w ogóle) pochodzący z odkrytego w 1935 skarbu ze Słuszkowa znajduje się w Muzeum Okręgowym Ziemi Kaliskiej w Kaliszu.

Mak kosztował 23 złote kilogram. Zbierało się 6 kwintali z hektara. Dochód był dwukrotnie wyższy niż np. z pszenicy. Mak również zaliczano w poczet planowych odstaw zbóż. Za 100kg maku-100kg zboża. W moim interesie było mieć jak najwięcej zboża. Kiedy znalazłem się w sytuacji, że magazynier zaproponował, iż zamiast odstawionych 10-ciu ton maku on wpisze 20 w zamian za pieniądze uzyskane za tę nadwyżkę zgodziłem się, gdyż dzięki temu zyskiwałem 10 ton zboża. Taki magazynier, który dysponował setkami ton maku w sytuacji kiedy odtrącił komuś 2%-3% dostawy za zbyt dużą wilgotność to później po wysuszeniu zaliczał ją do swej puli i wszystko mu się zgadzało. Takie są początki bratania się z korupcją. Ta skala oszustwa w tamtych czasach była tak duża, że kiedy oddawałem 20 ton zboża w Grodzisku to zaproponowałem magazynierowi, ze jak napisze 50 ton to ja się pieniędzmi z nim podzielę, i on bez wahania mimo, że pierwszy raz na oczy mnie widział wyrażał na to zgodę. Było takich rolników wielu, ponieważ każdemu zależało, by wywiązać się z planowych dostaw. Magazynierzy mieli w tamtym czasie ogromne pieniądze.

Zaświadczenie Komisji Rolnictwa i Zaopatrzenia Ludności Gromadzkiej Rady Narodowej z 29 czerwca 1966 roku dotyczące oceny wykonania zadań agrominimum w gospodarstwie rolnym obywatela Ryszarda Jazdona w Karnie.

Agrominimum było popularne na początku lat 60-tych. Pod tym terminem rozumiano cały szereg podstawowych i najpotrzebniejszych zabiegów, warunkujących prawidłową pracę i dobre wyniki gospodarstwa rolnego. Były to więc wytyczne dla dobrego funkcjonowania gospodarstwa. Zasady agrominimum ustalane były przez gromadzkie komisje rolne wraz z agronomem. Rozpowszechniano je za pomocą afiszy i specjalnych imiennych druków, a władze rolne śledziły, czy rolnicy stosują się do podanych wytycznych. W tym celu w gromadach prowadzono specjalną ewidencję. Rolnicy stosujący agrominimum mieli mieć pierwszeństwo w korzystaniu z różnych form pomocy państwa, jak np. przydział nawozów, stosowania ulg itd.

Byłem jednym z pierwszych w rejonie, który zdecydował się uprawiać buraki o zmniejszonej sile kiełkowania. Każdy kłębek buraczany ma do 7 kiełków. Ja uprawiałem z dwoma co było trudniejsze, gdyż prawdopodobieństwo przebicia ziemi przez dwa kiełki jest mniejsze niż przy siedmiu. Wtedy niezbędny jest opad deszczu, który ułatwia wzrost, ale gdy nadchodzi susza buraki nie wschodzą i trzeba pojedynczo spulchniać ziemię co jest bardzo pracochłonne i stresujące. Kiedy jednak buraki wyrastały to jedna osoba była w stanie obrobić 1hektar w tym samym czasie, w którym przy 7 kiełkowych burakach zdołano, by wykonać przerywkę na obszarze tylko 1morgi. Zbiór też był bardzo dobry choć musiałem jeździć do Powodowa po uczniów technikum do pomocy. Cała sztuka polegała na tym, by jak najszybciej po zebraniu buraków odstawić je, póki nie stracą na masie przez wyparowanie z nich wody. Obliczałem ile każdy dzień powoduje na skutek wietrzenia ubytku na wadze, dlatego postanowiłem tak zorganizować odstawę, aby w ciągu jednego dnia wszystko zostało oddane.

W PRL-owskich czasach kiedy rolnik zawoził buraki na stację kolejową najpierw udawał się do klasyfikatora, który sprawdzał stopień zanieczyszczenia i oceniał w przedziale od 10 do 35 procent. Była to jedna z bardziej intratnych prac sezonowych, na którą zapisywali się nawet moi koledzy ze studiów. Jeżeli p. buraki zanieczyszczone były błotem w około 33% to po wręczeniu łapówki klasyfikator wpisywał p.15%. Przychodził ktoś kto miał 15% to dostawał 20 lub 25%. Nikt nie był w stanie udowodnić przekrętu.

