WSTĘP

       Buszując po Internecie znalazłem przedstawione poniżej artykuły prasowe, dotyczące członków naszej rodziny. Oczywiście opieranie się wyłącznie na zasobach internetowych w sposób poważny ograniczyło wybór, co koniecznie chciałbym podkreślić, by nikt nie poczuł się pominięty w tej selekcji. Dlatego zwracam się z uprzejmą prośbą o przesyłanie kolejnych wzmianek prasowych, w których pojawiają się osoby z naszej familii (karol.jazdon@op.pl). Dodam jeszcze, iż zamieszczo - ne artykuły zostały przeze mnie wybrane spośród wielu i stanowią czysto subiektywny zbiór moim zdaniem najciekawszych.
Karol
 

Numer: 10/2002
W CEBULOWYM ZAGŁĘBIU
Tomasz Werner

          Okolice Zielonej Góry stały się w ostatnich latach jednym z największych w Polsce regionów produkcji cebuli. 22 sierpnia w Chobienicach firma BASF zorganizowała w gospodarstwie Tomasza i Jakuba Jazdonów Dni Cebuli, na których pojawiło się około 100 gości - producentów tego warzywa, naukowców oraz firm zaopatrujących rolników w środki produkcji (m.in. nasiona, maszyny, nawozy, przechowalnie docebuli).
          Firma braci Jazdonów to jedno z najnowocześniejszych polskich gospodarstw specjalizujących się w cebuli, którą produkują na około 110 ha (dodatkowo co roku skupują od współpracujących rolników 20 000 ton cebuli). Warzywa trafiają przede wszystkim na eksport - większość do krajów Unii Europejskiej, reszta - do Izraela, oraz państw z Europy środkowo-wschodniej. We własnych przechowalniach gospodarstwa można przechować 7000 ton. Duże ilości są też sortowane, obierane, pakowane oraz zamrażane we własnym zakładzie przetwórczym w Zakrzewiu.
          Jednym z ciekawszych rozwiązań, które można było podpatrzeć w firmie Jazdon jest wykorzystanie programu komputerowego elmid do zarządzania gospodarstwem. Według T. Jazdona, nie jest on tani, ale bardzo ułatwia wszystkie prace. Pozwala, między innymi, na sporządzenie map ewidencyjnych pól uprawnych, map aplikacyjnych nawożenia z uwzględnieniem wyników prób glebowych (żeby w pełni wykorzystać te funkcję do ustalenia optymalnego planu nawożenia na każdej działce, trzeba wszystkie maszyny - na przykład rozrzutniki nawozów - wyposażyć w czujniki GPS), zarządzanie systemem płatności (na działkach własnych i dzierżawionych), wyliczenie jednostkowych kosztów eksploatacji maszyn (od pługa do kombajnu) i wykorzystania siły roboczej, a w przyszłości - także na automatyczne wyliczanie dopłat unijnych. Koszty produkcji cebuli w gospodarstwie (do czasu zbiorów) wyniosły w tym roku około 5100 zł/ha (z wykopaniem i przechowywaniem sięgną 6000-8000 zł/ha). Właściciele przez ponad pół roku wprowadzali do systemu wszystkie niezbędne dane oraz uczyli się obsługi. Według nich było to jednak niezbędne, aby móc przedstawić zagranicznym kontrahentom pełną dokumentację produkcji. Zachodni odbiorcy stawiają bowiem coraz wyższe wymagania. Chcą wiedzieć wszystko o uprawie (płodozmian, odmiany, nawożenie, ochrona). Od czasu problemów z chorobą szalonych krów nie można na przykład używać obornika bydlęcego, a produkując cebulę na rynek brytyjski - nie zarejestrowanych tam środków ochrony roślin (odpada więc stosowanie dozwolonych jeszcze w Polsce preparatów, jak na przykład, Aliacine 400EC).
          Podczas Dni Cebuli zaprezentowano, między innymi, cebulowe nowości z 5 firm nasiennych (fot.1), z którymi współpracę - po sprawdzeniu prawie wszystkich dostępnych w Polsce odmian - wybrali bracia Jazdonowie.
          Według przedstawiciela firmy Bejo Zaden, najlepiej zapowiadającą się nowością jest odmiana 'Hayfield' F1 - przeznaczona do długiego (do końca maja) przechowywania. Ma to być cebula średniopóźna, z silnym systemem korzeniowym. W ofercie przedsiębiorstwa Kees Broersen Zaaden wyróżniała się odmiana 'Reo' F1 (w tym roku zakończą się prawdopodobnie badania rejestracyjne), która jest zaliczana do grupy wczesnych, ale ma plonować na poziomie odmian późnych, tworzyć wyrównane cebule, nadające się na bezpośrednie zaopatrzenie rynku (można przechowywać do 4 miesięcy) lub do przetwórstwa. Z odmian zaprezentowanych przez firmy Nickerson-Zwaan i Villmorin uwagę zwracała 'Nerato' F1 - do długiego przechowywania (małą utratę wody ma zapewniać cienka szyjka) oraz dla przetwórstwa do krojenia na plastry (80% cebul ma mieć jeden stożek wzrostu - fot. 2). Firma S&G polecała producentom nową odmianę 'Stamford' F1, która ma wyróżniać się możliwością bardzo długiego przechowywania (z użyciem preparatu Fazor - nawet do lipca) oraz atrakcyjnym wyglądem (okrągły kształt i mocna łuska).
          Z zaprezentowanych maszyn wyróżniał się, największy z oferowanych w Polsce, siewnik do nasion warzyw - produkt firmy Agricola Italiana. Jedyny taki egzemplarz w Polsce (wyposażony w 30 sekcji siejących - fot. 3) pracuje właśnie w gospodarstwie braci Jazdonów.

          Wykonują oni także - mało jeszcze u nas popularne - obcinanie szczypioru przed zbiorem cebuli. Służy do tego zestaw Samon (fot. 4) - montowany z przodu ciągnika obcinacz podnosi (za pomocą podciśnienia) i obcina suchy szczypior, a pracująca z tyłu kopaczka wykopuje cebulę. Do pracy z takim zestawem konieczny jest jednak ciągnik o mocy co najmniej 90 KM.
Na poletkach można też było obejrzeć efekty różnych schematów nawożenia i ochrony cebuli. Na pytania gości odpowiadali gospodarze, organizatorzy i naukowcy (fot. 5).

          Profesor Jerzy Szwejda (fot. 6) zwracał uwagę na konieczność wykonywania analiz gleby, gdyż często zdarza się, że pola są przenawożone fosforem i potasem, co podnosi koszty produkcji. Przestrzegał też przed nadmiernym używaniem insektycydów, które mogą znacznie zmniejszyć populację chrząszczy z rodziny biegaczowatych, skutecznie niszczących larwy i jaja szkodliwych muchówek. Profesor Józef Robak mówił, że w regionach bardzo intensywnej produkcji nie wolno zaniedbywać ochrony roślin i właściwego płodozmianu, aby nie doszło do takiej sytuacji, jak w okolicach Ożarowa i Błonia, gdzie uprawy cebuli trzeba było zaniechać. Uprawa cebuli z nasion (siewu jesiennego i wiosennego) i dymki na dużym areale powoduje, że nawet mimo ochrony trudno całkowicie wyeliminować mączniaka rzekomego, gdyż w takich warunkach powstaje "obieg zamknięty", w którym zarodniki grzyba są ciągle obecne. Według profesora J. Robaka niezbędne jest badanie nasion cebuli na obecność nicienia niszczyka zjadliwego, który może się w ten sposób (także z dymką) przenosić z plantacji na plantację. Po zainfekowaniu pola jedynym wyjściem pozostaje już płodozmian, a cebula nie może wrócić na pole wcześniej niż po 8 latach.

