Powyżej zamieszczono formularz.   Prosimy o wypełnienie i przesłanie   w załączniku do listu pod któryś z   adresów umieszczonych w dziale   "Kontakt"
BIBLIOGRAFIA
   Wykaz pozycji

Marek Weckwerth: Wyprawa w islandzkie fiordy. Ich przylądek Horn

Dodano: 03/10/09

- Gdy płynęliśmy we mgle wzdłuż wybrzeża Islandii, właściwie nic nie było widać. Polegaliśmy tylko na przyrządach nawigacyjnych. Gdyby nie technika, moglibyśmy zaginąć na Oceanie Arktycznym - wspominają uczestnicy bydgoskiej wyprawy kajakowej Actavis Seekayak Expedition Iceland 2007.

To brzmi jak relacja z mrożącego krew w żyłach survivalu albo innych wyczynów z "najwyższej półki". Gdy dodać do tego fakt, że wioślarze opłynęli islandzki przylądek Horn, wtedy - panowie - czapki z głów! Tak czy inaczej, zjednoczone siły natury, które tam - u północno-zachodniego wybrzeża odległej wyspy - zwykle szaleją w najlepsze, nagle ucichły. Akurat wtedy, gdy swoje długie czółna zwodowali Polacy. Była pierwsza dekada czerwca tego roku.

- "I cały ten misternie tkany plan przygotowań, treningów, kompletowania ubrań sztormowych, okazał się niepotrzebny. Ocean był gładki jak lustro, było spokojnie i w miarę ciepło. Jedynym zagrożeniem była mgła, która na pewien czas zakryła wszystko" - mówi Marek Kwaczonek, szef wyprawy.

Ale zacznijmy od przygotowań, które rozpoczęły się krótko po powrocie z ubiegłorocznej (sierpień) wyprawy kajakowej na Wyspy Alandzkie. Wtedy wioślarze przepłynęli najbardziej odosobnioną, północno-wschodnią, część skalnego archipelagu pomiędzy główną wyspą Fasta Aland a wybrzeżem Finlandii. W roku 2005 przepłynęli z Kołobrzegu na Bornholm. Apetyty na przygodę więc rosły. Podczas burzliwych dyskusji kolejno eliminowane były najprzeróżniejsze pomysły: jezioro Bajkał, norweskie Lofoty i cieśninę Dardanele. Przeważył argument, że najbardziej dzika, nieskażona jest Islandia. Zanurzyć wiosła w Oceanie Arktycznym (dawniej uważany był za część Atlantyku), opłynąć wyrastający z morza ponad 500 metrów słynny klif Horn (nie mylić z tym u wybrzeża Ameryki Południowej), to dopiero przygoda!

Machina ruszyła...

Klamka niby zapadła, ale najpierw trzeba było sprawdzić, czy wyprawa pod koło podbiegunowe nie jest przypadkiem misją samobójczą. Wojciech Jazdon, znany bydgoski podróżnik i kajakarz, doskonale zna te rejony świata. - Wiatry mają tam potężną siłę, a fale są ogromne. Bardzo często pada deszcz lub mży. Rzecz w tym, że w razie zagrożenia nie można nawet dobić do brzegu, bo tam są pionowe skały - mówił przed wyprawą.

Na własne oczy widział, jak podmuch wiatru wyrwał stalową bramę w jednej z posesji na wybrzeżu. - Rzecz jasna obawialiśmy się kaprysów pogody, bo też pod tą szerokością geograficzną, w klimacie subpolarnym, wszystko może się zdarzyć - wyjaśnił Marek Kwaczonek. - Ale taka obawa nie jest porażająca. Wyzwala w człowieku ciekawość, chęć rywalizacji z siłami natury. Zresztą wszystko trzeba robić z głową.

