Powyżej zamieszczono formularz.   Prosimy o wypełnienie i przesłanie   w załączniku do listu pod któryś z   adresów umieszczonych w dziale   "Kontakt"
WSPOMNIENIA
   Wykaz pozycji

Maria Maćkowiak, Maria Szymańska, Ewa Napierała:


Jedyne dziecko Marianny i Wojciecha Jazdonów, czyli nasza Babcia Józia.




Maria Maćkowiak: Dom - ten piękny dom babci. Mieszkałam już ze swoją rodziną w Turku, kiedy dostałam list od mojej mamy, że został zburzony i będzie nowy. Popłakałam się. Dobrze, że babcia tego nie widziała. Wjazd był dłuższy, stały dwa olbrzymie kasztany. Na miejscu, gdzie teraz jest nowy dom kiedyś był ozdobny ogród. Całość tworzyła jedyną w swoim rodzaju, niepowtarzalną atmosferę. Po latach wiem jak dzięki babci mam bogate wspomnienia. Uwielbiała nas wszystkich razem u siebie. Wtedy ubywało jej lat. Każde święta, Boże Narodzenie, Wielkanoc, każda okazja była dobra, aby się spotkać. Te przyjęcia… Stoły zastawione smakołykami, ta cudowna radosna atmosfera, wspomnienia, rozmowy na różne tematy, a my młodzież zasłuchani. Zima przy piecu z pięknych zielonych kafli, w lecie w altanie, albo w ogrodzie.

Czy babcia Józefa spotykała się ze swoim ojcem Wojciechem Jazdonem?

Maria Maćkowiak: Wiem, że ze swym ojcem Wojciechem spotykała się często. Odwiedzał ją w Łysinach. Podobno też w Donatowie. Tego z opowiadań babci nie pamiętam. Babcia kochała swego Ojca. Dużo i ciepło o nim opowiadała. Ubolewała, że nie dane jej było poznać matki.

Maria Szymańska: Ojciec Wojciech odwiedzał Babcię często. W Donatowie prowadził notarialny zapis gospodarstwa. W Łysinach też był częstym gościem. Był podziwiany przez sąsiadów.

Ewa Napierała: Ojciec Wojciech Jazdon był kilka razy u swej córki Józefy w Donatowie. Przyjeżdżał konno powózką. Pewnej wizyty za powózką w prezencie dla córki przyprowadził krowę. W miarę swoich możliwości finansowo wspomagał gospodarstwo córki Józefy. Ojca babcia ceniła bardzo za to, że będąc jedyną córką pierwszej zmarłej żony nie robił różnicy między resztą rodzeństwa po drugiej żonie. Ścisłe kontakty rodzinne babcia utrzymywała z resztą rodzeństwa po śmierci ojca. Częstym gościem w Donatowie była Janina Jazdon z Borku.
Pamiętam wizytę cioci Janiny Jazdon z borku. Przyjechała na komunię św. kuzynki Haliny i kuzyna Tadeusza. Były to duże uroczystości rodzinne, na które zaproszono wszystkich najbliższych krewnych.

Czy była patriotką?

