Powyżej zamieszczono formularz.   Prosimy o wypełnienie i przesłanie   w załączniku do listu pod któryś z   adresów umieszczonych w dziale   "Kontakt"
BIBLIOGRAFIA
   Wykaz pozycji


kl. Grzegorz Jazdon i kl. Bartosz Nowak:



"Sic, nempe" - wywiad z ks. Ignacym Rapiorem





Kiedy i w jakich okolicznościach rozpoznał Ksiądz swoje powołanie kapłańskie?
    - Było to w siódmej klasie. W tym czasie przyjechał do mojej parafii ks. Kotlarski z dwoma adeptami Niższego Seminarium Duchownego. Wtedy bardzo mnie pociągnął ich przykład. Obserwowałem ich modlitwę, służbę przy ołtarzu, przeprowadziłem też kilka rozmów z tymi młodymi ludźmi. I to wszystko spowodowało nagły, wewnętrzny zryw, aby również pójść do kapłaństwa.
Jak wspomina Ksiądz swoje lata seminaryjne?
    - Wspominam je bardzo dobrze. Był to z pewnością czas wielkich refleksji nad sobą i nad swoim powołaniem. Sądzę, że wszystko, co mnie w tym czasie spotykało, pozytywnie budowało coraz bardziej do kapłaństwa, aczkolwiek zawsze były obawy: czy ja sprostam temu zadaniu? Pamiętam, że bardzo sprzyjająca wszelkim refleksjom była atmosfera na naszym kursie. Bardzo istotnym elementem tego okresu było niewątpliwie pogłębianie wiedzy, rozbudzanie zainteresowań naukowych, szczególnie filozoficznych i teologicznych. W późniejszym czasie zająłem się bardziej szczegółowo badaniem Pisma Świętego, czyli egzegezą. Ogromne znaczenie miał dla mnie również rozwój duchowy, na przykład formowanie metody rozmyślania Biblii, jak również uczenie się życia wspólnotowego.
Który z wychowawców seminaryjnych miał na Księdza największy wpływ?
    - Moim ojcem duchownym był ksiądz Czesław Pawlaczyk, jednak większy wpływ na moją formację duchową miał ksiądz rektor Aleksy Wietrzykowski. Obaj byli świątobliwymi kapłanami, ale mnie odpowiadały bardziej egzorty tego drugiego, które dawały więcej do przemyślenia i zmuszały do pewnej konkretyzacji postanowienia bycia kapłanem. Ojciec duchowny ks. Pawlaczyk wpływał na nas bardzo mocno, ale trzeba też pamiętać, że wówczas był on jedynym ojcem duchownym na przeszło 200 kleryków. Z tego względu scrutinium było z nim raz lub dwa razy do roku, więc to było trochę mało. Czasem brakowało nam takich rozmów osobistych. Ale i tu muszę przyznać, że większe wrażenie robiły rozmowy i scrutinia z ks. rektorem Wietrzykowskim. Pamiętam, że kiedy raz pojawił się dodatkowy problem, to wówczas wraz z kolegą umówiliśmy się dodatkowo na rozmowę, podczas której ks. Wietrzykowski bardzo dużo rzeczy nam wyjaśnił i również bardzo konkretnie pomógł. I taka właśnie postawa przełożonych pomagała coraz bardziej wewnętrznie kształtować powołanie.
A po kilkudziesięciu latach wrócił Ksiądz do seminarium, ale już jako ojciec duchowny. Jak Ksiądz wspomina ten czas?
    - Kiedy otrzymałem tę nominację, w pierwszym momencie ogarnęło mnie zdziwienie, ponieważ ja do tej funkcji nie miałem w ogóle żadnego specjalnego przygotowania. Dotychczas bowiem byłem tylko normalnym wikariuszem, później zwyczajnym proboszczem. Nie kończyłem dodatkowych studiów, nie miałem specjalnego przygotowania pedagogicznego czy choćby do kierownictwa duchowego przez studium duchowości. Toteż było to dla mnie jakby jakiś grom z jasnego nieba padł i nawet sam ksiądz arcybiskup Paetz zauważył, że jest we mnie lęk, iż nie podołam temu zadaniu. Ale poddałem się woli Bożej, skoro ksiądz arcybiskup powiedział, że tak ma być. Oczywiście, szedłem na tę nową placówkę nie bez lęku, bo co innego korzystać, a co innego kierować. Od początku oddałem się pod opiekę Ducha Świętego i postanowiłem: "Panie Boże, co będzie w mojej mocy, to zrobię". Starałem się czerpać z różnych źródeł. Postanowiłem wykorzystywać moje własne doświadczenia z lat seminaryjnych, dlatego też sięgnąłem po stare zeszyty z notatkami, które wówczas prowadziłem; korzystałem z praktyki pracy z młodzieżą w okresie wikariuszowskim i proboszczowskim. Bardzo wiele dopomógł mi też wówczas ks. Eugeniusz Guździoł, który był wtedy ojcem duchownym i wyjaśnił mi na samym początku wiele rzeczy. Bardzo intensywnie zacząłem studiować duchowość, szczególnie skupiając się na tym, co należy do spraw wychowawczych. Nieco później, chcąc jeszcze bardziej pogłębić swoją wiedzę, poszedłem do szkoły duchowości w Krakowie, gdzie studiowałem dwa lata.
A jak został Ksiądz przyjęty przez kleryków?