Rozliczenie z plantatorem - Ryszardem Jazdonem wystawione przez Wielozakładowe Przedsiębiorstwo Państwowe Hodowli Buraka Cukrowego oddział Poznań - Górczyn ul.Kopanina 28/36

W tamtych czasach mówiło się, że Polskie Koleje Państwowe to jest państwo w państwie. Choćby nie wywiązały się z najbardziej restrykcyjnej umowy to i tak nie byłbyś w stanie wyciągnąć od nich żadnych konsekwencji. Ja doznałem bolesnej nauczki od kolei, kiedy zamówiłem na niedzielę 3 wagony 60 tonowe do załadunku buraków z moich 3 hektarów uprawy. Zgodnie z umową miały dojechać na godzinę 7.00 rano. Miałem zamówione 2 traktory z kółek rolniczych i 2 własne (jeden brata Adama) oraz 15 ludzi. Każdemu człowiekowi płaciłem po 11 zł. na godzinę co było wówczas dużą sumą, gdyż trzeba było zachęcić ich do przyjścia, ponieważ trwały wtedy igrzyska olimpijskie w Meksyku. Kolej podstawiła mi wagony dopiero o 11.00 godzinie. Przez cztery godziny oczekiwania ludzie stali z załadowanymi przyczepami i wypatrywali wagonów, a ja musiałem im za to płacić co było dla mnie ogromną stratą finansową. Tę sytuację bardzo psychicznie przeżyłem i ona obrazuje straszną PRL-owską rzeczywistość. Pamiętam, że jak po załadowaniu wagonów wróciłem do domu to zastałem brata śpiącego ze zmęczenia przed telewizorem, w którym transmitowane były igrzyska. Kiedy buraki odjechały do cukrowni w Opalenicy pojechałem tam, żeby upilnować właściwej ich oceny przez tamtejszego klasyfikatora. To załatwianie z nimi należytej oceny buraków było bardzo upokarzające.

Kolejną przykrą sprawą jaka mnie spotkała była odstawa nasion marchwi nasiennej, rośliny dwuletniej, którą uprawialiśmy z inicjatywy brata Adama. Nie mieliśmy żadnego praktycznego doświadczenia w tej uprawie, tylko teoretyczne przygotowanie. Marchew zakopcowałem i wiosną wysadziłem. Pędy nasienne bardzo dobrze wyrosły, ale najistotniejszy był moment zbioru, gdyż opóźnienie spowodowałoby wysypanie się nasion, a zbyt wczesne sprawiłoby że nasienie nie miałoby siły kiełkowania. Postarałem się o konsultacje rolnika z Tuchorzy Nowej, który od wielu lat uprawiał taką marchew. Bardzo uprzejmy człowiek, którego wcześniej nie znałem. Przywoziłem go do Karny i on po obejrzeniu plantacji stwierdził, że z mety dałby mi za nią samochód. Bardzo mu się podobała ponieważ on mimo wielu lat uprawy nie miał tak udanej. W tym roku jednak wszystkim udały się plony tej marchwi i kiedy oddaliśmy zbiór do centrali nasiennej w Lesznie, okazało się że u wszystkich stwierdzono brak siły kiełkowania i nasiona zostały zdyskwalifikowane. Nie mieli co zrobić z tymi nasionami więc je tak zakwalifikowali - takie mieli wtedy prawa urzędnicy, byli panami. Centrala by poniosła straty więc uderzyła w rolników. Nawet koszty produkcji mi się nie zwróciły. Straciłem około 50.000 zł. co było strasznym ciosem.

Podobnie postąpiono pewnego razu z wujkiem Ludwikiem z Wijewa, kiedy to odstawił ziemniaki do centrali nasiennej. Miał problemy i wspomniał o mnie, że ma krewniaka, który pracuje w Inspektoracie Kontroli Materiału Siewnego. Trafił jednak na kwalifikatora, który miał brata na wysokim stanowisku w PZPR i od razu mu całą dostawę za ten tekst zdyskwalifikował.

We wrześniu dowiedziałem się w gminnej spółdzielni, że jeżeli zakupi się cielęta i doprowadzi je do wagi eksportowej do lipca przyszłego roku to będzie można za nie otrzymać aż 23 zł. za kilogram, a kilogram wieprzowiny wówczas kosztował 8 złotych, wołowiny jeszcze mniej. Doprowadzenie do wagi 400 kg w takim okresie było jednak wyzwaniem, którego po kilkudniowym namyśle podjąłem się. Zakupiłem 10 sztuk cieląt, które charakteryzowały się tym, że były odchowywane przy krowach i piły bezpośrednio mleko z wymion. Musiałem z mamą te stare cielęta przez miesiąc uczyć pić mleko z wiadra, co przebiegało z trudnościami, którym towarzyszyło jako wyraz dezaprobaty ciągłe ich beczenie. Pojechałem do Kościana gdzie udało mi się zdobyć jako paszę dla cieląt wysłodki buraczane, które smakowały jak daktyle. Jedząc je cielaki rosły w oczach i w lipcu osiągnęły właściwą wagę. Wyniknął jednak problem z byczkami, które należało oddać wykastrowane. Weterynarz wykastrował je na sucho, tzn. przez zacisk, co spowodowało spuchnięcie jąder do tego stopnia, że sięgały prawie do ziemi. Z tym kłopotem uporałem się do 21 sierpnia i odpasione bydło pojechało do Włoch. W następnym roku wziąłem większą partię.