Maria Maćkowiak: Kiedy po latach zaborów rodziło się Państwo Polskie pragnieniem babci i dziadka Antoniego było zamieszkać w Polsce. Granica polsko-niemiecka przekreślała ich marzenia. Mieli zostać na terytorium Niemiec i tu zaczyna się problem. Dziadek należący do Związku Polaków zbierał pieniądze od członków, by wysłać ich przedstawiciela do Warszawy w celu zabiegania o u władz w ich sprawie. Wspierała go babcia. Dziadek naraził się Niemcom i przez pół roku musiał się ukrywać. Babcia sama z dziećmi nie radziła sobie z gospodarstwem. Z pomocą przyszedł jej niemiecki ksiądz. Postarał się o tyle, że dziadek mógł się ujawnić, ale warunek - "muszą opuścić Łysiny". Babcia rozpaczała, że "chce do Polski", ale jednocześnie było to dla niej ogromne wyrzeczenie. Musieli zamienić, bądź sprzedać gospodarstwo. Szukali podobnego i znaleźli w Donatowie. Właścicielem był Niemiec. Tak jak oni do Polski, tak on chciał do Niemiec. Doszło do zamiany. Jeśli mnie pamięć nie myli to było to ok. roku 1920, bądź 1921. I tak babcia zamieszkała w młodym Państwie Polskim w Donatowie. Nie było jej łatwo. Dla miejscowych byli "obcymi". Mieszkańcy wsi długo dawali im to odczuć. Z czasem gospodynie zaakceptowały babcię, ale zawsze w tych relacjach pozostawał lekki dystans. Patrzono jej na ręce, a to jak prowadzi dom, jak ma w obejściu, ogrodach, itp. I tu babcia wywiązała się wspaniale zadbanym obejściem, mnóstwem ptactwa domowego, które uwielbiała i które dosłownie jadły jej z ręki, pięknie utrzymanymi ogrodami. W jednym rosły szparagi - nowość w Donatowie. Pamiętam, że jeszcze po wojnie, w sezonie, dwa razy w tygodniu chodziłam je wykopywać.

Maria Szymańska: Patriotyzm jej polegał na tym, że była dobrą matką, babcią, teściową i na tym, że pomagała biednym. Po wieczornym udoju mleka roznosiła je ubogim. Nigdy nie odmówiła pomocy potrzebującemu. Jest też pewna historia. Otóż córka Magdalena Maria przewoziła swego ojca Antoniego (męża babci) przykrytego słomą na wozie przez granicę polsko-niemiecką - z Łysin do Wijewa - do swego teścia Wojciecha Jazdona. Dziadek Antoni ukrywał się tam przez pół roku, a potem pół roku córka Magdalena znów przewoziła swego ojca wozem pod słomą do domu. Przejście przez granicę udało się. Wrócili szczęśliwie do domu. Radość była duża. Niestety dziadek Antoni musiał się jeszcze ukrywać w domu. Babcia Józefa postanowiła zwrócić się o pomoc do niemieckiego proboszcza. Po rozmowie z nim ustalono, że dziadek Antoni natychmiast się ujawni. Tak też się stało. Długo nie trwało i Antoni został postawiony we Wschowie pod ratuszem do rozstrzelania za to, że zbierał składki na odbudowę Polski. W ostatniej chwili proboszcz z Łysin dziadka uratował i tak uniknął śmierci. Po tym nieszczęściu zrozumieli, że muszą wrócić do Polski i zamieszkali w Donatowie.

Ewa Napierała: Mąż babci Józefy - Antoni Nowak - brał udział w tajnych działaniach przeciwko Niemcom pod zaborem pruskim. W tej walce narodowo-wyzwoleńczej został zdemaskowany przez Prusaków i osadzony w więzieniu we Wschowie. Za wstawiennictwem katolickiego księdza niemieckiego został uratowany przed rozstrzelaniem i wywieziony na wozie z sianem przez granicę, przez swoją córkę Marię. Po wojnie rodzina Nowaków zmuszona była przesiedlić się do Polski. Osiedlili się na gospodarstwie w Donatowie po zamianie z Niemcem, który osiadł w Łysinach.
Babcia swoją postawą w sumiennym wykonywaniu codziennych prozaicznych obowiązków uczyła nas cierpliwości i uczciwości. Dużą wagę przywiązywała do wzajemnej rodzinnej pomocy. Zawsze była gotowa wspomagać tego, któremu w rodzinie się akurat gorzej działo. Potrafiła jednoczyć rodzinę wokół siebie. Swary i niesnaski jakie się zdarzały między rodzeństwem umiejętnie wyciszała. Uczyła miłości do ziemi i rodziny, umiała czerpać radość z ciężkiej pracy na gospodarstwie. Potrafiła zachować tradycję i po kolacji wigilijnej w Boże Narodzenie dzieliła się opłatkiem z trzodą chlewną. W dzień Świąt Wielkanocnych po śniadaniu chodziła po polu z kropidłem i wodą święconą i święciła uprawy oddając plony w ręce Boga.

Co czytała?