Dlatego właśnie kajakarze musieli się solidnie przygotować, poczynając od analizy warunków meteorologicznych. Okazało się, że początek czerwca jest najspokojniejszy. Obawiali się silnego Prądu Zatokowego - Golfsztromu, i pływów, które mogły powodować wiry i strome fale. Każdy z uczestników otrzymał zadanie do wykonania. Bezpieczeństwo i logistykę uznano - i słusznie - za najważniejsze. Trzeba było też skompletować sztormiaki, ciepłą odzież i śpiwory. Każdy uczestnik zaopatrzył się w komplet odzieży zapewniającej nieprzemakalność oraz dobrą izolację termiczną nawet po wywrotce. Przydatność sprzętu sprawdzili podczas wiosennych treningów w Karwi, zaś kondycję szlifowali na Wiśle i Brdzie. Jak wiadomo, wiosna była ciepła, więc trudno było sprawdzić się w ekstremalnych warunkach pogodowych. Pozostało mieć nadzieję, że ubiegłoroczne doświadczenie wyniesione z Alandów, gdzie pogoda nie rozpieszczała, okaże się na Islandii wystarczające.

Osobne zagadnienie to cała mozolna praca logistyczna, poczynając od sprawdzenia połączeń promowych i lotniczych, przez listy niezbędnych rzeczy i żywności, wreszcie zakupów i rezerwacji biletów. Okazało się, że znacznie taniej będzie przewieźć kajaki promem, niż wypożyczać je na Islandii. Tam ceny są iście kosmiczne.

Tylko że cały ten sprzęt - bo przecież prócz kajaków była to góra wyposażenia i żywności - trzeba było przetransportować na położoną na końcu świata wyspę. W latach 330-325 p.n.e. grecki żeglarz Pyteasz z Massalii (czyli Marsylii) w swej podróży morskiej sześć dni na północ od Brytanii natknął się na wyspę Thule (najprawdopodobniej Islandia), za którą "morze krzepnie w kleistą galaretę". Wergiliusz określał ją jako kraniec świata.

Dziś na Islandię latają samoloty odrzutowe, pływają ogromne promy. Takie też warianty podróży wybrali bydgoszczanie. Pierwsza, trzyosobowa grupa, wyruszyła wcześniej ciężarówką do Danii, następnie promem przez Norwegię, Wyspy Owcze i Szetlandy. Trzej pozostali skorzystali ze znacznie szybszego środka transportu - samolotu.

- Podróż promem była bardzo męcząca - wspomina Janusz Podgórski. - Na statku spędziliśmy trzy dni, a jeszcze trzeba było przeprawić się prawie tysiąc kilometrów po szutrowych drogach Islandii do osady Bolungarvik. Wokół pustynia, a pióropusz kurzu za naszym samochodem był widoczny z wielu kilometrów. Cały sprzęt pokrył się grubą warstwą kurzu.

W porcie Reykjavik kajakarzom zarekwirowano większą część żywności i alkoholu, którym zamierzali się rozgrzać po trudach wiosłowania. Takie są przepisy, których uczestnicy wyprawy nie doczytali w natłoku spraw przed wyjazdem. Zostało niewiele, w tym czysty spirytus, który celnicy uznali za nienadający się do spożycia. Nasi wodniacy utwierdzili ich zresztą w przekonaniu, że tak silny alkohol jest niezbędny do dezynfekcji sprzętu nurkowego, który zabrali na wyspę.

Spotkanie w Bolungarvik

Cel śmiałków to przypominający rozwartą dłoń potężny półwysep wyrastający z cielska wyspy w jej północno-zachodniej części. Zwie się Zachodnie Fiordy, bo też poprzecinany jest mnóstwem głęboko wciętych w ląd zatok. Tę prowincję zamieszkuje tylko 8 tysięcy osób trudniących się głównie rybołówstwem. Półwysep obmywają wody Atlantyku (od południa), Cieśniny Duńskiej od zachodu i Oceanu Arktycznego (od północy i wschodu).

