Agnieszka Koper


"Wnuczka Aleksandra Jazdona wywalczyła rowerem Ural"


17 stycznia 2007r. Sala Politechiniki Poznańskiej

WSTĘP

          Chciałbym napisać wstęp, ale nie przychodzi mi do głowy nic bardziej odkrywczego, niż to co napisałem w mailu do pani Agnieszki Martinki (http://www.martinka.pl ) - spiritus movens wyprawy rowerowej z Lublina do Jekaterynburga (łącznie rowerem 4444km ! w 41 dni) /ilość dni w podróży - 45, ilość dni na rowerze - 41/ świeżo po jej wysłuchaniu. Dodam tylko, że 17 stycznia 2007r. w sali wykładowej Politechniki Poznańskiej odbyło się spotkanie, na którym nasza krewna Agnieszka Koper z panią Martinką przed szerokim audytorium zdały relację ze wspólnej wyprawy. Wspomniana pani wyrażała się o wnuczce Aleksandra Jazdona jako o niezwykle odważnym, wyjątkowo promiennie roześmianym, zarażającym dobrocią człowieku. Przekazuję więc opinię z obiektywnego źródła, która utwierdza nas w naszej utrwalonej od lat opinii o bohaterce poniższego artykułu.

          "Jeśli zapytałaby pani co zrobiło na mnie największe wrażenie po wysłuchaniu jej opowieści z podróży rowerem na Ural, to nie odpowiedziałbym, że "ta niewiarygodna wytrzymałość fizyczna" lub "ta nieujarzmiona determinacja w osiąganiu celu", czy wreszcie "ta odwaga pełna dowodów". Poraziło mnie coś innego. (...) W przypadku wyprawy pani oraz jej towarzyszy istnieje element, który cenię w literaturze, malarstwie, czy w sztuce w ogóle. Mianowicie drugie dno, głębszy sens, wyższa wartość. Co o niej stanowi. Przede wszystkim cel podróży. I nie jest to według mnie stara zasypana kopalnia na Uralu. Kiedy słuchało się pani relacji, kiedy przedstawiała pani kolejne zbiegi okoliczności towarzyszące drodze do miejsca zesłania jej 17 letniego Ojca, to ta rowerowa odyseja stopniowo przekształciła się w pielgrzymkę do miejsca świętego. Uświęconego męczeństwem wielu Polaków, kaźnią niewinnych ludzi, ofiar matki okrucieństwa jaką był komunistyczny totalitaryzm Rosji. Kościół, w którym ochrzczono Piłsudskiego, fundament jego domu, Ostaszków, Miednoje, gryka jak śnieg biała, ostra brama i wreszcie żołnierze rosyjscy prowadzący więźniów. Te zdjęcia zasadziły w mej wyobraźni przebłyski świadomości. Przeświadczenie o zbawczej męce naszej wspólnej narodowej tożsamości. Nie uważam, że to wygórowane słowa i niech najlepszym dowodem na to, że nie przesadzam pozostanie puenta - błogosławieństwo nuncjusza, który wyszedł z karawany biskupów, by pobłogosławić was stojących w sportowych kostiumach, tak nie pasujących do reszty pielgrzymów zgromadzonych by oddać cześć Matce Bożej, która była i jest Królową Polski".
Karol


Jak narodziła się pasja?

Właściwie na rowerze jeżdżę już od dzieciństwa. Rowerową pasję, zamiłowanie do wędrówek i poszukiwania przygody zawdzięczam rodzicom. Już jako małe szkraby razem z braćmi sadzani byliśmy w specjalne "koszyki" i oglądaliśmy nowy, nieznany świat zza rowerowej kierownicy. Później już jako starsze dzieciaki kilka razy w roku jeździliśmy w góry, wdrapywaliśmy się na szczyty i to tam narodziła się miłość do przestrzeni, przyrody, wolności. Góry uczą stawiania sobie wyzwań i osiągania celów.

Moja Mama jako wytrawny turysta i podróżnik brała nas wszędzie, nie było wakacji bez długich, ciekawych wyjazdów, gór, morza, kościółków. Poznawaliśmy Polskę, nasze wspaniałe góry, pojezierza, miasta. Wszystkie weekendy spędzaliśmy na długich leśnych wędrówkach, najczęściej bez mapy, błądząc, odkrywając nowe ścieżki i drogi. Pierwszą długą rowerową wyprawą był nasz rodzinny wyjazd na wyspę Bornholm w 1998 roku. To tam nauczyliśmy się wsiadać co dzień na rower i poznawać obcy kraj właśnie na dwóch kółkach.