2006-07-20

Po raz drugi w kronice wydarzeń powiatu na Spotkaniu Noworocznym, podczas uroczystej gali, zostały uhonorowane przedsiębiorstwa Nagrodą Gospodarczą Starosty Wolsztyńskiego w postaci statuetek ''ZŁOTEGO LOGO'', w dowód uznania gospodarczych osiągnięć w roku 2005.
''ZŁOTE LOGO'' jest wyróżnieniem i promocją najlepszych firm, za oferowane przez nie usługi i produkty, wdrażane innowacje, technologie, pomysły, udzielone wsparcie na rzecz gmin i powiatu, promocję w kraju i za granicą, a także wszelkie inicjatywy przyczyniające się do rozwoju przedsiębiorczości w powiecie.
Nagroda Gospodarcza Starosty Wolsztyńskiego jest również wyrazem uznania, szacunku a przede wszystkim podziękowaniem władz samorządowych przedsiębiorcom, za ogromny wysiłek i determinację w dążeniu do osiągnięcia jak najlepszych wyników i znaczącego wkładu w rozwój gospodarczy powiatu wolsztyńskiego.
Nagrody przyznano w dwóch kategoriach:
  • za osiągnięcia ekonomiczne
  • oraz za działalność na rzecz samorządów terytorialnych powiatu wolsztyńskiego.
Przedsiębiorstwa nominowane do "ZŁOTEGO LOGO" Nagrody Gospodarczej Starosty Wolsztyńskiego w 2005 roku w kategorii za osiągnięcia ekonomiczne to:
  • Zakład Produkcji Materiałów Instalacyjnych ''GORGIEL'' w Karpicku,
  • Przedsiębiorstwo Wielobranżowe "AREX" w Karpicku,
  • 'NAWROT'' Sp. z o.o. w Nowych Tłokach,
  • 'ONIX'' Sp. z o.o. w Zakrzewie,
  • ''SZYNAKA MEBLE'' Sp. z o.o. Wolsztyńska Fabryka Mebli w Wolsztynie,
w kategorii za działalność na rzecz samorządów nominowano:
  • Zakład Remontowo-Budowlany Józef Mączkowski w Wolsztynie,
  • Zakład Masarski Gracjan Kiciński w Kopanicy,
  • Zakład Produkcyjny Wypieku Pieczywa Leszek Olejniczak w Siedlcu,
  • Gospodarstwo Rolno-Ogrodnicze Zdzisław Brudło w Jaromierzu,
  • Zakład Ogólnobudowlany Krzysztof Jokiel w Karpicku,
  • Zakład Budowlano-Drogowy ''BAR-BET'' Andrzej Barski w Chobienicach,
  • Zakład Usług Technicznych ''IRLEH'' s.c. L.M.M. Lisiewicz w Wolsztynie,
  • Spółdzielnia Mieszkaniowa Lokatorsko-Własnościowa ''ZJEDNOCZENIE'' w Wolsztynie,
  • Zakład Remontowo-Budowlany ''BLACH-DEK'' Tadeusz Piskorz w Wolsztynie,
  • Bank Spółdzielczy w Siedlcu.
''ONIX'' Sp. z o.o.
w Zakrzewie
Jeden z liderów na rynku europejskim w produkcji i handlu cebuli. Firma ''ONIX'' powstała w 1995 roku. Zajmuje się przetwórstwem cebuli białej, czerwonej, szalotki, cebuli typu pikles oraz czosnku poprzez obieranie, krojenie, mrożenie oraz pakowaniem nieprzetworzonej cebuli w łusce na wiele sposobów. Obecnie zatrudnia 115 osób. Siła firmy i jej wiodąca pozycja na rynku jest wynikiem współpracy z Gospodarstwem Rolnym T.J.Jazdon oraz firmą Handel Środkami do Produkcji Rolnej J.Jazdon. Na rynku brytyjskim firma ''ONIX'' jest reprezentowana przez ONIX (Marketing) UK gwarantujący szybką i profesjonalną obsługę klienta. Gospodarstwo Rolne uprawia cebulę na 170 ha, produkując ok. 11.000 ton wysokiej jakości cebuli rocznie. Do najważniejszych gatunków cebuli uprawianych w gospodarstwie należą: cebula czerwona, cebula pikles, cebula szalotka, tradycyjna cebula biała oraz czosnek. Ważną, uzupełniającą w stosunku do ''ONIX'' działalność prowadzi Handel Środkami do Produkcji Rolnej Jazdon. Głównym zadaniem tej firmy jest dystrybucja środków ochrony roślin, nawozów i nasion cebuli. Firma zajmuje się także profesjonalnym doradztwem w zakresie uprawy roślin, kontrolą plantacji w trakcie wegetacji oraz dokumentowaniem zabiegów agrotechnicznych.
www.onix.pl

NR 07/79, wrzesień/październik 2003
Zasłużeni dla gminy Siedlec

26 sierpnia w Urzędzie Gminy w Siedlcu odbyła się szczególna uroczystość. Oto trzy wyjątkowe kobiety - mieszkanki naszej gminy zostały uhonorowane statuetkami "Siwej czapli" z okazji przyznania im tytułu "Zasłużony dla Gminy Siedlec".

Laureatkami zostały pani Czesława Krawczyk - długoletni pracownik tutejszego Urzędu Gminy, pani Wanda Woźna-Batory - założycielka i solistka zespołu śpiewaczego "Perły" oraz pani Gertruda Jazdon - była radna, osoba o wyjątkowej wrażliwości na krzywdę drugiego człowieka. Dyrekcja i grono pedagogiczne Zespołu Szkoły Podstawowej i Gimnazjum w Belęcinie składa wszystkim trzem paniom gratulacje płynące prosto z serca i życzy wielu lat zdrowia i owocnej pracy dla dobra innych ludzi.

