Powyżej zamieszczono formularz.   Prosimy o wypełnienie i przesłanie   w załączniku do listu pod któryś z   adresów umieszczonych w dziale   "Kontakt"
WSPOMNIENIA
   Wykaz pozycji

Adela Majer, Ludwika Borowa:


Bronisława z Jazdonów Borowa,

czyli  RANYŚ CIKTESZ!  Chodź ino tu chłopieczku!




Czy wspominała Ojca Wojciecha Jazdona?

Ludwika Borowa: O swoim Ojcu mówiła zawsze z wielkim szacunkiem. Ja to wyczułam, że był wielkim autorytetem. Mówiła: "Chociaż byliśmy bardzo surowo chowani, to wyrośliśmy na ludzi radzących sobie w życiu". Wspominała, że Ojciec miał swój pokój, a w nim na stole codzienną gazetę, kartonik dobrych cygar, zawsze czysto ubrany. Wychodził z laską by zarządzać pracami w gospodarstwie, które było na wysokim poziomie.
Wracając jeszcze do palenia cygar. Teściowa była przyzwyczajona od młodości do zapachu dymku z cygara lub papierosa. Gdy już wszystkie dzieci opuściły dom i pozostała tylko z synem Antonim, który był niepalący to bardzo jej tej woni brakowało. Mając w pokoju piec kaflowy - kładła na jego wykończeniu paczkę papierosów, które przy nagrzaniu kafli wydawały woń.

Adela Majer: Po wyjściu za mąż zwróciła się do Ojca z prośbą o wyprawę. Ten odmówił i zatrzasnął drzwi. Wspomógł ją brat Franciszek, który kupił łóżka, kanapę i szyfonierkę. Ojca postawił przed faktem dokonanym i ten musiał zapłacić za to rachunki. Tym sposobem otrzymała wyprawę.

Jak się ubierała?

Adela Majer: Na co dzień babcia nosiła fartuch - zapaskę - obowiązkowo. Spódnice długie, marszczone w pasie, bluzki i koniecznie chustę. Od święta strój: ciemny, dopasowany żakiet, spódnicę marszczoną do pół łydek lub w kontrfałdy, chusta aksamitna z frędzelkami.

Ludwika Borowa: Teściowa na co dzień nosiła prostą, długą spódnicę i bluzkę (zależało od sezonu). W lecie kreton, a w zimie coś cieplejszego i fartuch od pasa do krańca spódnicy. Taka to była moda przed drugą wojną światową. Po wojnie nosiło się z przodu fartuchy, tzw. płaszczowe i mama do tego się dostosowała. W domu chodziła w sukienkach szytych w całej długości do 3/4 łydek.
Strojem wyjściowym była długa spódnica, lekko rozkloszowana i żakiet, tzw. kabat, czarna, kwadratowa chusta welurowa wykończona frędzelkami. W młodszych latach taka spódnica szyta była z dobrych gatunków materiału - z sześciu brytów (klinów), w pasie lekko zwężona, a dołem rozkloszowana. W czasie wojny trudno było coś kupić, tak więc spódnicę przeznaczyła na płaszczyk dla najmłodszej córki Władzi, który nosiła przez całą wojnę. Z ubioru pozostała tylko czarna wełniana chustka z kilku ostatnich lat życia, którą otrzymała jako prezent imieninowy od córki Adeli. Po śmierci zabrała ją najstarsza córka Ludwinia, jako pamiątkę i obecnie jest w posiadaniu jej syna Andrzeja. Z innych pamiątek pozostał chyba zegar w oprawie skrzynkowej, tzw. "regulator" - obecnie nieczynny.

Jaki miała charakter?

Adela Majer: Babcia była energiczna, lubiła rządzić, złościła się gdy było coś nie po jej myśli, wyzywała, często stosowała klapsy - typ przewodnika. Ulubionym powiedzeniem w złości było "TY PSIAJUCHO!" oraz "RANYŚ CIKTESZ!" - dzisiaj powiedzenie nieznane.

Ludwika Borowa: Była osobą bardzo łagodną, ale jeśli już ją coś poniosło to mówiła "psiajucho". Opowiadając mi o tym śmiała się i mówiła, że to wszystko wyniesione z rodzinnego domu, bo u Jazdonów to było w modzie. Gdy wykazywała zdziwienie to odzywała się słowami : "Ranyś ciktesz" albo "O Jedynusiu!".

Czy wyjeżdżała na wczasy?

Adela Majer: Nigdy na wczasach nie bywała. Pewnie nie wiedziała jak wczasy wyglądają. Każdej zimy wyjeżdżała do Leszna do Władzi. To były jej wczasy, ale dopiero w jesieni jej życia.