Zaświadczenie z punktu dostawy zwierząt rzeźnych Gminnej Spółdzielni "Samopomoc Chłopska" w Tuchorzy z dnia 5 lipca 1967 roku. Dowód odstawienia przez Ryszarda Jazdona jałówki o wadze brutto 436kg.

Jeśli chodzi o krowy mleczne to mówiło się, że "krowa pyskiem doi". Nigdy nie rozstawałem się z książką z normami paszowymi, choć w tamtym okresie nie było dostępu do tylu karm co dzisiaj. Poza tym ówczesne pasze były oszukane. Wyniki w przyrostach osiągałem jednak dość dobre. Pewnego razu jedna z krów, która po udoju dawała 35 litrów mleka tuż po porodzie nie mogła wstać. Przyjechał młody weterynarz, który wstrzyknął jej maksymalną dawkę fosforu i wapna, ale krowa dalej nie mogła się podnieść. To była potężna prawie 600 kilowa krowa. Stres był ogromny. Pojechaliśmy motorem do dr Grudzieckiego uznawanego za autorytet w leczeniu weterynaryjnym nie tylko w Wolsztynie, ale i okolicach. Stwierdził on, iż należy podwoić dawkę zastrzyku. Tak też zrobiliśmy i krowa wstała. To taki epizod, ale tego typu sytuacje człowiek przechodził w dramatyczny sposób. Wydajność wiąże się z dojeniem i odstawianiem mleka do mleczarni. Ułatwił mi to Jurek Nickel, który załatwił wózek na którym pełne 60 litrowe kanie w komfortowy sposób mogłem zawozić. Wcześniej z bratem Adamem nosiliśmy je na ramieniu.

Jeszcze do niedawna śniło mi się, że zapomniałem nakarmić konie, ponieważ to była sytuacja, która często miała miejsce w Karnie. Mieliśmy za ojca mieszańce pociągowe, ale kiedy wrócił Adam to pierwszą rzeczą, której dokonał była zmiana koni. Uciekały z siewnikiem, a raz kiedy pognały to prawie rozwaliły bryczkę. Żeby mogły wydajnie i w pełni sił pracować wiosną po odstaniu w stajni całej zimy trzeba było je odpowiednio karmić. Dawałem im minimalną ilość sieczki, śrutę żytnią i do tego ziarno żytnie. Przy innym odżywianiu koń by się ochwacił lub zatruł. Dzięki temu przy bardzo ciężkiej pracy one to wypociły i nic nie straciły na wadze, a nawet pewnego razu na końcu prac wiosennych uciekły z bronami przez pole.

Maria Jazdon, Ryszard Jazdon i Tadeusz Nickel podziwiają zaprzężone konie.

W jak każdej wsi w Karnie była rozdzielnia prądu. Kiedy dochodziło do jakiejś awarii to na miejscu nie było elektryka, który umiałby to naprawić tylko trzeba było jechać po fachowca upoważnionego do otwarcia skrzynki aż do Zbąszynia. Kiedy w transformatorze zepsuł się bezpiecznik to nikomu nie spieszyło się jechać tak daleko, dlatego że mieli niedużo krów dla, których mogli donieść wodę ze studni w kilku wiadrach. Wiadomo było, że u mnie jest dużo bydła i że wodę do obory pompowałem hydroforem. Dlatego też to ja musiałem często wieczorami jeździć 16km do Zbąszynia po specjalistę i go odwozić.

Studnia w ogrodzie. Przy niej zbudowano piwnicę, w której w 1960 roku ustawiono hydrofor.

Żeby mieć kontakt ze światem pociągnąłem kilka kilometrów linii telefonicznej z Chobienic na co wydałem ogromną sumę pieniędzy. Nawiasem mówiąc, przy sprzedaży Karny nic za to nie dostałem. Miałem jednak telefon na korbkę, który łączył mnie z centralą. Dzięki niemu mogłem dowiedzieć się, czy warto gdzieś jechać, czy nie.

Nadeszło Boże Narodzenie 1968 roku. Moim podstawowym problemem był ożenek, a perspektywy znalezienia kandydatki na gospodarstwo były nikłe. Nie przyszłoby mi do głowy wtedy, że już za trzy lata z młodą żoną w miejscowości oddalonej o 80 km od Karny stanę przed nowym wyzwaniem - prowadzeniem gospodarstwa ogrodniczego.