Szczególnie bliska jest nam pani Gertruda Jazdon, która przez kilka lat była katechetką w tutejszej szkole, chętnie służąc swoim doświadczeniem i wiedzą. Przed laty założyła i prowadziła kabaret nauczycielski "Samo życie", ale przede wszystkim zawsze potrafiła dostrzec wokół siebie ludzi potrzebujących i nigdy nie przeszła obok nich obojętnie. Swoją pasją pomagania "zarażała" nas nauczycieli, młodzież i dzieci.
Regina Nowak

NR 01/81, styczeń - marzec 2004
Zasłużeni dla Wielkopolski

          Na wniosek Kapituły Zarząd Województwa Wielkopolskiego uchwałą nr 628/2003 z dnia 3 października 2003 roku wyróżnił odznaką honorową "Za zasługi dla Województwa Wielkopolskiego", sześcioro mieszkańców naszej gminy. Są to:
  1. Gertruda Jazdon - od 1990 - 1998 pełniła funkcję radnej Rady Gminy Siedlec, będąc jednocześnie członkiem Zarządu Gminy Siedlec. W latach 1999 - 2000 była radną Rady Powiatu Wolsztyńskiego. Zainicjowa ła m.in. konkurs na najlepszą szkolę gminy.
  2. Stanisław Leśnik - rolnik gminy Siedlec specjalizuj ący się w hodowli trzody chlewnej oraz drobiu. Mieszka i gospodaruje we wsi Karna, gdzie od wielu lat jest także członkiem Rady Sołeckiej i Ochotniczej Straży Pożarnej. Przez ostatnie 30 lat był radnym powiatu lub Rady Gminy Siedlec. Za jego sprawą i przy wydatnym udziale wie. Karna została w całości zgazyfikowana, zwodociągowana i ztelefonizowana.
  3. Marian Śmiałek - z zawodu nauczyciel historii, z zamiłowania popularyzator wiedzy o Powstaniu Wielkopolskim. Inicjator i współzałożyciel Towarzystwa Pamięci Powstania Wielkopolskiego - Oddział w Siedlcu. Organizator Izby Pamięci Narodowej przy Szkole Podstawowej w Siedlcu. Radny Gminy Siedlec kilku kadencji. Pełnił funkcje przewodniczącego siedleckiego samorządu oraz przewodniczącego komisji oświaty, kultury i sportu.
  4. Eugeniusz Śledź - sołtys wsi Siedlec. Od jesieni ubieg łego roku radny Rady Gminy Siedlec. Pełnił funkcję przewodniczącego komisji ładu i porządku. Z jego inicjatywy i przy wydatnym udziale wieś Siedlec w roku 1995 zajęła I miejsce w Polsce w konkursie "Piękna Wieś" w kategorii wsi.
  5. Zbigniew Kubaszewski - przez 30 lat pełnił funkcję sołtysa wsi Tuchorza. Przyczynił się do zwodociągowania całej miejscowości, budowy sieci gazowej i doprowadzenia jej do każdej posesji, wybudowania oczyszczalni ścieków, kanalizacji sanitarnej i podłą czenia do niej wszystkich gospodarstw domowych. Doprowadził również wraz z mieszkańcami do zlikwidowania dzikich wysypisk śmieci.
  6. Franciszek Olejniczak - przez 30 lat pełnił funkcję sołtysa wsi Grójec Wielki. Z jego inicjatywy wie. zosta ła w cało.ci zgazyfikowana. Przekonał mieszkań ców do budowy sali wiejskiej, remizy OSP oraz boiska piłkarskiego LZS. Mimo podeszłego wieku pracuje w Społecznym Komitecie Wodociągowania Wsi.
Odznaki honorowe zostały wręczone zasłużonym podczas XIII sesji Rady Gminy Siedlec. Niestety, w ich gronie z powodu niedyspozycji zdrowotnej zabrakło Gertrudy Jazdon. Zostanie jej ona wręczona w innym najbliższym terminie.
Leśnik Władysław

Zaginione opus trzynaste, czyli sekrety Henryka Wieniawskiego
Rozmawiała Jolanta Brózda
2006-09-28