Bolungarvik to najbardziej odosobniona osada rybacka na Islandii, zamieszkana przez 800 osób, w tym 100 Polaków. Położona jest u wylotu fiordu Isafjardardjup. Nasi rodacy ciężko tu pracują, ale też bardzo dobrze zarabiają. Dzienne płace sięgają 500 dolarów brutto. Wciąż potrzebne są ręce do pracy. Kajakarzom pokazywano firmy, które upadły z powodu braku pracowników.

Turystyka kajakowa w tym rejonie to jednak ewenement. Dziewczynę, która w Bolungarvik wydaje tygodnik (na co dzień prowadzi pub), bardzo zdziwiło, że Polacy przyjechali tu nie w celach zarobkowych, a turystycznych i tylko po to, by opłynąć kajakami kawałek wybrzeża. Oczywiście nie omieszka tego opisać w swojej gazecie.

Nasi bohaterowie zamierzali wypłynąć ku przygodzie właśnie z Bolungarvik, ale czas działał na ich niekorzyść. Na wodzie mogli spędzić tylko pięć dni, a to za mało, by dopłynąć do przylądka Horn i wrócić (ok. 200 km). Plan musiał zakładać pogorszenie pogody, choć na razie była doskonała. Pracownik miejscowego biura turystycznego doradził im zatem, aby wynajęli szybki stateczek, którym w dwie godziny dopłyną do celu.

Klif większy niż marzenie

Z kajakami na pokładzie "Cleopatry" (to nazwa superszybkiego statku) dotarli do zatoki Hornvik na wybrzeżu Hornstrandir. "Cleopatra" przepłynęła obok potężnej piramidy Hornu i wysadziła wodniaków na czarnej, wulkanicznej plaży. Tam rozbili namioty.

Dopiero o godz. 1.00, gdy słońce bladło nad linią horyzontu, zanurzyli wiosła w zatoce. Ich cel, wymarzony i wyśniony od miesięcy, teraz jarzył się złotym światłem - skała Horn odbijała światło zachodzącego słońca. Zachód to wszakże iluzoryczny - o godz. 3.00 nasza gwiazda, dotknąwszy tylko linii horyzontu, zaczęła wędrować ku górze. Przylądek Horn (tak nazywany jest głównie na polskojęzycznych mapach) to właściwie klif Hornbjarg, wnoszący się pionowymi ścianami 533 metry nad poziomem Oceanu Arktycznego. To najbardziej znany klif na wybrzeżu islandzkim, na którego urwiskach gniazdują olbrzymie masy ptactwa.

- Wrażenie było niesamowite, nierealne, można rzec transcendentalne - wspominają kajakarze. Drugiego dnia pobytu w zatoce Hornvik wdrapali się na szczyt Hornu. Wspinaczka oznakowanym szlakiem turystycznym przypominała górską, bo też trzeba było pokonać ponad 500-metrową różnicę wzniesień. Na szczycie położyli się płasko, by bezpiecznie podziwiać widoki. Wszak pół kilometra niżej falował łagodnie ocean. Miejscowi przestrzegali, że klif pochłonął już niejedną ofiarę.

Ku przygodzie

Klify Hornu to jak Neapol, który wystarczy za wszystko ("zobaczyć Neapol i umrzeć"), ale bydgoszczanie chcieli zobaczyć znacznie więcej. Dlatego skierowali się na zachód ku fiordowi Isafjardardjup, z którego wypłynęli Cleopatrą. Założyli 25-kilometrowe przebiegi w ciągu dnia.

- Z jednego z fiordów chcieliśmy wpłynąć na jezioro, ale nurt wypływowy był zbyt silny. Przebiliśmy się pod prąd najwyżej 50 metrów i mieliśmy dość. Dalej poszliśmy pieszo - mówi Mariusz Steinborn. - Nad jeziorem stał dom. Gospodyni poczęstowała nas ciastem i kawą z mlekiem - tego trzeba nam było. Kobieta była bardzo zadowolona, bo od dawna nikogo nie widziała.