Maria Maćkowiak: Nie widziałam u babci książki, oprócz tej do nabożeństwa, za to gazety zawsze. W okupację to pamiętam - niemieckie, bo tata mój nie radził sobie z czytaniem w tym języku, a babcia czytając tłumaczyła. Dziś wiem, że z rodzeństwa to właśnie mój ojciec był partnerem babci, swej mamy w rozmowach o polityce. Już po wyzwoleniu, kiedy chodziłam do Donatowa, babcia zawsze po obiedzie siedziała przy stole nad rozłożoną gazetą, którą codziennie w południe przynosił listonosz. Nie lubiła by jej przeszkadzać, nie sprzątała po obiedzie, dopóki nie zaznajomiła się z ważniejszymi artykułami. Kiedy jechałam gdzieś z ojcem to oczywiście politykowanie i zawsze babcia i mój tata, a wuj Robert rzadko się włączał, ciocie nigdy.

Maria Szymańska: Dużo opowiadała o Biblii. Babcia codziennie czytała gazety od deski do deski. Jej zainteresowaniem była polityka. Odziedziczyła to po swojej mamie Maria Magdalena. W czasie okupacji to ja Maria byłam obarczona codziennie kupnem niemieckiej gazety "Deutsche Beobachter".

Ewa Napierała: Moja babcia interesowała się bardzo żywo bieżącą tematyką polityczną. Dowodem tego była obowiązkowa lektura prasy codziennej. Wypatrywała niecierpliwie listonosza, który przynosił "Głos Wielkopolski". Gazetę czytała od deski do deski bez względu na porę dnia. Zdarzało się jej przerwać codzienne obowiązki np. zmywanie naczyń po obiedzie, aby dowiedzieć się co nowego w polityce i prasie. Któraś z córek obecnych w domu kończyła prace porządkowe przerwane przez codzienną prasówkę babci.

Co było jej specjalnością w kuchni?

Maria Maćkowiak: Babcia gotowała wspaniale. Lubiłam jej zupę grochówkę na wędzonym boczku, do tego kiszona kapusta. Golonka, którą lubię do dziś, ale takiej jak babcia nie zrobię. Chleb piekła sama. Okrągłe, duże, pachnące bochny. Miała oddzielne pomieszczenie, gdzie był duży piec, specjalne miejsce do zagniatania ciasta, długi stół, na którym układała chleb. Jej ciasto drożdżowe to była poezja. Za jednym razem piekła nie mniej jak dziesięć blach placka. Musiał być niewysoki i z bardzo dużą ilością kruszonki. Placki po wyjęciu z pieca układała na słomie do odparowania.

Maria Szymańska: Pieczenie chleba w dużym piecu. Zaczyn był przygotowywany wieczorem. Wygrzewał się przy kuchennym piecu. Jeszcze dzisiaj czuję ten smak. Po chlebie w rozgrzanym piecu piekło się placek i bułki. Następnym ulubionym zajęciem było robienie masła w drewnianej kieżynce. Masło było świeże, pyszne z odrobiną soli.

Ewa Napierała: Ulubionym zajęciem było wypiekanie bochenków chleba. Babcia robiła zaczyn z ciasta, formowała zgrabne bochenki i wkładała do rozpalonego drewnem pieca chlebowego. Chleb piekła dla całej rodziny raz na tydzień. Na specjalne okazje piekła placek drożdżowy z kruszonką. Robiła tego placka kilka blach na raz. Amatorów słodyczy w rodzinie nie brakowało. Zwłaszcza wuja Stachu Jankowski w nocy skradał się do spiżarni i zajadał się świeżym plackiem, popijał zimną wodą, wypalił papierosa i szedł z powrotem do łóżka. Rano wszyscy domownicy wiedzieli kto nocą buszował w spiżarni. Babcia Józia często gotowała szare kluski zrobione z surowych utartych ziemniaków uformowane w kulkę i okraszone skwarkami stopionej słoniny, do tego była podawana gotowana kraszona kapusta. Smacznym daniem była też prażona kasza zalewana rosołem ugotowanym na wędzonych żeberkach. Ulubionym przysmakiem dzieci był syrop z gotowanych buraków cukrowych o konsystencji karmelu, którym babcia smarowała chleb z masłem.