          Czy rzeczywiście wielbiciele Wieniawskiego wyprzęgli konie z powozu i ponieśli skrzypka na rękach? Nikt tego nie sprawdził, ale wiadomo, że wirtuozom z tamtych czasów to się zdarzało. O tajemnicach Henryka Wieniawskiego Andrzej Jazdon opowiada w rozmowie z Jolantą Brózdą.
          Zbliża się XIII Międzynarodowy Konkurs Skrzypcowy im. Henryka Wieniawskiego - jeden z najważniejszych turniejów muzycznych w Polsce. Od 14 do 30 października wystąpi na nim ponad 40 skrzypków z Europy, Dalekiego Wschodu i zza Atlantyku.
          O patronie konkursu - jednym z najwybitniejszych, XIX-wiecznych wirtuozów - wiemy wciąż niewiele. Ostatnio tajemnice jego twórczości stara się rozwikłać Andrzej Jazdon, muzykolog i kierownik Oddziału Zbiorów Specjalnych Biblioteki Uniwersyteckiej w Poznaniu. W ostatnich latach cztery razy wyjeżdżał do Rosji, by w tamtejszych archiwach i bibliotekach szukać dokumentów. Organizatorem tych wyjazdów było Towarzystwo Muzyczne im. Henryka Wieniawskiego w Poznaniu - organizator konkursu skrzypcowego i wydawca "Dzieł wszystkich" kompozytora.
          Jazdon przyczynił się do tego, by cenne pierwodruki utworów Wieniawskiego z prywatnej kolekcji trafiły do zbiorów towarzystwa. Kilka z nich towarzystwo już zakupiło.
          Jolanta Brózda: Kiedyś powiedział Pan, że Henryk Wieniawski był w swoich czasach popularniejszy niż Fryderyk Chopin. To dość ryzykowne stwierdzenie.
Andrzej Jazdon: - Popularność trudno zmierzyć. O Chopinie jednak wiemy, że był znany w Polsce, Francji i Anglii, bo w tych krajach dużo przebywał. A Wieniawski koncertował wszędzie: od Rosji po Amerykę Północną. Grał w kurortach, do których przyjeżdżali możni tego świata. Grał dla nich na skrzypcach, grał z nimi w karty, przegrywał pieniądze. To była epoka wędrujących wirtuozów - krótka, trwająca kilkadziesiąt lat. Wieniawski zdążył się na ten czas "załapać" i był w Europie bardzo popularny. Również dlatego, że był najmłodszym bodaj absolwentem konserwatorium paryskiego, który zdobył złoty medal.
- Był cudownym dzieckiem. I dzieckiem swojej epoki.
- Słyszę, że pani mówi o tym z przekąsem. Pamiętam, jak o Wieniawskim mówiło się na studiach muzykologicznych. Wiedzieliśmy, że był taki kompozytor, byliśmy osłuchani z jego muzyką. Ale mówiło się o nim z przymrużeniem oka: idol trafiający na "listy przebojów" swoich czasów. W epoce Wieniawskiego nie było płyt, więc amatorzy kupowali nuty. Ale kiedy Wieniawski przestał grać, pamiętali o nim i doceniali go właściwie tylko jego koledzy muzycy. A umierał zupełnie bez pieniędzy, które łatwo mu przychodziły i równie łatwo odpływały. Na pewno jednak należał do ówczesnej elity muzycznej. I dopiero niedawno wydana książka pani Renaty Suchowiejko ["Henryk Wieniawski - kompozytor na tle wirtuozowskiej tradycji skrzypcowej XIX wieku", wydana w Poznaniu w 2005 r. - przyp. red.] pokazała Wieniawskiego na nowo. Że pisał nie tylko łatwą, błyskotliwą muzykę - że jest w niej coś więcej. Zmiana wizerunku Wieniawskiego wciąż jednak wymaga dużo pracy.
- W tym celu, jak się domyślam, odwiedzał Pan cztery razy Rosję - tamtejsze biblioteki i archiwa.
- Jechałem przede wszystkim po to, by znaleźć pierwodruki i rękopisy Wieniawskiego. Skrzypkowie grają niewielką część jego spuścizny. Niektóre utwory, ku mojemu zdziwieniu, po raz ostatni zostały wydane pod koniec XIX w. Chodziło o to, by dotrzeć do źródeł, by porządnie wydać muzykę Wieniawskiego.
- W dzisiejszych wydaniach są przekłamania?
- Wymagania współczesnego edytorstwa muzycznego są takie, że trzeba dotrzeć do rękopisu, a jeśli jego nie ma - do pierwodruku. Najlepiej żeby to był pierwodruk, który się ukazał za życia kompozytora. Trzeba przyznać, że Wieniawski bardzo dbał o wydawanie swoich nut. Wynika to z jego listów. Pisał na przykład, że komuś więcej nie pośle nut, bo ta osoba wydała je bardzo źle. Ale i tak sądzę, że to, co wydawał i to, co grał, to dwie różne rzeczy.
- Bo dużo improwizował.
- Na tym polegały jego wykonania. Poza tym niektóre utwory zostały wydane w uproszczonym układzie, bo były przeznaczone dla amatorów.
- Jak udało się poszukiwanie rękopisów w Rosji?
- Ku mojemu rozczarowaniu i pewnie także Towarzystwa Muzycznego im. Henryka Wieniawskiego, w Rosji rękopisów nie było, w każdym razie nie w bibliotekach, do których dotarłem. Ale jeśli w samej Moskwie jest ponad 50 bibliotek, które podają, że mają rękopisy muzyczne od XVIII w., to trudno przez wszystko przebrnąć, jeśli ma się na to tydzień. Zwłaszcza że droga administracyjna jest długa. I nie chodzi o to, że nie chcieli mi czegoś pokazać. Raz udawało się coś załatwić natychmiast, bo czyjaś babcia była Polką. A do biblioteki teatru carskiego w Petersburgu, mimo kilkakrotnych prób, nie udało mi się dotrzeć, nawet do katalogu.
- Tępa biurokracja?
- Sądzę, że tak.
- Misja się nie powiodła?
- Nie! Udało się dotrzeć do wielu ciekawych rzeczy. Na przykład wszyscy piszą, że Gigue ukazała się po śmierci Wieniawskiego, a okazało się że ostatnie wydanie Jurgensona w Rosji prawdopodobnie ukazało się za jego życia. Są listy, w których Jurgenson pisze do Piotra Czajkowskiego, że na koncercie żal mu było patrzeć na chorego Wieniawskiego, że ma kilka jego utworów, które musi opublikować, bo Wieniawski narzeka na brak pieniędzy. I prawdopodobnie to wydanie jest pierwodrukiem. Ktoś może powiedzieć: to są drobiazgi, po co wydawać tyle pieniędzy, żeby sprawdzić, czy coś się ukazało pół roku wcześniej, czy później? Ale to jedyny sposób, żeby ustalić, jak wyglądała twórczość Wieniawskiego.
          To detektywistyczna praca. Opusu 13. Wieniawskiego nie ma, zaginął. Ale ktoś mi przyniósł Kujawiaka a-moll i upierał się, że to opus 13. Okazało się, że prawdopodobnie wydawca z początku XX w. wstawił kujawiaka do opusu 13, bo nie pasowało mu, że po opusie 12. jest od razu 14. Takie ślady trzeba sprawdzać, a to zabiera dużo czasu. Niewykluczone, że opus 13 w końcu się znajdzie. Być może został wydany w nakładzie stu egzemplarzy i szybko się rozszedł. Do ubiegłego roku większość utworów była znana tylko z dat pierwodruków, a nikt tych pierwodruków nie widział. Teraz, kiedy Towarzystwo Wieniawskiego zakupiło część pierwodruków od prywatnego kolekcjonera, okazuje się, że to pojedyncze egzemplarze w Europie.
- Wiele jest jeszcze tajemnic Wieniawskiego ukrytych w rosyjskich archiwach?
- Bardzo wiele, nie tylko Wieniawskiego. Petersburg to fantastyczne miejsce słabo zbadane przez naukę polską. W Bibliotece Narodowej jest mnóstwo literatury polskiej XIX w., nazwiska pisarzy zupełnie naszym polonistom nie znanych. Ci, którzy mają jakieś wykształcenie muzyczne, wiedzą, że był polski kompozytor, który się nazywał Kozłowski. Wiadomo, że napisał requiem wykonane na pogrzebie Moniuszki - i niewiele więcej. A w Rosji na temat Kozłowskiego jest mnóstwo ciekawych tekstów. Dotarłem też do katalogu biblioteki w petersburskim Muzeum Teatru Muzyki i Sztuki. Tam jest katalog obejmujący kilkaset polskich, XIX-wiecznych sztuk teatralnych z zasobów cenzury carskiej.
- A jeśli chodzi o szczegóły biograficzne dotyczące Wieniawskiego...
- Na to miałem za mało czasu. Skupiłem się na szukaniu pierwodruków i rękopisów.
- Znane nam biografie Wieniawskiego autorstwa Władimira Grigoriewa, Józefa Reissa...
- ... są ładne, ale...
- Ale na ile prawdziwe?
- Grigoriew był w bibliotekach, na pewno częściowo pisał, opierając się o archiwa rosyjskie. Ale nie wyjeżdżał na Zachód, więc ta część biografii jest napisana "życzeniowo". Wzbogacił ją legendami. Czy rzeczywiście wielbiciele Wieniawskiego wyprzęgli konie z powozu i ponieśli skrzypka na rękach? Nikt tego nie sprawdził, ale wiadomo, że wirtuozom z tamtych czasów to się zdarzało. Mój pierwszy ślad pamięciowy o Wieniawskim to książeczka z wypisami z historii Polski. Ta słynna scena, kiedy matka spaceruje po Paryżu z małym Henrykiem. Spotykają Chopina, a Henryk dzieli się z nim cukierkiem. Ładnie się tego słucha, ale czy to prawdziwe?
- Problem z Wieniawskim polega na tym, że znamy go głównie z takich anegdot.
- Tak. I nawet kiedyś rozmawialiśmy z panią Renatą Suchowiejko, że dotarliśmy do takiego etapu badań, że warto byłoby biografię Wieniawskiego napisać jeszcze raz. To byłoby bardzo czasochłonne. Wieniawski zjeździł kawał świata. W Ameryce Północnej spędził dwa lata. Trzeba by było we wszystkie te miejsca pojechać. Trzeba by przejrzeć prasę w miastach, w których koncertował.
          Są też ślady po zaginionym trzecim koncercie skrzypcowym a-moll, który był wykonywany w Rosji. Jurgenson relacjonował w liście koncert, na którym Wieniawski wykonywał ten utwór. Pisał nawet o tym, jak Wieniawski zasłabł podczas gry. Skoro są takie informacje, to wierzę, że partytura koncertu też gdzieś musi być.