Potem rozpoczął się okres dorastania, całkiem przypadkiem zaczęłam trenować triathlon. Jest to sport niezwykły - traktowany wyczynowo wymaga olbrzymiego poświęcenia. Treningi wymagają dużej wytrzymałości fizycznej - niełatwo jest połączyć pływanie, rower i bieg, poświęcić swój czas jednocześnie trzem zupełnie rożnym dyscyplinom. Jednak jak każdy sport - niesamowicie wciąga. Rozpoczęły się starty w zawodach, ciągłe wyjazdy na mistrzostwa, obozy, szkolenia.

Po kilku latach treningów i startów triathlonista wyrabia sobie doskonałą kondycję i najważniejszą w tym długodystansowym sporcie - wytrzymałość, która potem procentuje przez lata.

W roku 2002 rozpoczęłam studia na Wydziale Architektury Politechniki Poznańskiej. Po dwóch latach studiów zrezygnowałam ze startów w zawodach triathlonowych, zbyt ciężko było pogodzić sport wyczynowy z wymagającymi studiami. Przerzuciłam się na mniej wymagające a związane z triathlonem biegi przełajowe i kolarstwo górskie. I tak trafiłam do sekcji AZSu a stamtąd do Akademickiego Klubu Górskiego Halny i Akademickiego Klubu Turystyki Rowerowej Cyklista. Tam spotkałam grupę wspaniałych ludzi zarażonych pasją podróży, miłością do gór i rowerów. Razem z grupą znajomych zorganizowaliśmy naszą pierwszą, długą górską włóczęgę. Przez ponad 3 tygodnie wędrowaliśmy po pięknych górach Rumuni, obładowani plecakami, prowiantem, namiotami.

Kilka miesięcy później zostałam prezesem AKG Halny, co, jako olbrzymie wyzwanie, pozwoliło jeszcze bardziej rozwinąć pasję poznawania świata, ludzi, miejsc.

W kolejne wakacje planowałam następny typowo górski wyjazd... jednak los zarządził inaczej. Przedziwnym zbiegiem okoliczności wraz z grupką przyjaciół z klubu dołączyliśmy do rowerowej wyprawy Baltic Cycle . Jest to coroczna wyprawa organizowana przez stowarzyszenie podróżników Crotos. Rok w rok już od lat 4 podróżują oni zmienną, dynamiczną rowerową ekipą. My dołączyliśmy do wyprawy "Od morza do morza. Gdańsk - Odessa" na Ukrainie.
Przepedałowaliśmy przez wzgórza Mołdawii, dotarliśmy do Odessy i tam uwierzyłam, że można spełniać swoje marzenia. Poznałam ciekawą świata, uśmiechniętą podróżniczkę Agnieszkę Martinkę i rozmawiając o marzeniach, planach, podróżach - postanowiłyśmy dotrzeć rowerem na Ural, pokonać olbrzymi dystans, dotrzeć do magicznej granicy dwóch kontynentów. Pomysł, marzenia przetrwały rok. Nie przeszkodził im mój całoroczny wyjazd na stypendium do Stuttgartu, liczne problemy z wizami, paszportami, sprzętem i późny, niemalże jesienny termin wyprawy. Ruszyliśmy!

Mapa naszej wyprawy.

Agnieszka z Tomkiem wyruszyli 4 sierpnia rowerami z Lublina do Białegostoku, ja dokładnie tego samego dnia opuściłam Poznań, kierując się do Warszawy po odbiór wizy. Stamtąd koleją ruszyłam dalej na wschód. Spotkaliśmy się całą trójką u przyjaciół moich rodziców w Białymstoku. 6 sierpnia ruszyliśmy w naszą długą, długą podróż w nieznane. Trasa wiodła przez piękne lasy Puszczy Augustowskiej, wzgórza Litwy pełne pól, jezior i niezwykle malowniczych krajobrazów, bagniska i wietrzne przestrzenie Łotwy i...olbrzymią, rozległą, nieznaną nam Rosję. Celem wyprawy był Ural.
Ja chciałam dotrzeć rowerem do symbolicznej granicy pomiędzy Europą a Azją, Agnieszka zaplanowała wyprawę tak, żebyśmy jechali trasą zsyłki jej Ojca do kopalni węgla na Uralu. Te dwa różne cele udało się połączyć a Tomek był nam wspaniałym towarzyszem.