    - Jak zostałem przyjęty to nie wiem, ale w każdym razie pierwsza egzorta, która była dla mnie taką bardzo ważną próbą, skończyła się pozytywnie. Pamiętam, że zacząłem ją od pewnego żartu, gdyż wiedziałem, że ważne jest, aby klerycy chcieli się otworzyć. Z późniejszych rozmów wiem, że i początkowo sami klerycy mówili, co im taki stary proboszcz może powiedzieć, który nigdy doświadczenia wychowawczego z młodzieżą szczególnego nie miał. Ale starałem się być otwarty na kleryków, były też liczne rozmowy, scrutinia. To może wydawać się zaskakujące, ale okazało się, że dusza kleryka, ale też i szerzej, dusza w ogóle młodych ludzi nie zmieniła się od czasów, jak ja byłem jeszcze młodym klerykiem, więc i również z własnych doświadczeń nieco korzystałem. Ważnym punktem wychowania uczyniłem lekturę duchową. Nie ograniczałem się tu do tej, z której ja sam w czasach seminaryjnych korzystałem, ale też chętnie sięgałem po nowsze pozycje. Jeśli chodzi o konkretnych autorów, to byli to na przykład: św. Jan od Krzyża i św. Teresa od Jezusa, św. Franciszek Salezy i jego Filotea, ale też Josemaria Escriva itd. Starałem się uzyskać jak najlepszy kontakt z klerykami, przede wszystkim poprzez otwartość; poprzez zawsze optymistyczne podejście do nich, co się klerykom zresztą bardzo udzielało. Dodam tu jeszcze nawiasem, że klerycy zawsze wszystko podchwycą i podchwycili również słowa, których często używałem: "tak, oczywiście" ("sic, nempe" po łacinie), to właśnie też uchwyciłem i nieraz tak zaczynałem. Za bardzo ważny punkt formacji uważałem medytację nad Pismem Świętym, dlatego podczas cotygodniowego przygotowania do rozmyślania chciałem również przekazać klerykom pewne punkty metody ignacjańskiej, sulpicjańskiej czy także lectio divina. Ale często korzystałem też z własnych rozmyślań, wtrącałem własne dygresje, aby przygotować kleryków do owocnego rozmyślania. Wiele mozołu kosztowało mnie też przygotowywanie egzort; bardzo wymagające i ważne były oczywiście rekolekcje dla diakonów, ale mam nadzieję, że jakoś się udawały. O owoce mojego trudu trzeba by zapewne zapytać tych księży, którzy zostali już wyświęceni, bo kwestie ducha nigdy nie są wymierne; trudno zmierzyć, co dzieje się we wnętrzu człowieka. Obecne dwa ostatnie roczniki w seminarium też można o to zapytać, chociaż ja nie miałem ich bezpośrednio pod opieką.
Czy w obecnych czasach potrzebny jest egzorcysta i jakie funkcje spełnia w diecezji?
    - Sądzę, że egzorcysta jest bardzo potrzebny, a dowodem na to jest coraz więcej takich spraw. Prowadzę zeszyty z notatkami dotyczącymi każdej osoby, które później mogą mi pomóc. I tak, gdy pierwszy zeszyt miałem przez jeden rok, to obecnie już zaczynam trzeci zeszyt, chociaż w październiku minęły dopiero dwa lata jak jestem egzorcystą. Również tutaj nabieram doświadczenia, w czym pomagają mi między innymi spotkania egzorcystów, które odbywają się dwa razy w roku w Niepokalanowie, oraz spotkanie światowe, które w tym roku odbyło się w Częstochowie. To mi naprawdę bardzo dużo daje i dlatego chciałbym się z niektórymi egzorcystami spotkać, jeśli warunki na to pozwolą, żeby również dzielić się z nimi swoimi doświadczeniami. Można powiedzieć, że coraz dojrzalej zaczynam rozumieć ten problem, który jest wielki w swej istocie. Zauważam, iż szczególnie młodzież jest obolała i na pewno z różnych przyczyn straciła kontakt z Bogiem. A pierwszym życzeniem egzorcysty jest zawsze to, aby taka osoba pojednała się z Bogiem, wtedy także cały proces egzorcyzmowania idzie już łatwiej. Jeśli chodzi o skutki, to wiem już o wielu osobach, które wyszły z opresji, działania i uwikłania szatańskiego, cieszę się zawsze, gdy tak się dzieje. Ale są też i takie wypadki, z którymi na razie nie mogę sobie poradzić. Nieraz pytam samego siebie jak to zrobić. Trzeba jednak przede wszystkim pamiętać, że to nie ja jestem tym, który wyrzuca złego ducha, tylko to Pan Jezus działa, i oczywiście, że jeżeli coś się w tej kwestii udaje, to tylko dzięki Jego mocy. Nieraz pytam Ducha Świętego co zrobić i bardzo często Jego odpowiedź widać skutecznie, widać w działaniu. To, z czym na razie nie mogę sobie przede wszystkim poradzić, to pewne fakty, gdy ludzie zostali przeklęci i podlegają takiemu diabelskiemu działaniu zwanemu voodoo. To znaczy, że ktoś oddany szatanowi ma laleczkę symbolizującą przeklinaną osobę i nakłuwa na niej pewne miejsca, a wówczas osoba, którą chce zniszczyć, również odczuwa w tym miejscu boleści. Modlę się o to, żeby Bóg zaczął też przeze mnie w takich momentach działać. Odprawiałem niedawno egzorcyzmy w domu nad pewną starszą panią, której sąsiedzi są w pełni oddani szatanowi. Wtedy właśnie, gdy solą egzorcyzmowaną i wodą święconą objąłem całą osobę, nastąpiła straszna reakcja złych duchów. Coś mocno drgnęło, aż wnuk, obecny w tym domu, przeraził się. O ile wiem, to nastąpiła poprawa, ale jednak jeszcze coś tam tkwi. Widać więc, że ta posługa jest potrzebna.
Dziękujemy za rozmowę
kl. Grzegorz Jazdon i kl. Bartosz Nowak