Drugie życie książek
Daina Kolbuszewska
2005-04-21

          Z francuskiego romansu z początku XIX wieku, który przeglądał, wypadł zasuszony bukiet polnych kwiatów z liścikiem "Dla moiei..." Oprawił je i powiesił na ścianie. Andrzej Jazdon opowiada o swoich ulubionych starych książkach.
Nadmiar szkodzi. - Kiedy ma się pod opieką 300 tysięcy stu- i dwustuletnich książek, a każdą trzeba po kolei przejrzeć, to zaczyna się w nich szukać czegoś niezwykłego. Bo to, że są stare i ładne, przestaje wystarczać - mówi Andrzej Jazdon, kierownik Oddziału Zbiorów Specjalnych w poznańskiej Bibliotece Uniwersyteckiej. - A czasem zaczyna się też inaczej patrzeć na człowieka, jeśli miało się w ręku jego książki.

Feministka
Na przykład panna Emilia... Pozytywistka, działaczka społeczna. Silna duchem, świetnie wykształcona - same zalety. - Spodobał mi się jej podpis: drobny, kobiecy, z pełnym wdzięku zawijasem - opowiada Jazdon. I pokazuje podpisane ręką panny Emilii Sczanieckiej poezje Waltera Scotta, pisma filozoficzne z epoki, tragedie Pierre'a Corneille'a. Ulubionych w tej epoce sentymentalnych romansideł nie czytywała. Ale niektóre jej książki mają postrzępione, podniszczone kartki. - W starych drukach nie przycinano równo stron, tak jak teraz. Trzeba było to zrobić samemu - tłumaczy Jazdon. Czy Sczaniecka nie miała czasu, czy też po prostu tym się nie przejmowała i zostawiła kartki takimi, jakie były?
          Pannie Emilii Jazdon zawdzięcza wizytę Holenderki, która pisała doktorat o feminizmie. - Chciała postudiować pisma Sczanieckiej - tłumaczy. - Nowoczesne, jak na owe czasy, feministyczne teorie.

Wkraczali do Poznania
          Książki z biblioteki Sczanieckiej, podobnie jak francuskie romanse, z których wypadły kwiatki, stoją na wyższych piętrach (VI-VIII) magazynu biblioteki przy ul. Ratajczaka. Tysiące - czasem pięknie oprawione w skórkę, czasem w zwyczajnych okładkach.
- Bywa i tak, że do zwykłych dedykacji historia dopisuje dramatyczną puentę - opowiada Jazdon.

          W czasach napoleońskiej gorączki i nadziei na wolną Polskę, w 1806 r., Józef Wybicki przyjechał do Poznania w towarzystwie Jana Henryka Dąbrowskiego oraz francuskiego wojska, by organizować polską armię i administrację. Napoleon jednak poniósł klęskę. Wybicki udał się na emigrację. W końcu jednak powrócił do kraju i do swojego majątku w Manieczkach. Rok przed śmiercią, w 1821 r., podarował wnukowi Edwardowi Rożnowskiemu wydane w Paryżu dzieje Polski. Dedykację podpisał swymi dawnymi tytułami: "senator, woiewoda Królestwa Polskiego". - Rożnowscy wyjechali do Niemiec i któryś z potomków Wybickiego w 1939 r. wkroczył do Poznania... z armią niemiecką - kończy opowieść Jazdon.

Nie zgub i nie pożyczaj
          W książkach jedni widzą tylko zadrukowane kartki, inni - cenną pamiątkę. - Pięknie, jeśli w rodzinie szacunek dla takich pamiątek jest przekazywany z pokolenia na pokolenie - mówi Jazdon.
Objezierze stało się własnością rodziny Turnów w 1828 r., gdy Helena, z domu Kwilecka, odziedziczyła majątek po ojcu Klemensie. - Uczyniła z niego, wraz z mężem Wincentym, jeden z najważniejszych ośrodków życia kulturalnego w Wielkopolsce, a ich gościem bywał m.in. pisarz Julian Ursyn Niemcewicz - opowiada Jazdon. Trudno zatem się dziwić, że darowując kuzynowi Witoldkowi wydanie "Śpiewów historycznych" Niemcewicza z 1818 r., Helena napominała go, żeby ich "ani nie zgubił, ani pożyczył, ani podarł, bo zaiste wielka by szkoda była". - Podpisała się zresztą ładnie: "Helena Turnina" - dorzuca Jazdon. Prawie 60 lat później Hipolit Turno, wieloletni poseł do parlamentu pruskiego, dopisał pod jej dedykacją: "Kto tę książkę ukradnie albo bez mojej wiedzy pożyczy, niech wie, że zabrał drogą nam pamiątkę".

Drugie życie druków
- Druki wiodły czasem życie podobne do tego, jakie wiodą strony internetowe - mówi Jazdon.
          Wielkie wydarzenia, jak np. powstania, błyskawicznie w Poznaniu komentowano utworami muzycznymi, ozdabianymi okolicznościowymi rysunkami. Najbardziej niezwykłą karierę zrobił po upadku powstania listopadowego polonez Teofila Klonowskiego z grafiką przedstawiającą samotnego powstańca, który siedzi przy poległych kolegach. - Nuty, wystawione w oknach księgarń, przyciągały tłumy przybitych klęską poznaniaków. Przychodzili po prostu popatrzeć. Teraz taką rzecz zamieszczono by w internecie - komentuje Jazdon. W końcu władze pruskie zakazały pokazywania grafiki.
          Przeglądając rzędy starodruków, Jazdon natrafił też na ślad czegoś w rodzaju XIX-wiecznej biblioteki objazdowej. - To zaskoczyło nawet historyków książki - mówi. Od czerwca 1840 r. do lutego następnego roku krążyła po Wielkopolsce wydana rok wcześniej podróżnicza opowieść "Sławianin". - Na pierwszej stronie książki pod kolejnymi datami wpisywali się ziemianie i księża, którzy ją czytali. Na koniec powróciła do księdza Kowalewskiego ze Słupi, który ją puścił w obieg - opowiada Jazdon.
Cenzura
          Niektórzy Wielkopolanie, choć odsłonili największe tajemnice swego serca, pozostaną nieznani. - Otwieram książkę o podróżach, a tam wpis: "W tę najświętszą rocznicę dla Nas ofiaruję Ci, Najukochańsza, tę książeczkę. (...) Padnijmy, Marysieńko, na kolana i prośmy Najwyższego, (...) ażeby nas w wierze i Miłości utrwalał i za rok złączył" - czyta Jazdon. - Nie wiem, czy w końcu się pobrali. Nie wiem, kim byli.
Pozostał po ich miłości mały ślad w postaci tej dedykacji, napisanej w Poznaniu w 1874 r.
                    Czasami książki sprawiają niespodzianki. - W drugim tomie "Krótkiego rysu dziejów i spraw Lisowczyków" z XIX w. są skutecznie zaczernione całe fragmenty stron - pokazuje Jazdon. - Pamiętam książki, z których korzystano w początkach XX w. na poznańskiej pensji dla dziewcząt. Zaczernione były w nich rysunki nagich postaci i wiadomości, które mogły wywoływać rumieńce na policzkach młodych panienek - opowiada. Ale dlaczego lisowczycy? Kto to zrobił i po co? - Na razie szukam innych egzemplarzy tego tomu, żeby zobaczyć, czy też jest zaczerniony - mówi Jazdon.