UCZESTNICY WYPRAWY

Agnieszka Koper
Agnieszka Martinka - Lublin - podróżniczka, pisarka - autorka książki "Szybsza niż lew"
Tomasz Świątek - Krosno - podróżnik, od 25 lat zjeżdża rowerem wszystkie zakątki Europy



Schody potiomkinowskie w Odessie, sierpień 2005, wyprawa rowerowa Baltic Cycle Gdańsk - Odessa "Od morza do morza". Dwie Agnieszki na słynnych nadmorskich schodach. Tak rodzą się marzenia. Całkiem przypadkiem i niespodziewanie zapada decyzja o wspólnej wyprawie rowerowej na Ural. Ten niezwykły pomysł przetrwał rok. Treningi, przygotowania, olbrzymie wyzwanie - były celem samym w sobie, dawały siłę i pobudzały do działania przez wiele miesięcy


Ostatnie chwile w Polsce u przyjaciół - państwa Muszyńskich w Białymstoku - i nasze pierwsze spotkanie. Kompletujemy sprzęt, prowiant, zbieramy siły, emocje rosną...ruszamy!


LITWA


Przepiękne Litewskie krajobrazy, rozległe wzgórza poprzecinane wstęgami lasów. Widok wiosek, łąk, pól gdzie"gryka jak śnieg biała" na myśl przywodzą utwory Mickiewicza.


WILNO


Do Wilna docieramy późnym popołudniem, szukamy noclegu, bezpiecznego miejsca w którym możemy swobodnie ulokować nasze objuczone rowery. Pierwsze kroki wiodą nas na starówkę, do wrót Ostrej Bramy. Niezwykłe jest to miejsce - maleńka, niepozorna kapliczka co roku gromadząca tysiące pielgrzymów wędrujących do obrazu Matki Boskiej.


Nocleg znajdujemy w samym centrum Wilna u sióstr Jezusa Miłosiernego. Jednak niełatwo jest trafić do ich siedziby. Mieszkają one w...murach więzienia. Do dziś ten ogrodzony płotami, zasiekami, pilnie strzeżony kościół pełni funkcje więzienia.


PAVOVERE I ZALAVAS


Drewniany kościółek w miejscowości Pavovere był świadkiem chrztu marszałka Józefa Piłsudskiego. Dawniej ta Polska wioska nosiła nazwę Powiewiórka. Wraz ze zmianą granicy nazwa przybrała Litewskie brzmienie, lecz do dziś mieszkają w niej Polacy.


Gromadka Polskich dzieci w wiosce Zalavas (dawniej Polski Zułów). Stoją na podmurówce domu, w którym urodził się Józef Piłsudski.


ŁOTWA


Czternastego sierpnia, w przeddzień naszego wjazdu do Rosji docieramy do Aglony.
Jest to miejsce dorocznych pielgrzymek katolików z całej Łotwy, Litwy i Białorusi. Sanktuarium Maryjne w Aglonie nazywane jest "łotewską Częstochową". Co roku w święto 15 sierpnia ściągają tu tłumy pielgrzymów, rozpoczynają się Dni Młodzieży. Młodzi, starzy i dzieci, całe rodziny modlą się, śpiewają, świętują na rozległych polach nad brzegami jeziora u wrót kościoła.


ROSJA


Granica Rosyjska w Zilupe. Wąska droga z olbrzymią, ciągnącą się na 20 km kolejką tirów.
Kierowcy czekają trzy, cztery doby na wjazd do Rosji.


Po 90 kilometrach bezdroży i olbrzymich połaci lasów pojawiają się pierwsze wioski. Wioski wywierające przerażające wrażenie martwych, zniszczonych skansenów. Niemalże nie ma w nich ludzi, dawniej tętniące życiem miejsca dziś straszą potwornym zniszczeniem, rozpadającymi się domami, biedą, nędzą i degradacją żyjących w nich ludzi.