Czy była pobożna?

Maria Maćkowiak: Nie umiem powiedzieć, jaka była jej pobożność, wiara i jak ją praktykowała, ale wiem, że często ją widziałam z modlitewnikiem skupioną, jakby nieobecną, a książeczka i różaniec zawsze były na stoliku. Pamiętam, że nad moim łóżkiem wisiał obraz, a na nim dziewczynka przechodząca przez kładkę nad strumykiem, a za nią anioł. Babcia lubiła posiedzieć przy mnie jak mnie mama położyła do łóżka. Mawiała wtedy: "Patrz. Ta dziewczynka to ty, ten anioł to twój stróż, on zawsze będzie z tobą i nic złego cię nie spotka", a ja wpatrywałam się w tą dziewczynkę, bo była bardzo ładna i byłam dumna, że babcia porównała mnie z nią.

Maria Szymańska: Na mszę św. chodziła, względnie jechała w każdą niedzielę. Kiedy wychodziła i wracała do domu to zawsze z pozdrowieniem bożym. W drodze kiedy spotykała krzyż to się żegnała, a dziadek zdejmował czapkę.
Cechą babci Józi było dbanie o bezpieczeństwo domowników, co przejawiało się w postaci tradycji spakowanych tobołków, zawiązanych w chustę najpotrzebniejszych rzeczy, tzn. butów, ubrań i innych niezbędnych drobiazgów. Podczas ciężkich w owych czasach burz, na stole palono świecę gromniczną i modlono się o uchronienie domu przed uderzeniem pioruna. Gdyby jednak piorun trafił w dom, to każdy był przygotowany na szybką ucieczkę z domu wraz z tym tobołkiem. Na szczęście gorące modlitwy były skuteczne i nigdy nie było konieczności natychmiastowej ucieczki z domu.

Czy złościła się?

Maria Maćkowiak: Nie pamiętam babci złoszczącej się, a mieszkałam z nią od dziecka, a konkretnie od września 1939r., od kiedy zostali wysiedleni z Donatowa i zamieszkali z nami, tj. u syna Jana - mego ojca na Barbarkach. Nas wysiedlono w 1940r., albo 1941 roku do szkoły w Błociszewie. Dalej mieszkaliśmy razem z dziadkami, wujem Robertem i ciocią Anną (mamą Ewy Napierały). Kiedy wysiedlono nas ze szkoły, którą zamieszkali Niemcy, ja z rodzicami mieszkałam w Czołowie, niedaleko Kórnika, gdzie w 1943r. urodził się mój brat Bronisław, a dziadkowie kątem przy rodzinie przyszłej synowej babci, a żony Roberta. Moi rodzice wraz ze mną i bratem też wrócili do Błociszewa, ale już nie mieszkaliśmy z dziadkami. Tam po prostu nie było miejsca. Mieszkaliśmy na poddaszu domu, który należał do majątku, ale do babci było blisko i znowu ją często widywałam. W tym czasie była bardzo smutna, często płakała. Wiem, że chodziło o wuja Brunona, który zginął w obozie.

Maria Szymańska: Nie zaznałam babci złośliwej. Zawsze była pogodna. Dożyła 81 roku życia.

Ewa Napierała: Babcia była osobą pogodną, bardzo ciepłą i dobrą, bez reszty oddaną rodzinie. Kiedy po wojnie wychowywała czwórkę wnuków, była już osobą w podeszłym wieku. Gdy nie mogła opanować czwórki urwisów (biegali szybciej od niej) to wtedy miała sposób na ich zatrzymanie. Rzucała kawałkiem drewna pod nogi uciekającego dzieciaka i w ten sposób go zatrzymywała. Nie karciła nas nigdy, nagradzała smakołykiem lub kawałkiem czekolady wyjętym z zapaski.

Jak chodziła ubrana?