Rarytas
Na koniec oglądam największą (dosłownie) ciekawostkę - toruński graduał (śpiewnik mszalny) z XVII w., który waży 35 kg. - W 1945 r. z okolic Sławy Śląskiej pracownicy naszej biblioteki wywozili niszczejące książki z podworskich bibliotek - opowiada Jazdon. - Któregoś razu samochód zarył się w błocie i kierowca skoczył do stodoły, żeby wziąć stamtąd kloc i podłożyć pod koła. Kornela Michałowskiego, znanego później poznańskiego muzykologa, coś tknęło i obejrzał ten kloc. - A to był graduał - kończy Jazdon, który zna całą historię od Michałowskiego. Nie jest zbyt cenny, ale kiedy ktoś pyta, co jest w bibliotece cennego, można pokazać śpiewnik i poprosić o jego podniesienie. - Robi wrażenie!

Emilia Sczaniecka (1804-1896)
          Po Wielkim Księstwie Poznańskim krążył wierszyk: "Kto rządzi Księstwem, mówimy bez przekąsów: doktór, kobieta i para wąsów". Ową kobietą była panna Emilia (pozostałymi osobami - Karol Marcinkowski i Maciej Mielżyński). W tekstach o niej często przewija się zresztą plotka o romansie z doktorem Marcinem. W każdym razie żyła z nim w dużej przyjaźni, a Marcinkowski wyleczył ją z ciężkiego tyfusu, uciekając się przy tym do tzw. moksy - przytknięcia rozpalonego żelaza do czoła. Dzięki swej działalności stała się rzeczywiście najbardziej znaną poznańską pozytywistką. Była m.in. współzałożycielką Towarzystwa Pomocy Naukowej dla Dziewcząt i jedną z akcjonariuszek Bazaru. Podczas kolejnych powstań organizowała pomoc medyczną dla powstańców. Nie wyszła za mąż, przez 70 lat z powodzeniem samodzielnie gospodarowała w swoim majątku Pakosław.

Józef Wybicki (1747-1822)
          Autor Mazurka Dąbrowskiego urodził się na Kaszubach. W latach 70. XVIII w. był jednym z czołowych działaczy obozu reform związanego ze Stanisławem Augustem Poniatowskim. W podpoznańskich Manieczkach osiadł w 1780 r. Brał udział w powstaniu kościuszkowskim, od 1795 r. przebywał na emigracji. Przyczynił się do powstania Legionów Polskich. Za działalność u boku Napoleona skonfiskowano mu majątek, który jednak odzyskał. Zmarł w 1822 r. w Manieczkach, sto lat później jego szczątki przeniesiono na tzw. poznańską Skałkę do kościoła św. Wojciecha. Do dziś jedna z miejscowości w dawnym jego majątki nosi nazwę Esterpole, od imienia żony - Estery.

Rarytasy Wieniawskiego dla Poznania
Daina Kolbuszewska
2006-02-24, ostatnia aktualizacja 2006-02-24 20:40

          Bardzo rzadkie pierwodruki utworów Henryka Wieniawskiego mają szansę trafić do Poznania! Zaoferował je Bibliotece Uniwersyteckiej prywatny kolekcjoner. - Nuty powinny trafić do Towarzystwa Muzycznego im. H. Wieniawskiego - mówi Andrzej Jazdon, szef Działu Zbiorów Specjalnych BU.
          Biblioteka dostała ofertę zakupu pierwszych wydań trzech utworów Wieniawskiego (więcej o nich - pod tekstem). Osoba, która je zaoferowała, odziedziczyła sporą kolekcję pierwodruków po swoim ojcu. - Jest w niej sporo prawdziwych rarytasów, m.in. właśnie nuty Wieniawskiego - opowiada Jazdon. - Jeśli rzeczywiście są to pierwodruki, to oferta jest niezwykle cenna! Tym bardziej w kontekście wydania "Dzieł wszystkich" Wieniawskiego, nad czym pracujemy w Towarzystwie Muzycznym im. H. Wieniawskiego od 1996 r. - przyznaje dr Maciej Jabłoński, muzykolog, przewodniczący komitetu wydania "Dzieł wszystkich".
          Nuty, prócz tego, że cenne, są także bardzo ładne. Ponieważ były sztychowane (odbijane z metalowej płyty, w której ręcznie ryto każdą stronę), na brzegach do dziś widać odcisk płyty. - Z jednej płyty robiono zwykle ok. 50-100 odbitek, a potem ją przetapiano i używano ponownie do sztychowania czego innego - opowiada Jazdon. Dlatego właśnie pierwsze wydania utworów Wieniawskiego są tak rzadkie. Polskie biblioteki mają pojedyncze ich egzemplarze, w zbiorach poznańskiej jest m.in. "Pamiątka z Poznania - Mazurek d-moll op. 3" z 1854 r.
          Henryk Wieniawski w pierwszej połowie XIX w., jako ceniony wirtuoz, był bardziej znany w Europie niż Fryderyk Chopin. Porównywano go ze słynnym skrzypkiem Nicolo Paganinim. W czasie sezonu koncertował, jeżdżąc z jednego kurortu do drugiego, wzbudzając nieopisany entuzjazm. "Opowiadano nam, że na przedostatnim koncercie Wieniawskich [Henryka i Józefa] dwie damy dostały spazmów i nie mogły dosłuchać rzewnością przenikającego mazurka..." - tak pisano w "Posener Zeitung" o jednym z jego poznańskich koncertów. Równocześnie komponował, zwykle dzieła o popisowym i lirycznym charakterze, z myślą o sobie jako wykonawcy. Zmarł w 1880 r.
Nuty, które mają szansę trafić do Poznania, pochodzą z okresu, kiedy był w szczytowej formie. - Powinny trafić do Towarzystwa Muzycznego im. H. Wieniawskiego. Towarzystwo ma ponad 100-letnią tradycję i od 1952 r. organizuje najstarszy konkurs skrzypcowy na świecie. To byłoby najlepsze miejsce - zaznacza Jazdon. Szef działu zbiorów specjalnych Biblioteki Uniwersyteckiej ma też nadzieję, że do zbiorów placówki trafią też inne rarytasy, które są w posiadaniu prywatnego kolekcjonera. Ma on m.in. pierwodruki Chopina, Lipińskiego, Haendla, Bacha, Mozarta czy Beethovena!
          - Pierwodruki Wieniawskiego zostaną nam zaprezentowane na początku przyszłego tygodnia. Jesteśmy nimi zainteresowani - mówi Andrzej Wituski, prezes towarzystwa. Cena nut została ustalona na 18 tys. zł, ale będzie ona jeszcze negocjowana.
          Dr Maciej Jabłoński: - Nuty zostaną szczegółowo zbadane. Sprawdzimy numery katalogowe wydania, numer serii płyt, z których były tłoczone, okładki, bo chcemy się przekonać, czy to rzeczywiście są pierwodruki - zaznacza.
          Towarzystwo im. Wieniawskiego mogłoby kupić od prywatnego kolekcjonera pierwsze wydania "Premiere Polonaise de Concert D-dur op. 4" z 1853 r., "Capriccio-Valse E-dur op. 7" z 1858 r. oraz "2e Grande Polonaise de Concert" z 1875 r. Nuty zostały wydane w Brunszwiku i Paryżu. Do ostatniego z utworów zachował się komplet głosów orkiestrowych, co jest niezwykłą rzadkością.