Dobowe pływy osiągają u wybrzeży Islandii 1,7 metra i jedyne zagrożenie, jakie mogłyby spowodować, to wspomniany prąd odpływowy z jezior połączonych z oceanem. Bardziej niebezpieczna była mgła, jaka spowiła kajakarzy nieprzenikalnym dla oczu całunem kolejnego dnia rejsu.

 - Bez przyrządów nawigacyjnych mogliby pobłądzić, wypłynąć gdzieś na ocean - tłumaczy Marek Kwaczonek. - Dalej niż kilkadziesiąt metrów nic nie było widać. Nie było żadnego punktu odniesienia. Trzymaliśmy się blisko siebie.

I to wszystko na temat zagrożeń u wybrzeża Islandii. Jak mówi Marek, wszelkie obawy dotyczące fal, wiatrów i sztormów, pływów oraz prądów morskich, wreszcie niskich temperatur, nie sprawdziły się. Woda była gładka jak lustro. Nikt nie był zagrożony, nie było najmniejszego powodu, by ktoś się przewrócił. Tylko ostatniego dnia wiatr mocniej dmuchnął, wznosząc metrową falę.

Dzięki doskonałej pogodzie i przezroczystości powietrza (nie licząc wspomnianej mgły), podróżnicy mogli zrobić wspaniałe zdjęcia godne publikacji w "National Geographic". Podkreślali jednak, jak bardzo złudna była ocena odległości. Przy bardzo dobrej widoczności wydawało się, że skalny cypel, do którego zmierzali, jest w zasięgu ręki. Tymczasem kilkusetmetrowe skały wynurzały się z oceanu w dużej odległości - 10 i więcej kilometrów, a to około dwóch godzin płynięcia, zamiast zakładanego kwadransa - 20 minut.

Pomimo doskonałej widoczności, nie zobaczyli wielkich ssaków morskich - atrakcji turystycznej tutejszych wód. Trochę szkoda, bo wieloryby, orki i delfiny, stanowiły w planach ekspedycji ważny punkt. Pojawiały się natomiast ciekawskie foki.

- Niepotrzebnie wzięliśmy zapasy wody w butelkach - zauważa Janusz Podgórski. - Woda czysta jak kryształ spływała bystrymi strumieniami ze wzgórz, z niektórych klifów wprost do oceanu wpadały wodospady. Jak mówili miejscowi, jeszcze dwa tygodnie wcześniej na wybrzeżu leżało pół metra śniegu, a wyżej do 6 metrów. Wzgórza, które majaczyły na horyzoncie, pokryte były białym puchem. Krajobraz był niezwykle surowy, wręcz fantastyczny.

Na wyprawę zabrali namioty, ale nocowali w nich tylko dwukrotnie. Na wybrzeżu rozsiane są schrony ratownicze, zapewniające lepsze warunki niż namiot. Schrony zaznaczone są na mapach, więc nie ma problemu z ich znalezieniem. W każdym jest radio z akumulatorem, race, apteczka i coś na rozpałkę. Ognisk na wyspie nie wolno rozpalać, ale też jedynym środkiem palnym jest tu drewno dryftowe, czyli przyniesione z Ameryki prądami morskimi. Islandia jest krajem bezleśnym. Dowcip mówi, że jeśli ktoś zgubi się w lesie, po prostu powinien wstać. A tym lasem mogą być co najwyżej karłowate wierzby. Trochę drzew rośnie w okolicach Reykjaviku.

Kajakarze musieli uzupełniać menu rybami własnoręcznie złowionymi, bo - przypomnijmy - gorliwi celnicy skonfiskowali im większość zapasów. Gdy okazało się, że ryby (zwłaszcza dorsze) są zarobaczone, stracili apetyt. Kilometry zostawione za rufami kajaków (108) nie imponują, ale nie o odległość w tej wyprawie chodziło, a o ocean, skały Hornu i innych przylądków, o wielką przygodę w gronie sprawdzonych przyjaciół.