Ludwika Borowa: Gdy już przekazała pałeczkę swoich "włości" synowej, która po długich oczekiwaniach w jej domu wreszcie się pojawiła, to wyjeżdżała do najmłodszej córki Władzi, która mieszkała w Lesznie i nie tylko miała cieplutkie mieszkanie, ale i niezbędne ciepło ludzkie, z którego tak bardzo się cieszyła.
Mieszkając w Lesznie to i nas odwiedzała i stąd te wieści o rodzicach i rodzinie mego męża, które m.in. teraz przekazuję. Nie pracowałam zawodowo, dzięki czemu w zimie nie miałam prac ogrodowych ale za to czas upływał na wspomnieniach rodzinnych.

Co czytała?

Adela Majer: Czytała gazety, ale z tego co pamiętam to miała trudności w czytaniu i pisaniu po polsku, dlatego łatwiej czytało jej się w języku niemieckim wyuczonym w szkole. W czasie wojny pisała listy do męża Antoniego, gdy był na froncie. Pisała po polsku niewyraźnie i z błędami, dlatego Antoni miał trudności w odczytaniu i zrozumieniu napisanego tekstu. Po niemiecku pisała zaś gotykiem, ale z listów nic nie pozostało.

Ludwika Borowa: Czytała gazety, miesięczniki katolickie: "Posłaniec Serca Jezusowego", "Rycerz Niepokalanej".

Czy była pobożna?

Adela Majer: Wiarę miała bardzo głęboką. Do kościoła chodziła w każdą niedzielę mimo, że miała daleko - 4 km. W Zaborówcu była kapliczka i tam chodziła na nabożeństwa maryjne. Bardzo często odmawiała różaniec, tzn. każdego dnia wieczorem.

Ludwika Borowa: Była głęboko wierząca. Szczególnie przestrzegała przykazanie Boże: "Pamiętaj, abyś dzień święty święcił". Na początku naszego wspólnego życia jako świeża synowa byłam bardzo zapracowana i w niedzielę po południu wzięłam do ręki druty z jakąś robótką. Teściowa powiedziała: "Ale dzisiaj nic nie rób" i do dzisiaj to zapamiętałam.
Szczególnym jej nabożeństwem był różaniec i Nowenna do Matki Bożej Nieustającej Pomocy.
Mówiła, że modli się, by jej dzieci żyły zgodnie w swych rodzinach wg. Przykazań Bożych. Żeby praca dawała im zapewnienie przyszłości, bo wtenczas mogłaby spokojnie odejść.
W czasach międzywojennych mieli piękny, czarny powóz, tzw. "wolant". Piękne konie całą rodzinę zawoziły w niedzielę do kościoła, a czasami w co dzień, jeśli starczało czasu. Gdy przebywała na odpoczynku w Lesznie to chodziła nieomal codziennie do kaplicy sióstr zakonnych.

Czy była patriotką?

Adela Majer: Sympatyzowała z NARODOWCAMI, ponieważ mąż Antoni należał do tej organizacji. W domu śpiewało się pieśni patriotyczne.

Ludwika Borowa: Szczególnie ceniła sobie Wincentego Witosa i Romana Dmowskiego. Z wyczuciem patriotyzmu opowiadała o Powstaniu Wielkopolskim, o tym jak jej brat Polikarp z kolegą, będąc młodym chłopakiem przenosili powstańcom naboje.

Co lubiła robić?

Adela Majer: Ulubionym zajęciem babci były czynności kulinarne. Piekła ciasto, chleb, dużo gotowała, ponieważ lubiła jeść. Jej specjalnością był placek drożdżowy. W wolnych chwilach lubiła robótki ręczne, druty, wyszywanie. Bardzo lubiła zapach dymu papierosowego, albo cygara, chociaż sama nie paliła.

Ludwika Borowa: Przede wszystkim planowała, rozmyślała - jakby tu jeszcze coś zmienić i zwiększyć dochody w gospodarstwie. To było przedmiotem jej troski i pod każdym względem jej się to udawało. Dodać można umiejętności wyniesione z rodzinnego domu.
Ulubionym zajęciem była możliwość dodatkowego podrzucenia jakiejś karmy krówkom, żeby było więcej mleka oraz młodym gęsiom, żeby szybciej rosły, a hodowała ich ok. 60-70 sztuk. To sprawiało jej największe zadowolenie.
Jeśli chodzi o sprawy kulinarne to lubiła zjeść bułkę pokrojoną w kawałki, zalaną gorącym mlekiem, tzw. "snelkę". To uwielbiała. Jadła bardzo dietetycznie.

Czy miała ulubione zwierzęta?

Adela Majer: W gospodarstwie miała wiele zwierząt, ale najbardziej lubił krowy i koty. Psy przeganiała, bo ich nie lubiła.

