Powyżej zamieszczono formularz.   Prosimy o wypełnienie i przesłanie   w załączniku do listu pod któryś z   adresów umieszczonych w dziale   "Kontakt"
WSPOMNIENIA
   Wykaz pozycji :: Wspomnienie o Ludwiku Jazdonie

Ryszard Jazdon

O moim ojcu

Ludwik Jazdon urodził się 11 sierpnia 1898 roku w Wijewie w powiecie wschowskim jako syn Wojciecha i Józefy z domu Rękoś. Za sprawą swego ojca i z pomocą rodzeństwa, szczególnie Adeli Józefowskiej, ukończył gimnazjum we Wschowie.
Na początku I wojny światowej przebywał w gospodarstwie rodzinnym, gdzie od francuskiego jeńca nauczył się biegle mówić po francusku. Pod koniec wojny został powołany do wojska niemieckiego zaborcy. Udanie symulując chorobę (jak wielokrotnie nam opowiadał, smarował w tym celu nogę octem) zamiast na front został skierowany do szpitala w Berlinie. Zaczął tam zarabiać i wkrótce przesyłał pieniądze do rodzinnego domu.
Gdy wybuchło powstanie wielkopolskie wziął w nim czynny udział. Na czele drużyny zwiadowczej odniósł sukces, za który udekorowano go Krzyżem Walecznych. Sprytem, unikając nierównej walki, zmusił dowództwo wrogiej kompanii do poddania całego oddziału.
Po wojnie, już w wolnej Polsce, pracował administrując majątkami ziemskimi (w załączeniu oryginalna opinia pracodawców z tamtego okresu). Poza tym dodatkowo pracował w Wolsztynie jako biegły sądowy tłumacz języka niemieckiego oraz biegły rzeczoznawca ruchomości i nieruchomości majątków ziemskich.
W 1937 roku za uzbierane przez lata oszczędności i kredyt FOR-u kupił atrakcyjną resztówkę po majątku ziemskim w Karnie. W tym czasie został też współudziałowcem tartaku w Nowej Wsi Mochy.
Po wybuchu II wojny światowej i zajęciu Karny przez Niemców jej mieszkańców wysiedlono. Mój ojciec znalazł się na liście osób przeznaczonych do rozstrzelania. Z pomocą przyszli mu niemieccy właściciele ziemscy z Belęcina i Powodowa. Zaświadczyli, że Ludwik Jazdon jako wysokiej klasy fachowiec może być niezwykle przydatny przy wprowadzaniu niemieckich osadników z Besarabii w tajniki gospodarowania na ziemiach, z których wysiedlono Polaków. Od 1941 roku, do końca wojny, pracował w mleczarni.
Po wyzwoleniu wrócił do Karny i włączył się w działalność PSL blisko współpracując ze Stanisławem Mikołajczykiem (ówcześni działacze PSL mówili o ojcu, że był na tym terenie ''prawą ręką'' premiera).
W okresie stalinowskim nie ominęły go represje. Był wielokrotnie przesłuchiwany i inwigilowany. Pracownicy Urzędu Bezpieczeństwa usiłowali przestraszyć sąsiadów i zmusić ich do składania fałszywych donosów na Ludwika Jazdona. Jednak głęboka religijność mojego ojca (nigdy nie rozstawał się z różańcem), mądrość, prawość i życzliwość wobec innych pomogły mu przeżyć tamte posępne lata i wbrew wszelkim trudnościom wykształcić dzieci.
Cudem prosperowało gospodarstwo w Karnie obciążane przez lata ponad miarę kontyngentami i nadmiernymi podatkami. Prawdziwym łupiestwem dokonującym się w majestacie prawa były obowiązkowe dostawy płodów rolnych, którym obciążono karneńskie gospodarstwo. Z dwudziestohektarowego pola Ludwik Jazdon musiał oddać państwu 14 ton zboża, podczas gdy w tym samym czasie Rolnicza Spółdzielnia w Karnie z dwustuhektarowego obsiewu była zobowiązana odprowadzić zaledwie 10 ton! W tamtych czasach średni plon w kraju wahał się w granicach 15 kwintali z hektara kwadratowego. Sprostanie tym obciążeniom stanowiło ogromny trud, który trzeba było ponosić dzień za dniem. Nie był to tylko trud fizyczny, ale i ogromna presja psychiczna. W rodzinie nie ukrywano rodzących się rozterek i żalów na siermiężny los, ciągle myślano o ucieczce z tej pułapki. Dawni znajomi i krewni z zawodów rolniczych nie obciążeni własnym dorobkiem w nieruchomościach prowadzili dużo spokojniejsze życie piastując stanowiska w administracji PGR.
Dzieci zdobywały wykształcenie. Świat nęcił je swoimi możliwościami. Szczególnie dotyczyło to mnie i mojego brata, Adama. Pociągała nas szansa znalezienia interesującej pracy, możliwość obcowania z ludźmi, którzy korzystali już z perspektyw, jakie oferował im świat. Nie mieliśmy ochoty kontynuować życia bytując w gospodarstwie, które stanowiło owoc pracy całego życia Ludwika i Salomei. Taka sytuacja była dla wszystkich bolesna, skrywał się w niej nasz wielki dramat. Jednak pomimo to w pamięci zarówno dzieci Ludwika, jak i ich kuzynów i kuzynek, kolegów i koleżanek, wakacje przy żniwach były czymś nie powtarzalnym, wspominanym z wielką nostalgią po dziś dzień. A wszystko to dzięki pogodzie ducha, poczuciu humoru i mądrości człowieka doświadczonego przez los, Ludwika Jazdona, oraz serdeczności i gościnności towarzyszki jego życia, mojej matki, Salomei Jazdon.