Maria Maćkowiak: Babcia nosiła długie suknie, przeważnie czarne, zapięte pod szyją na rząd guzików ozdobnych, bądź obciągniętych materiałem, z którego uszyta była suknia. Były to suknie bardzo ładne, a babcia wyglądała w nich bardzo dostojnie, przynajmniej ja tak ją postrzegałam. Na co dzień ubierała też suknie, te w kolorze szarym i fartuchy od pasa w kratkę lub paski. Nie pamiętam, by babcia nosiła jakąkolwiek biżuterię, czy inną ozdobę. Zawsze była schludna mimo surowości stroju.

Maria Szymańska: Na co dzień po wiejsku. Natomiast w niedzielę do kościoła po miejsku - zawsze w kolorze czarnym. Czarne buty, pończochy, czarny długi płaszcz, a na głowie kapelusz.

Ewa Napierała: Babcia Józia na co dzień chodziła ubrana w strój wiejski. Czarna, długa i szeroka spódnica do ziemi, zapaska tzn. pół fartucha na pasku zakładana na spódnicę w ciemnym kolorze. Bluzka z długim rękawem też w ciemnym kolorze (granatowy, czerń lub brąz). Na głowie wiązała chustkę. Od święta ubierała się podobnie, tyle że rzeczy te były zakładane okazjonalnie i wyjmowane z szafy na niedzielę lub inne święta. Po babci zachowała się kraciasta chusta w kolorze butelkowej zieleni w czarno-żółtą kratę obszyta czarnymi frędzlami. Chustę tą babcia ubierała w zimne dni na specjalne wyjścia do kościoła lub odwiedziny rodziny. Chusta ta jest jedyną moją pamiątką po babci i eksponuję ją na widocznym miejscu w domu na starej skrzyni, tyle że nie babcinej.

Czy lubiła wyjeżdżać z domu?

Maria Maćkowiak: Z tego co mi wiadomo babcia nigdy nie wyjeżdżała. Będąc dorosłą nieraz zastanawiałam się, czemu babcia nie uczestniczyła w żadnych uroczystościach rodzinnych, nawet u tych ze swych dzieci, które z nią mieszkały? Mam na myśli chrzty, I komunie, śluby wnuków - a za jej życia, aż czworo z nas wyszło za mąż, bądź się ożeniło. Babcia nie była na żadnym ślubie, odmówiła kategorycznie. Nie przekonały ją żadne argumenty, że blisko, że ciepło, bo czerwiec. Nic. Do kościoła w Błociszewie z Donatowa są przecież tylko 2 km!
Maryla Szymańska szyła mi suknię do ślubu i to u Babci w Donatowie. Kiedy po kolejnej przymiarce dzieło było gotowe, babcia poprosiła bym przyniosła buty, welon. Ubrana w cały strój stałam zmieszana. Moja kochana babcia długo mi się przyglądała. Zauważyłam kątem oka jak pospiesznie otarła łzę, ale szybko się opanowała i powiedziała mi: "Będziesz piękną panną młodą". Ale na ślub i tak nie przyszła.

Maria Szymańska: Nie wyjeżdżała. Pilnowała gospodarstwa. Ewa Napierała: Pamiętam odwiedziny babci Józi u nas w Czempiniu. Babcię na jeden dzień przywiózł konno syn Robert, aby zobaczyć jak urządziliśmy się w nowo wybudowanym domu. Mieszkamy blisko torów kolejowych i babcię mocno denerwowały głośne i częste przejazdy pociągów. Podobnie było z odwiedzającymi nas gośćmi z Donatowa. Długo w rodzinie krążyła zabawna anegdota jak wuja Stacha Jankowskiego w środku nocy ostry gwizd pędzącego pociągu wyrwał z łóżka na równe nogi. Cała rodzina długo śmiała się z tego zabawnego zdarzenia.

Czy lubiła zwierzęta?

Maria Maćkowiak: Pamiętam gołębnik na podwórzu. Był to domek na wysoki palu, w środku wlotu jak małe okienka, oczywiście bez szyb z wystawką, na której gołąbki siadały. Ulubione przez babcię perliczki: "pyskówki" - jak je babcia nazywała. Całe to ptasie towarzystwo na widok babci wychodzącej z altany z jedzeniem dla nich, otaczały ją niczym Zosię w "Panu Tadeuszu". Babci sprawiało ogromną radość karmienie tego rozgdakanego towarzystwa.