Ludwika Borowa: Był piesek, były kotki. One należały do wyposażenia gospodarstwa. Ale atrakcją i historią stały się łaciate krasule. W latach pięćdziesiątych dla gospodarstw rolnych nastały trudne czasy. Szczególnie dla tych dużych obszarowo. Tacy gospodarze byli nazywani kułakami. Na bramach i parkanach pisano im: "Kułaku oddaj zboże". Za nie wywiązanie się z obowiązków dostaw groziła kara. Gdy pracownik Urzędu Gminy przychodził sprawdzać dostawę mleka to mawiał do mamy: "Kto się nazywa Borowy, to mleko ma". To jej sprawiało wielką satysfakcję i to się liczyło. Były to czasy, gdy została na gospodarstwie z synem spadkobiercą, a całość figurowała na jej imię i nazwisko.

Jak odnosiła się do bliskich?

Adela Majer: Dobre stosunki utrzymywała ze wszystkimi sąsiadami, nawet z wszystkimi mieszkańcami wioski. Lubiła wszystkim pomagać. Najwięcej przychodziła pani Michalak. Dla przyszłych członków rodziny: zięciów i synowych - była tolerancyjna. Częściej odwiedzała synową Walentynę i Bronisława oraz Władysławę i zięcia Bronisława.
Po niedzielnej mszy św. spotykała się z siostrą Adelajdą Józefowską. Odwiedzali się z Franciszkiem w Wijewie. Do Zaborówca przyjeżdżał Hipolit i Ludwik. Ulubioną wnuczką była Ewa Chłopkowiak z Leszna.

Ludwika Borowa: Z sąsiadami i znajomymi wokół szczerze rozmawiała. Przyjaźń sąsiedzka panowała, ale bliższych znajomości nie zawierała. W czasie międzywojennym, gdy w wiosce odbywały się wesela to bardzo rzadko bez udziału teściów. Tak się przyjęło, że Ojciec wygłaszał mowy dla młodej pary przed błogosławieństwem i miał taki dar do zabawiania gości. Nie był w stanie nikomu odmówić.
Wszystkich traktowała jak członków rodziny i mówiła: "Gdybym miała dłuższe ręce, to bym wszystkich objęła i przytuliła, bo mam wszystkie dobre dzieci". Miała słabość do wnuków i gdy któregoś zobaczyła to wołała: "Chodź ino tu chłopieczku". Wnuczki uważały, że dla Babci liczyły się tylko "chłopeczki".
Wiem, że spotkała się z bratem Ludwikiem, ale nie pamiętam konkretnej daty tej wizyty. Był zarządcą majątku i sprawdzał pracujących ludzi w polu. Jechał powozem konnym i zabrał ją ze sobą. Bardzo mile to wspominała.
Pamiętam za to jej ostatnie spotkanie z bratem, bo ja jej wtedy towarzyszyłam. Był luty 1962 roku. Ze stacji Tuchorza przewieziono nas powozem konnym. Przed domem czekali już domownicy: Wujek Ludwik z doniczką kwitnącej pelargonii. Przywitał ją: "Witaj księżniczko!". Przyjęła to z wielkim wzruszeniem i odpowiedziała tylko: "Och Ludwik". Zwiedziłyśmy całą hodowlę gospodarską i przechowalnię jabłek na strychu obory. No i ten przepiękny park. To było wielką atrakcją.

Jak zmarła?

Adela Majer: Długie lata chorowała na nadciśnienie i migreny. Zmarła po zjedzeniu kolacji i nagle zasłabła na rękach Antoniego. Na pogrzebie była cała najbliższa rodzina: dzieci, wnuki. Karawan - wóz gospodarski - ciągnięty przez konie jechał z Zaborówca do Brenna do kościoła. Po mszy św. prowadził ksiądz na brenneński cmentarz.
Ludwika Borowa: Nagle ciężko jej się oddychało. Drzwi z sypialni prowadziły do kuchni i były uchylone. Krzyknęła: "Antoni! Duszę się!" Syn podbiegł. Wziął ją na ręce i wyszedł do chłodniejszego pomieszczenia. Zmarła mu na rękach.
Na pogrzebie była najbliższa rodzina: dzieci, wnuki i prawnuki oraz liczni znajomi mieszkańcy wioski. Parafia Brenno miała własny karawan konny. Kondukt pogrzebowy prowadzony był z Zaborówca do Brenna. Trasa ta liczyła 4km! Karawan zaprzężony w parę koni. Kto mógł szedł pieszo za trumną śpiewając pieśni, bądź na przemian odmawiając różaniec. Trumna ze zwłokami została złożona obok męża w miejscu zarezerwowanym uprzednio. Dzień był szary, smutny, pochmurny.
W młodszych latach cierpiała na migrenę. Nie mogła wychodzić na słońce. W późniejszych latach dolegliwość ustąpiła. Z wiekiem postępowało nadciśnienie i słabe krążenie.