OSTASZKÓW


Monastyr Nilo-Stołbnaja Pustelnia na wyspie Stołbnyj, na jeziorze Seliger. Ta piękna, olbrzymia budowla nosi piętno strasznych czasów. Dziś zniszczone mury dawniej tętniły klasztornym życiem, skupiały grono wiernych i ukazywały świetność Rosji. Wymordowano w nim 1000 mnichów, przetrzymywano i więziono 6311 Polskich więźniów. Cerkiewne freski z polecenia władz skuwane były przez trzy lata(!) przez więzionych w świętych murach niewinnych ludzi.


Brat Andriej, posłusznik. Jest jednym z wielu młodych mnichów mających przywrócić dawną świetność rosyjskiemu kościołowi. Do prawosławnych klasztorów werbowani są młodzi, utalentowani ludzie - intelektualiści, pisarze, poeci, śpiewacy.


Miednoje - miejsce kaźni więźniów Polskich przetrzymywanych w Ostaszkowie.

Jeszcze kilkanaście lat temu nikt z okolicznych mieszkańców nie potrafił wskazać drogi do "cmentarza" , nie było żadnych informacji, tablic, pomnika. To miejsce formalnie nie istniało.
Dziś ten wielki cmentarz porasta sosnowy las, drzewa znaczą miejsce zbrodni. Przeraża ujmująca leśna cisza, skromne drewniane krzyże, zdjęcia zamordowanych ludzi, ostatnie słowa pożegnania od rodzin, dzieci, wnuków... i tysiące, tysiące polskich nazwisk.


POP VLADIMIR


Mieszkanie ojca Vladimira - popa w największym monastyrze Rosji - Makariewie. Zrezygnował on z przytulnej izby w centrum zabudowań klasztornych. Żyje i modli się w tej prostej, bardzo skromnej chałupie, z dala od ludzi. Jest to jedna mała izba, świeca, wiadro i cerkiewny krzyż

Pop Vladimir.
Uśmiechnięty, otwarty o niezwykłej sile i pogodzie ducha człowiek. Ma bardzo bogatą historię życia. W przeszłości był ateistą i polarnikiem. Wywodził się z rodziny nie uznającej zwierzchnictwa kościoła, zasad wiary. Po poważnym wypadku, gdy przebywał w śmierci klinicznej nawrócił się, przyjął chrzest. Skończył studia - filologię klasyczną gdzie zauroczony pięknymi w swych założeniach zasadami komunizmu - równości ludzi, dobrobytu dla wszystkich stał się aktywnie wojującym komunistą. Jednak widząc jak naprawdę funkcjonują wdrożone w życie socjalistycze idee postanowił służyć Bogu i ludziom. Dziś mieszka samotnie w skromnej izbie. Służy w największym rosyjskim monastyrze w Makariewie.


Na małej werandzie u popa Vladimira Agnieszka dostaje błogosławieństwo na dalszą drogę

Po błogosławieństwie.
Weszłyśmy z Agnieszką do małej cerkiewki Ojca Vladimira chcąc poświęcić pamiątkowe monastyrskie ikony. Pop z uśmiechem odrzekł, że ikony nie potrzebują wody święconej, lecz że nam na pewno odrobina nie zaszkodzi :-) Na te słowa przeżegnał nas trzykrotnie, pobłogosławił i... śmiejąc się od ucha do ucha obficie chlusnął wodą! i powtórzył święcenie trzykrotnie :-)


CEL PODRÓŻY -
GRANICA POMIĘDZY EUROPĄ A AZJĄ


I udało się! Nareszcie! Cel osiągnięty!
Po przejechaniu kilku tysięcy kilometrów, wciąż pod silny wschodni wiatr, nierzadko w deszczu i we mgle dotarliśmy do głównego grzbietu Uralu.
Nagle ukazał się monumentalny - jak to w Rosji - pomnik z dwoma lwami. I tam już można było odetchnąć chwilę, pocieszyć się panoramą rozległych wzgórz i świadomością przekraczania tej umownej granicy dwóch kontynentów. Niezapomniany będzie smak kawy pitej w deszczu w późnojesiennej aurze, gdy staliśmy jedna nogą w Europie a drugą już w Azji :-)