Maria Szymańska: W południe po obiedzie była godzinna przerwa. Babcia odbywała godzinną drzemkę w oborze wśród trzody. To był jej zwyczaj. Lubiła wszystkie zwierzęta. Zaraz po obiedzie karmiła pieski.

Czy miała swoją ulubienicę bądź ulubieńca wśród wnuków?

Maria Maćkowiak: Myślę, że najbardziej babcia kochała swoją najmłodszą wnuczkę Ewę Napierałę, choć nigdy nie dawała nam tego odczuć. Ja czułam się kochana przez babcię. Kiedy byłam nastolatką rodzice posyłali mnie bardzo często do babci z różnymi sprawami (nie było telefonu). Najczęściej w lecie. A to po ww. szparagi, wiśnie, jabłka papierówki (nasz sad był młody i nie było owoców). Babcia zawsze mnie odprowadzała, a ja obserwowałam ją jak trzyma ręce schowane pod fartuchem. Cieszyłam się, bo wiedziałam, że trzyma tam 20 złotych, które za chwile będą moje. Nieraz babcia była zmęczona lub było gorąco, ale szła ze mną. W tym miejscu muszę wspomnieć sąsiada babci, który na rowie z Donatowa do Błociszewa pasł kozy. Był karłem, a więc "inny". Bałam się go. Babcia to wiedziała. Prowadziła mnie aż doszliśmy do Leonka, z którym babcia rozmawiała, a ja szybko żegnałam się i do domu. Te spacery, rozmowy z babcią wspominam bardzo miło. A może to ja byłam ulubienicą babci?

Maria Szymańska: Moim zdaniem ulubieńcem babci Józefy był wnuk Zenon, mój brat. Kiedy był w wojsku w Przemyślu to na przysięgę jechała Ewy mama z pełną walizką po świniobiciu. Dla Zenona było to wielkie przeżycie. Często o tym wspominał.

Jak poznała Antoniego Nowaka?

Maria Maćkowiak: Jak poznała swego męża, czyli mego dziadka? Opowiadała mi, że bardzo bała się zamieszkać z mężem. Rozumiałam, że bała się tego, co ją czeka, czy sprosta, czy podoła obowiązkom przy mężu na gospodarstwie. U ojca był jej dom. Szanowała macochę Józefę Rękoś, która ją wychowała. Szła w nieznane. Bardzo kochała brata Ludwika, który miał o ile pamiętam pięć lat jak moja babcia wychodziła za mąż. Za nim tęskniła najbardziej.

Czy pozostały po Babci Józefie jakieś pamiątki?

Maria Szymańska: Ja posiadam duży obraz owocowy w drewnianej oprawie, który był malowany przez artystę u Babci w domu. Również obraz "Wieczerza Pańska". Miłą pamiątką jest również obraz olejny przedstawiający żniwa oraz zegar w drewnianej oprawie.

Ewa Napierała: W spadku po babci Józi pozostały obrazy, które w 1931 r. namalował malarz Komaracki. Babcia każdej córce ofiarowała obrazy olejne namalowane przez tegoż malarza. Córka Marta dostała martwą naturę z owocami. Maria Jankowska otrzymała piękny obraz o tematyce żniwnej. Drugi obraz przedstawiał Ostatnią Wieczerzę w Wieczerniku. Piękny w drewnianej ramie do dziś budzi zachwyt. Córka Anna otrzymała martwą naturę z owocami oraz jelenie u wodopoju w pięknym, górzysto-leśnym pejzażu. Podczas okupacji niemieckiej, kiedy rodzina babci Józi Nowak została wysiedlona przez byłego właściciela Erwina Wende i zmuszona była zamieszkać w szkole w Błociszewie, obrazy przechowywane były za szafą u pani Siekierskiej, osoby zaprzyjaźnionej rodzinie i bezpiecznie przetrwały zawieruchę wojenną.

Jak wyglądał dzień kiedy umierała?

