Powyżej zamieszczono formularz.   Prosimy o wypełnienie i przesłanie   w załączniku do listu pod któryś z   adresów umieszczonych w dziale   "Kontakt"
BIBLIOGRAFIA
   Wykaz pozycji


Relacja Agnieszki Romanowskiej-Serafin z tegorocznej wyprawy p. Wojciecha Jazdona wokół Bornholmu do biuletynu zakładowego Zespołu Elektrociepłowni Bydgoszcz


Wokół Bornholmu


Bornholm, należąca do Danii wyspa na Morzu Bałtyckim, stała się celem kolejnej wyprawy Wojciecha Jazdona - znanego podróżnika, na co dzień wicedyrektora Wydziału Spraw Obywatelskich bydgoskiego Urzędu Miasta. Wraz z Jarosławem SurwiłoBohdanowiczem i Tomaszem Kuśmierkiem w ciągu sześciu dni opłynęli wyspę na kajakach.
Kajak kajakowi nierówny...

Kajaki morskie różnią się znacznie od tych powszechnie używanych. Mają 5 m długości i są stosunkowo ciężkie - ważą ok. 30 kg. Uczestnicy wyprawy płynęli na kajakach z polietylenu, które, jak określił Wojciech Jazdon, cechuje prawdziwa "morska odwaga", znakomicie pływają i sprawdzają się na falach. Do tego lekkie, wytrzymale wiosła, które cienką ale odporną na zerwanie linką mocuje się do kajaka. Gdyby doszło do wywrotki - tzw. "kabiny" w języku kajakarzy - wiosło, które jest przecież absolutnie niezbędnym elementem wyposażenia, nie odpłynie. Podróżnicy ubrani byli w chroniące przed wychłodzeniem i przemoczeniem stroje, tzw. aquashell, po których, dzięki pokryciu specjalnym tworzywem o właściwościach rybiej łuski, spływa woda. Lecz sprzęt to nie wszystko. Ważna jest także znajomość zasad właściwego pakowania - co wkładać do dzioba, co do rufy, jak rozkładać ciężar w kajaku.

Po pierwsze perfekcyjne przygotowanie

Wszystkie wyprawy bydgoskiego podróżnika poprzedzają staranne przygotowania. Istotny jest każdy detal, począwszy od precyzyjnych map linii brzegowej, bo wokół Bornholmu występują skały, których często w ogóle nie widać, poprzez szczegółowe zapoznanie się z położeniem portów i marin jachtowych, rodzajami nabrzeża, aż po znajomość dominujących wiatrów, od których zależy kierunek płynięcia kajakarzy. I oczywiście trening fizyczny oraz obycie z kajakiem morskim, na którym pływa się zupełnie inaczej. Wiosła, ze względu na gwałtowne porywy wiatru zdolne wyrwać je z ręki, trzyma się dużo niżej niż tradycyjnie. Istotne są ponadto zasady zachowania na wodzie - trzeba wiedzieć, z której strony podpłynąć do partnera na falach, należy mieć świadomość, co w rzeczywistości oznaczają na morzu 2, 3, 4° w skali Beauforta.
Przygotowania są niezwykle istotnym elementem wyprawy. I choć było się już na wielu - przekonuje Wojciech Jazdon - nie można sobie odpuścić, nie wolno pozwolić sobie na nonszalancję, nadmierną pewność siebie. Pokora, skromność i maksymalna koncentracja to żelazne zasady.

Bezpieczeństwo ponad wszystko

Na spokojnym morzu, jak twierdzi Wojciech Jazdon, wbrew pozorom jest bardzo niebezpiecznie. Woda niezauważalnie przepływała między ukrytymi pod jej powierzchnią skałami i bardzo łatwo na nich rozbić kajak. A choć podróżnicy wcale nie zamierzali, często musieli płynąć w odległości 1-2 km od brzegu widząc wokół siebie jedynie wodę. Tym razem, szczęśliwie, kajakarzom udało się uniknąć wywrotek. Jednakże "zaliczenie kabiny" może przytrafić się każdemu. Dlatego kajaki wyposażone są w kamizelki ratunkowe, które po uruchomieniu specjalnego mechanizmu napełniają się powietrzem i układają się tak, że utrzymują głowę na powierzchni wody, nie utrudniając przy tym pływania.
Uczestnicy wyprawy mieli ze sobą tzw. flary płonące jak pochodnie oraz rakietnice. Przydają się one nie tylko wtedy, kiedy partner zniknie z zasięgu wzroku, ale przede wszystkim przy spotkaniu z większym statkiem. Taki kontakt - opowiadał Wojciech Jazdon - może być naprawdę bardzo groźny. Załoga statku, czy większego jachtu może nas ani nie zauważyć, ani nie usłyszeć, a choć obowiązkiem mniejszej jednostki jest ustąpić drogi większemu, to przecież możliwości fizyczne płynącego kajakiem są, w porównaniu z pędzącą łodzią, mocno ograniczone. Niezbędnym wyposażeniem kajakarza są także radiotelefon i ... gwizdek, który w wielu okolicznościach, dzięki prostocie użycia okazuje się bardzo skuteczny. Na morzu często zdarza się bowiem mgła lub fale szumią tak głośno, że w promieniu 100-150 m zupełnie nic nie słychać.