CEL PODRÓŻY -
KOPALNIA WĘGLA KAMIENNEGO W POŁOWINCE NA URALU
- MIEJSCE ZESŁANIA OJCA AGNIESZKI MARTINKI


Agnieszka u celu podróży!
Niełatwo było odnaleźć dziś zrujnowane już i nieczynne kopalnie. Pogoda jakby sprzysięgła się przeciw nam - męczyły nas deszcze, silny wiatr. Narastało olbrzymie zmęczenie całą drogą, setkami przebytych kilometrów. Gdy byliśmy już blisko celu uralskie drogi spowiła mgła. Atmosfera nabrała grozy. Efekt potęgował obraz zniszczonych, zdewastowanych wiosek, straszyły ruiny domów, pozabijane deskami okna i zdegenerowani ludzie. Cel pozornie nieosiągalny - jak odnaleźć nieistniejące już szachty w tej wielkiej, rozległej Rosji? w tym bezmiarze wzgórz i lasów? a jednak! udało się! Agnieszka zrealizowała swoje marzenia, dotarła do miejsca zesłania Ojca w 60 rocznicę Jego powrotu z Rosji.
Odnaleźliśmy kopalnie, do których przez wiele, wiele lat zsyłani byli ludzie...Polacy, Niemcy, Rosjanie. Obraz pustki, ruiny, niemej ciszy we mgle dobitnie wbija się w pamięć.


CHŁOPIEC TAEKWONDO


Jedną z tradycji naszej podroży były liczne postoje na pyszna rosyjską kawę. Nawet w małych wioskach, w zwykłych barach kawa jest aromatyczna, bardzo mocna i podawana niezwykle wykwintnie - w kolorowych, małych filiżankach, zawsze z olbrzymią ilością cukru, bez mleka.
Pewnego dnia, spragnieni odpoczynku wypatrzyliśmy z drogi sympatycznie wyglądający drewniany budynek z napisem "cafe". I tam czekała nas niespodzianka. W tym niepozornym domu mieszka ciekawa azerbejdżańska rodzina. Ojciec jest trenerem rangi międzynarodowej w taekwondo, dwunastoletni roześmiany chłopak Jiłga - mistrzem Rosji w taekwondo w kategorii juniorów.
W pewnej chwili na umówiony znak, na rozświetlonym słońcem drewnianym tarasie kawiarni Jiłga rozpoczął przedziwny "taniec". Na dźwięk słów ojca wpadł w trans, rytmicznie wykonując uderzenia, gesty walki, pokazując niezwykłą siłę, koordynację, powagę.


BABUSZKA ZINA


Żyje w małej wiosce Velikovskoje w Rosji, na północ od Niżnego Novgorodu.
80 lat przeżyła w tej właśnie małej, niczym nie wyróżniającej się wiosce.
Stanęliśmy przy drewnianej studni żeby napełnić butelki wodą do ugotowania obiadu. Już z drogi zauważyliśmy drewniany dom z początku 20 wieku. Miał w sobie to coś. Drewniane zwieńczenie, piękny błękitny ganek w rzeźbionym drewnie.
I nagle na pustym ganku ukazała się staruszka. Zwykły, nieznany człowiek. Wyszła, stanęła na progu. I... uśmiechnęła się :-) promiennie, szeroko. Spytała tak, jak zawsze ludzie pytali - ad kuda wy? szto wy zdiełacie? iz Polszy? ot małatcy!
Nie znała nas, byliśmy obcymi ludźmi, przybyszami z daleka. Pomimo tego wyszła do naszej trójki, usiadła przy nas na trawie. Z beztroską radością zaczęła rozmawiać, opowiadać. Żyje bardzo skromnie, wręcz biednie, w dwóch izbach. A jednak z dobrego, szczodrego serca ofiarowała nam co tylko mogła - garść pierników, pomidory, cebulę, czosnek. Pokaźny to dar dla samotnej starszej osoby.
Tak wesołej, żywiołowej staruszki żadne z nas nigdy wcześniej nie spotkało! Polubiła nas tak bardzo, że w pewnym momencie przeskoczyła przez płotek na ganku i z radością wręczyła mi piękną, wiśniową dalię. Na szczęście w dalszej podróży.