Tam, gdzie pęka wyspa

Po trudach wiosłowania, przyszła kolej na turystykę pieszą i nurkowanie. Tomasz Szymczak, Janusz Podgórski i Aleksander Szyjanowski, jako doświadczeni płetwonurkowie, nie mogliby sobie odmówić zejścia pod wodę w tak odległym zakątku świata. Nurkowanie w akwalungach tym bardziej atrakcyjne, że w wypełnionej wodą rozpadlinie skalnej na styku tektonicznych płyt kontynentalnych - amerykańskiej i europejskiej. Skalna Islandia pęknięta jest zatem na dwie części, które rozchodzą się 2 centymetry rocznie. Uskok przebiega na skos - z południowego zachodu ku północnemu wschodowi. Nasi płetwonurkowie zanurzyli się w jeziorze Pingvallavatn pośród malowniczej doliny Pingvellir.

 - Pływaliśmy zatem w rozpadlinie pomiędzy Ameryką a Europą - cieszy się Tomasz Szymczak. - Jako że jezioro zasilane jest rzeką Óxara, spływającą z lodowca, widoczność jest nieprawdopodobna. To trzecie pod względem przezroczystości wody miejsce na świecie.

Dla Islandczyków dolina ma ogromną wartość historyczną i sentymentalną, związaną z najstarszym na świecie parlamentem - Althingem. Po raz pierwszy zebrał się w roku 930. Głos mówców odbijał się od skały i roznosił po dolinie. Tu obradowano, tu sądzono i wydawano wyroki. Demokracja pochłaniała czasem ofiary - ginęli uczestnicy pojedynków, nierządnice wrzucano do pobliskiej rzeki. Od roku 1928 cały ten teren objęto ochroną jako park narodowy. Kajakarze zwiedzili także Reykjavik, zobaczyli największy islandzki wodospad Gulffoss, podziwiali Geysyr, od którego wzięła się nazwa "gejzer" i kąpali się w gorących źródłach.

Niezwykła historia

Wyspę zasiedlili wikingowie przybyli z Norwegii. Prawdopodobnie znaleźli się tu przez przypadek, gdy ich łodzie w roku 874 ominęły Wyspy Owcze. W roku 1000 przyjęli chrześcijaństwo. Niepodległy byt skończył się w roku 1262, po zajęciu Islandii przez królestwo Norwegii. Ktoś powie: nic się nie zmieniło, bo na zasiedloną przez Norwegów wyspę przybyli kolejni Norwegowie. Tak, tyle że dotychczasowa republika z własnym parlamentem, teraz stała się prowincją Korony i Althing stracił większość uprawnień. Po koniec XIV wieku Islandia przeszła pod panowanie duńskie. W roku 1843 parlament został reaktywowany w Reykjaviku, ale głową państwa pozostał król Danii. Islandia odzyskała niepodległość w roku 1944. Dobrobyt wyspy określony jest ilością połowów i sprzedażą ryb morskich. Członkostwo w Unii Europejskiej mogłoby ograniczyć połowy, a zatem i poczucie niezależności Islandczyków. Długa historia tego ludu sprawiła, że język norweski, którym władali pierwsi osadnicy, ewoluował. Dziś mówi się tu po islandzku. Język należy do grupy germańskiej. Oczywiście w powszechnym użyciu jest język angielski. Na wyspie mieszka 288 tys. osób.

Ukłon w stronę sponsorów

Grupa dziękuje serdecznie wszystkim sponsorom za wsparcie. Kajakarstwo w różnej formie (górskie, nizinne, ekspedycyjne) okazuje się być dobrym, coraz lepszym nośnikiem reklamy. Dzięki sponsorom polscy kajakarze mogą doskonalić swoje umiejętności, wyprawiać się coraz dalej i przy okazji promować firmy - te, którym zależy na wpieraniu aktywnego tryb użycia, nietuzinkowych przedsięwzięć sportowo-turystycznych. Kajakarze liczą na kolejny gest sponsorów - za rok znów planowana jest ekscytująca wyprawa. Wkrótce zostanie wyznaczony jej cel.