Nuty z Hollywood
[podpis] JOLANTA BRÓZDA
GW Poznań nr 243, wydanie pop z dnia 17/10/2002 KULTURA, str. 9

Partyturę Henryka Warsa, autora m.in. przeboju "Miłość ci wszystko wybaczy", dostała poznańska Biblioteka Uniwersytecka. To dar od mieszkającej w USA wdowy po kompozytorze. Wkrótce mają być następne

Format zbliżony do A3, bordowa okładka, kartki lekko pożółkłe, oznaczone u dołu napisem: "Lockie Music Exchange 1521 No. Vine Street, Hollywood". Zapełniają je starannie kaligrafowane czarnym atramentem nuty. Na stronie tytułowej dedykacja dla Maurycego Ravela i napis: "Sonatina for orchestra, by Henryk Vars". Widać, że "k" w imieniu ktoś dopisał, bo jest nieco koślawe. Na następnej stronie mamy już podpis "Henry Vars". Tak wygląda partytura, która w ubiegły piątek dotarła do Biblioteki Uniwersyteckiej. Na razie jest jedna, z dołączonym pokaźnym plikiem nut rozpisanych na instrumenty orkiestry. Ale Andrzej Jazdon, kierownik Oddziału Zbiorów Specjalnych BU oraz Pracowni Zbiorów Muzycznych, spodziewa się, że wkrótce nadejdą następne. Historia podarunku jest tajemnicza. Wiadomo, że dzieła Warsa przekazała wdowa po kompozytorze Elizabeth Vars, mieszkająca w Los Angeles. Nie wiadomo, dlaczego wybrała Poznań. - Od związanego z przemysłem filmowym George'a Miltona, pośredniczącego w kontaktach z wdową, dowiedziałem się, że to z nieokreślonych względów osobistych - wyjaśnia Jazdon.

Ale o tym, że nuty Warsa trafiły do Poznania, nie zadecydowały tylko sentymenty. - Od dwóch lat korespondowałem z Miltonem, który szczegółowo wypytywał o warunki magazynowania zbiorów i o moje kompetencje. W końcu obwieścił, że pani Vars zgadza się wysłać nuty do Poznania - opowiada kierownik.

Partytura trafiła do klimatyzowanego i specjalnie strzeżonego magazynu. Czeka na szczegółowe zbadanie. Na razie wiadomo, że to utwór należący do zupełnie nieznanego, klasycznego nurtu twórczości kompozytora. Papier nutowy pochodzi prawdopodobnie z lat 50., partytura została przygotowana do wykonania - świadczą o tym napisane czerwoną kredką numery taktów ułatwiające czytanie dyrygentowi. Niektóre głosy orkiestrowe zostały napisane na kalce. Mogło to świadczyć o przygotowaniach do druku. Trudno stwierdzić, czy nuty pisał sam Wars. Może to pismo jego żony, a może kogoś, komu zlecił kopiowanie.

Andrzej Jazdon liczy, że wszelkie tajemnice wyjaśnią się wraz z nadejściem następnych przesyłek z nutami. Ile ich będzie, czy znajdą się wśród nich nieśmiertelne przeboje i muzyka filmowa Warsa - o tym przekonamy się w przyszłości. W każdym razie jest szansa, że w Poznaniu będziemy mieli największe polskie archiwum rękopisów dzieł Warsa.

WIELKOPOLSKI TYDZIEŃ
Artur Jazdon
[podpis] KATARZYNA KOLSKA
GW Poznań nr 267, wydanie pop z dnia 16/11/2002 - 17/11/2002 OSTATNIA STRONA, str. 20

Sympatyczny człowiek, który planuje swoje życie z kartką i długopisem w ręce. Wyznaje zasadę: co masz zrobić dziś, zrób dziś, i jeszcze 20 procent tego, co masz zrobić jutro. Dzięki temu jest zawsze przynajmniej dwie godziny do przodu. Niezwykle punktualny, dobrze zorganizowany, pracowity - prawdziwy poznaniak, nie tylko z urodzenia. Od 10 lat jest dyrektorem Biblioteki Uniwersyteckiej w Poznaniu, która w tym tygodniu obchodziła 100-lecie istnienia swej siedziby przy ul. Ratajczaka.

Zamiłowanie do książek wyniósł z domu, w którym bardzo długo nie było telewizora. Była za to ogromna biblioteka. - Wszyscy dużo czytaliśmy, a potem toczyliśmy długie dyskusje - przypomina sobie. - Ale kiedy jako mały chłopak dostał na gwiazdkę "Opowieść o szczęśliwym chłopcu", nie mógł przeczytać tej książki, bo twierdził, że jest za gruba - przypomina sobie jego starszy brat Andrzej.

W szkole podstawowej nie zapowiadał się najlepiej - jego wychowawczyni zawyrokowała: nie nadaje się nawet do zawodówki. Poszedł do ogólniaka. - Byłem przeciętnym uczniem - przyznaje szczerze. Wtedy interesowała go głównie piłka nożna - całe godziny spędzał z braćmi i kolegami na boisku.

Na studiach bibliotekoznawczych rozkwitł. Wreszcie mógł się zajmować tym, co go naprawdę interesowało. Indywidualny tok studiów, pierwsze publikacje, prelekcje, referaty. Miał 22 lata, gdy był już magistrem.

Zaraz po studiach trafił do Biblioteki Uniwersyteckiej. Jego zdolności i talenty organizatorskie zauważył ówczesny dyrektor, który już po kilku latach mianował młodego Jazdona wicedyrektorem Biblioteki Uniwersyteckiej. Była to błyskotliwa kariera. 10 lat temu wystartował w konkursie na dyrektora i konkurs wygrał.

Współpracownicy mówią o nim krótko: profesjonalista. Bardzo go szanują, choć mają mu za złe, że wszystko chce zrobić sam, że angażuje się w każde przedsięwzięcie. - Niepotrzebnie traci na to energię i nerwy - mówią. No i nerwy czasami mu puszczają. - Jestem cholerykiem - wyznaje szczerze. - Są dni, gdy musimy na siebie czasami pokrzyczeć, ale to bardzo oczyszcza atmosferę - ocenia Jakub Skutecki z Pracowni Zbiorów Ikonograficznych.

Drzwi jego gabinetu są dla każdego zawsze otwarte. I to nie tylko w przenośni. - Często po prostu ich nie zamykam, by każdy mógł tu śmiało wejść - tłumaczy dyrektor. Ceni rozmowy z pracownikami i liczy się z ich zdaniem. Bijąc się w piersi przyznaje jednak: - Zbyt rzadko mówię im "dziękuję".