KRAJOBRAZY


Kilka tak znamiennych dla Rosji, charakterystycznych krajobrazów.
    - Cerkwie w Torżoku.
    - Wciąż niezmiennie obecny i królujący całej Rosji Towarzysz Lenin - jeden z jego monumentalnych posągów w Niżnym Nowogorodzie.
    - Rzeki - to niezwykłe bogactwo Rosji. Olbrzymie, piękne, dzikie.
    - Brzozy i rozległe mokradła.
    - Malownicza uralska rzeka


OKNA - architektura Carskiej Rosji


Podróżując wzdłuż głównego handlowego szlaku wiodącego z zachodu na wschód, do Azji wciąż jeszcze można spotkać pozostałości wspaniałej architektury carskiej Rosji. Czasem są to istne perełki! Jedną z nich jest drewniana wioska Senino. Kilkadziesiąt domów a każdy z nich inny, kolorowe, wesołe. Szczególnie duże wrażenie robią starannie rzeźbione okienne ramy. Nie ma dwóch jednakowych! Każdy dom wyróżnia się indywidualnie wyrzeźbionymi ramami. To one stanowią o jego inności, wyróżniają mieszkańców. Zadziwiają mnogością barw, kształtów, pomysłem i precyzją wykonania.


ROSYJSKA WIOSKA


Zachwyca, urzeka i przeraża. Właściwie doskonale oddaje charakter Rosji. Jest to kraj pełen kontrastów - kolory i szarość domów; bieda, nędza ludzi i ich szczodre otwarte serca.
Ludzie żyją tu bardzo skromnie. Nigdzie nie ma kanalizacji ani wodociągów. Woda jest tylko w studniach, często bardzo kiepskiej jakości. Wszędzie obecne są zwierzęta, szwędające się krowy, wiecznie głodne psy, stadka gęsi tworzą niepowtarzalny klimat wsi. Na pierwszy rzut oka widoczna jest bieda, straszą zrujnowane domy, pourywane okiennice, zabite deskami okna. Ale uśmiech na twarz przynoszą spotkania z ludźmi - nadspodziewanie otwarci, bardzo radośni, uczynni, weseli.


DROGA


Droga - słoneczna, deszczowa, zamglona. Wiodła nas przez przeróżne pustkowia, lasy, miasta i wioski - zawsze niezmiennie na wschód, do upragnionego celu podróży. Pokonaliśmy 4500km w ciągu 41 dni pedałowania.


SEN


Podczas całej podróży tylko 8 razy spaliśmy pod dachem, 31 razy rozbijaliśmy namioty - na pięknych polanach i łąkach, w lasach i zagajnikach. Nie raz spaliśmy w zagrodach rosyjskich wiosek, stawialiśmy namioty tuż pod oknami mieszkańców niemal zawsze spotykając sie z życzliwością i gościną. Czasem spotykały nas niespodzianki - przypadkowo spotkani ludzie zapraszali nas do swoich domów, pokazywali nam jak żyją, mieszkają, pracują. Przy długich wieczornych biesiadach opowiadali nam historie swojego życia, smutne i wesołe przygody.
Widzieliśmy i biedę nieporównywalną z tą, ktorą zobaczyc można w Polsce i bogactwo. Kontrasty rosyjskiego życia.


WIĘŹNIOWIE


Rosja obfituje i w takie widoki... więźniowie z całej Rosji nadal, jak i przed kilkudziesięciu laty, skazywani są na przymusowe roboty w kopalniach w środkowym Uralu. Zarówno w czasie przejazdu do miejsca zesłania jak i później w więzieniach są pilnie strzeżeni, prowadzeni pod silną eskortą psów i "kałachów". Widok skazanych ludzi klęczących na peronie, tuż, tuż na wyciągnięcie ręki robi przytłaczające wrażenie...


i na zakończenie przebój wyprawy :)         BORÓWKI


Nic dodać, nic ująć :-) po prostu pyszne! sprzedawane przy drogach, pracowicie zbierane przez całe rodziny w obfitujących w leśne smakołyki zdrowych, rozległych lasach.


UCZESTNICY


A to jeszcze nasza dzielna trójka na moskiewskim Placu Czerwonym. Jak widać cały nasz bagaż na 45 dni podróży mieścił się na rowerach - objuczone sakwy, śpiwory, namioty, menażki, butle z gazem, prowiant, woda. Wszystko to na dwóch kółkach :)


Agnieszka Koper