Maria Maćkowiak: Była piękna letnia niedziela. Byliśmy wszyscy najbliżsi: córki i synowie z rodzinami. Ja z maleńkim synkiem. Olek miał osiem miesięcy. Babcia więcej siedziała, niż leżała, oparta na poduszkach. Pokój był przyciemniony. Była słaba, ale przytomna i myślę pogodzona z tym, że odchodzi. Miała osiemdziesiąt lat. Wchodziliśmy do niej pojedynczo, aby jej nie męczyć. Długo rozmawiała z moim ojcem. Ja weszłam do babci z dzieckiem na ręku. Tata mój siedział na krześle przy łóżku. Babcia uśmiechnęła się do prawnuka i coś powiedziała. Mi wzruszenie odebrało mowę. Tata miał łzy w oczach. Mały zaczął płakać. Bał się. Babcia pożegnał się ze mną i pogłaskała małego Olka. Pamiętam jak by to było dziś, jak powiedziała: "Idź już. Mały się boi. A przyjdź na pogrzeb". Wybiegłam. To było moje ostatnie widzenie babci. Nie zmarła w tę niedzielę. Żyła jeszcze kilka dni.

Maria Szymańska: Przed śmiercią opowiedziała domownikom jak mają przygotować pogrzeb, tzn. "Zabić świnie. Drobiu jest dużo. Wystarczy". Babcia umierała w wieku 81 lat. W prawej ręce trzymała palącą się świecę. Kiedy zamknęła oczy lewą ręką dała znak by zabrać świecę. Tak zakończyła życie.

Ewa Napierała: Babcia odeszła 3 sierpnia 1960 r. Było ciepłe lato - czas żniw. Po śmierci babci trumna ze zwłokami złożona była na pryzmie białego, mokrego piasku w pokoju gościnnym. Przy trumnie odprawiano różaniec. Wieczorem, po pracy w polu (był to okres żniw), cała wioska tłumnie gromadziła się na różańcu.

Jak wyglądał pogrzeb?

Ewa Napierała: W dzień pogrzebu kondukt żałobny pieszo wyruszył z Donatowa do kościoła parafialnego w Rąbiniu. Oprócz rodziny, krewnych i przyjaciół udział w pogrzebie wzięła cała wioska. W pogrzebie brała również udział bratowa babci, ciocia Jazdon z Borku.

Maria Maćkowiak: Pogrzeb. Piękna pogoda. Szliśmy za trumną pieszo do Rąbinia. Odprowadzali ją najbliżsi, znajomi i mieszkańcy Donatowa. Spoczęła przy dziadku, swoim mężu. Była ciocia Ludwikowa i ciocia z Borku Hipolitowa. Z kim i jak one przyjechały? Nie wiem. Czy był z nimi ktoś jeszcze z rodziny? Nie potrafię odpowiedzieć. Zapamiętałam tylko obie ciocie, z którymi na stypie rozmawiałam. Większe zainteresowanie moją osobą wykazała ciocia Janina. Myślę dlatego, że znała bliżej mego ojca Jana. Tata po ukończeniu szkoły rolniczej w Lesznie (1932-33) był na praktyce u wuja Hipolita w Koszkowie. Mieszkał u wujostwa. Ja najstarsza córka Jana zainteresowałam ciocię, a że byłam już mężatką i wówczas z mężem, to pytała o nasze plany na przyszłość.
Dla mnie osoba babci była kimś wyjątkowym. Nigdy po jej odejściu dom w Donatowie nie był taki sam, mimo gościnności i serca Wuja Roberta i Cioci Maryni. Skończył się pewien etap życia.
Od red.               Józefa Jazdon Nowak: ur. 15 marca 1879r.;
                                           jedyna córka Marianny z Ratajskich i Wojciecha Jazdona;
              Maria Maćkowiak: córka Jana Nowaka, który był synem Józefy z d. Jazdon
              Maria Szymańska: córka Marty Biniak, która była córką Józefy z d. Jazdon.
              Ewa Napierała: córka Anny Frąckowiak, która była córką Józefy z d. Jazdon.




Zdjęcie rodzinne Józefy Jazdon Nowak ze ślubu Emilii i Jana Nowaków





Galeria pamiątek po Józefie Jazdon-Nowak