A jednak ryzyko istnieje

Choć obowiązuje zasada, że powyżej 3° w skali Beauforta kajakiem na morze się nie wypływa, czasami pogoda zmienia się tak gwałtownie, że takich sytuacji nie da się uniknąć. Spora część wybrzeża Bornholmu jest skalista, klify tworzą wręcz pionowe ściany i przy dużej fali można się o nie po prostu roztrzaskać. Dlatego tak ważna jest znajomość nabrzeża, portów, marin, do których w nagłej sytuacji można bezpiecznie i szybko dopłynąć. Uczestnicy wyprawy dalecy byli od brawury i ryzykanctwa. Nie chcemy być bohaterami - deklarował Wojciech Jazdon - chcemy zrobić to, co założyliśmy i szczęśliwie wrócić do naszych bliskich. Jeśli czasami musimy stawić czoła zagrożeniu, robimy wszystko, żeby to się szczęśliwie udało.

Morskim szlakiem

Przez pierwsze dwa dni pogoda i kierunek wiatru sprzyjały wyprawie. Wiatr wiał w plecy, a fala była niewielka. Kajakarze przepływali ponad 30 km dziennie, a z pełnym obciążeniem kajaka, na morzu to naprawdę dużo. Trzeciego dnia było już trochę gorzej, a w kolejnej dobie pogoda pogorszyła się na tyle, że udało im się pokonać tylko 2 km. Przy 5-6° w skali Beauforta absolutnie nie dało się pływać. Podróżnicy zostali zmuszeni do zrobienia sobie niemal dwudniowej przerwy. Wyruszyli drugiego dnia dopiero po 18, kiedy morze trochę się uspokoiło. Ale wieczorne pływanie bywa złudne - przy zachodzącym słońcu nie zawsze widać kamienie. Trzeba było być więc naprawdę bardzo ostrożnym.

Wbrew naturze

Sylwetka w kajaku jest czymś nienaturalnym dla człowieka. Nogi są wyciągnięte do przodu i w efekcie bolą pośladki, kręgosłup, odzywają się rwy kulszowe, dokuczają opierane o burty uda. W nieruchomych łydkach zachwiane jest krążenie krwi, napinają się mięśnie karku, nie wytrzymują barki. Po paru godzinach wiosłowania boli praktycznie wszystko, a na rękach, mimo rękawiczek robią się pęcherze. Dlatego konieczne jest robienie, mniej więcej co godzinę, choćby krótkich przerw.
A jeść się chce...

Planując wyprawę trzeba dokładnie przemyśleć problem zaopatrzenia w żywność. Organizm domaga się bowiem pewnych składników i jedzenie nie może być zbyt monotonne. Podróżnicy zabrali więc ze sobą owoce, warzywa, jogurty, mięso, a nawet jajka. Zapasy przechowywali w specjalnych workach termicznych, chłodzonych dodatkowo od strony dna kajaka zimną morską wodą.
Na miejscu kupowali chleb i najpopularniejszy miejscowy przysmak - wędzone śledzie oraz doskonale pasujące do nich piwo. Taki słony śledź z piwem to prawdziwy rarytas - przekonywał Wojciech Jazdon.

Pod osłoną nocy

Choć uczestnicy wyprawy planowali noclegi na campingach, zdarzyło im się niespodziewane spędzić dwie noce na plaży. Z uwagi na silne fale nie mogli płynąć dalej, rozbili więc namiot na białym piasku w słynącej z pięknych plaż okolicy Dueodde. Noce upływały spokojnie, nikt nie niepokoił podróżników. Jestem wielkim fanem Skandynawii - opowiadał Wojciech Jazdon - pociąga mnie cisza, spokój i poczucie bezpieczeństwa. Skandynawowie, w moim odczuciu, mają wielki szacunek do własności. Domagają się poszanowania swojej przestrzeni, ale też nie naruszają prywatności innych. Nasze kajaki ze sprzętem stały na brzegu i nikt ich nawet nie tknął. Zaciekawieni ludzie podchodzili tylko po to, aby zapytać skąd jesteśmy, jaki jest cel naszej wyprawy. Nocleg na pięknej, szerokiej plaży miał tylko jeden efekt uboczny - już do końca podróży kajakarzom wszędzie towarzyszył piach.

Szczęśliwy finał

Podróżnicy przepłynęli w sumie ok. 120 km, a zajęło im to 6 dni wiosłowania. Wojciech Jazdon szczerze zachęca do odwiedzenia Bornholmu. To przepiękna wyspa - twierdzi - zadbana, stosunkowo cicha, chociaż turystów przybywa. Doskonały cel wycieczek rowerowych, miejsce do gry w golfa, tenisa, jazdy na łyżworolkach. Trasy są tam wspaniale przygotowane.

Pan Jazdon już planuje kolejne wyprawy. Kalendarz, jak deklaruje, zajęty ma na następne pięć lat. Aby nie zapeszyć, nie chciał jednak uchylić ani rąbka tajemnicy. Nie pozostaje nam zatem nic innego, jak cierpliwie czekać na kolejną relację.

Uczestnicy wyprawy gorąco dziękują naszej Spółce za wsparcie finansowe. Bez pomocy ZEC Bydgoszcz S.A., co szczególnie podkreślał Wojciech Jazdon, wyprawa stanęłaby pod znakiem zapytania.
Agnieszka Romanowska - Serafin