Wolny czas i wakacje najchętniej spędza w górach. Wtedy długopis i kartkę rzuca w kąt i pozwala sobie na prawdziwe szaleństwo. - Zdarzyło się, że wyjechaliśmy rano nad morze, a wieczorem byliśmy już w górach - przypomina sobie. Góry to rodzinna pasja. - Przeszedłem całe Tatry polskie i słowackie, Beskidy i Pieniny. Zostały mi jeszcze Bieszczady - wylicza. Nad morze nie lubi jeździć. Na wakacje państwo Jazdonowie nie ruszają się oczywiście bez książek. Sam najbardziej lubi czytać literaturę popularnonaukową, historyczno-przygodową i dzieła Fredry.

Zanim się ożenił, ukończył Studium Rodziny na Papieskim Wydziale Teologicznym, później udzielał się w Duszpasterstwie Rodzin i Stowarzyszeniu Rodzin Katolickich. Żonę Krystynę poznał na studiach, pobrali się tuż przed ogłoszeniem stanu wojennego. Po ponad 20 latach małżeństwa mówią o sobie w samych superlatywach. On: dobraliśmy się pod każdym względem. Ona: jesteśmy bardzo partnerskim małżeństwem. Oboje bardzo cenią życie rodzinne: wspólne spacery (bez względu na pogodę), wakacje, wspólne czytanie książek. - Gdy dzieci były małe, czytaliśmy im na głos, np. Mickiewicza. Dzieci już podrosły: najstarsza Marysia jest na II roku studiów, Grzegorza czeka w tym roku matura, Ksawery jest jeszcze w szkole podstawowej. To właśnie z nim gra często w piłkę i chodzi na mecze Lecha. - Jest wspaniałym ojcem - mówi żona. Wspólnie chodzą też na koncerty czy spotkania Verba Sacra.

Każdego dnia po obiedzie dyrektor lubi wypić filiżankę bardzo mocnej, gorącej herbaty i zjeść "babeczkę domowej roboty". Czyta przy tym gazetę i nie daj Bóg, by ktoś mu wówczas przeszkodził. Lepiej wtedy nie dzwonić i nie przychodzić. Telewizji prawie nie ogląda, śledzi jedynie programy informacyjne i sportowe.

Od czasu gdy przeprowadził się do własnego domu, odkrył w sobie zamiłowanie do ogrodnictwa. - Bardzo mnie to relaksuje - przyznaje.

- Piekielnie ambitny i piekielnie pracowity - mówi o nim Jakub Skutecki. - Dyplomata, który potrafi z każdym się dogadać - oceniają koledzy. - To dobrze, że on kieruje naszą biblioteką, choć dla tych, którzy tu trafili z przypadku, na przeczekanie, jest pewnie solą w oku. Tacy ludzie nie przepadają za szefem pasjonatem - mówi jeden z pracowników biblioteki.

Angażuje się nie tylko w pracę zawodową. Ma żyłkę społecznika. Był radnym pierwszej kadencji. - Kiedy przekonałem się, jak to wygląda od podszewki, zrezygnowałem z ubiegania się o miejsce w radzie podczas kolejnych wyborów. Teraz działa w radzie parafialnej. Organizuje spotkania, prelekcje, wykłady.

Latem minęło 10 lat od chwili, gdy zasiadł w dyrektorskim fotelu. Współpracownicy z tej okazji przygotowali dla niego laurkę-fotomontaż. Ofiarowali mu zdjęcie popiersia cesarza Wilhelma, które przed laty stało w gmachu biblioteki - w miejsce głowy cesarza wstawili głowę Artura Jazdona. - Spodobało mu się to, bo to facet, który ma ogromne poczucie humoru - wspominają koledzy.

Napis na laurce brzmiał: "Bibliotheca Arthuriana".

KATARZYNA KOLSKA

Wielka narodowa
[podpis] KATARZYNA KOLSKA
GW Poznań nr 35, wydanie pop z dnia 11/02/2002 MIASTO, str. 5

Czy za kilka lat studenci polonistyki, historii lub filologii obcej, chcąc skorzystać z Biblioteki Uniwersyteckiej, zamiast na ul. Ratajczaka będą musieli jechać aż na Morasko?
O tym, że Biblioteka Uniwersytecka przy ul. Ratajczaka pęka w szwach, wiadomo od kilku lat. By ratować sytuację, część księgozbioru przewieziono do nowych, nowoczesnych magazynów przy ul. 28 Czerwca 1956. To rozwiązanie, jak twierdzi dyrektor Biblioteki Uniwersyteckiej Artur Jazdon, nie jest najgorsze, ale dość uciążliwe, zwłaszcza dla czytelnika, który musi czasami poczekać kilka dni na zamówioną książkę. Tymczasem książek w bibliotece cały czas przybywa, mimo że od jakiegoś czasu w BU prowadzona jest polityka tzw. przyrostu zerowego. Oznacza to, że część starego księgozbioru usuwa się na rzecz nowych pozycji.

W bibliotekach coraz częściej wykorzystuje się nośniki elektroniczne. Także i pod tym względem Biblioteka Uniwersytecka w stuletnim gmachu, w którym się znajduje, nie ma wielkich perspektyw rozwoju. Oznacza to, że BU musi mieć nową siedzibę. Pytanie: gdzie ją wybudować?

Zdaniem rektora UAM prof. Stefana Jurgi nowa Biblioteka Uniwersytecka powinna mieć charakter biblioteki narodowej. - Narodowej, czyli takiej, która gromadzi wszystko to, co się ukazuje w obszarze naszych zainteresowań. A jednocześnie gwarantuje za pomocą najnowszych technologii dostęp do wszystkiego, co ukazuje się na świecie - tłumaczy rektor.

Dyrektor Jazdon rozwija koncepcję rektora. - Biblioteka taka powinna być miejscem, do którego się chodzi nie tylko po to, aby poczytać. W takim gmachu powinno też znaleźć się miejsce na księgarnię uniwersytecką, kawiarnię, miejsce, w którym mogłyby się odbywać prelekcje, dyskusje, spotkania z autorami, promocje książek.

Zarówno zdaniem rektora, jak i dyrektora, najrozsądniej byłoby wybudować bibliotekę w centrum miasta. Tu jednak uniwersytet nie ma odpowiednich gruntów. Profesor Jurga widzi jednak rozwiązanie tego problemu: w całe przedsięwzięcie budowy biblioteki narodowej mogłoby włączyć się miasto, wskazując jakiś wolny teren w centrum Poznania lub obiekt, który by się nadawał do takich celów. Rektor ma nawet taki gmach na myśli. Gdzie? - Na razie jest za wcześnie, by mówić o tym publicznie - oznajmia tajemniczo.

Jeśli władzom miasta pomysł "małżeństwa" z uniwersytetem nie przypadłby do gustu, pozostaje tylko jedno wyjście: wybudowanie nowej biblioteki na Morasku, na trenach należących do UAM.

Krakowski unikat
22-10-1998
Odkrycie w Poznaniu

W Bibliotece Uniwersyteckiej w Poznaniu odkryto unikatowy egzemplarz kalendarza krakowskiego na 1500 rok (Almanach Cracoviense ad annum 1500), wydanego w Lipsku w 1499 r. przez Wolfganga Stoeckela.

Dyrektor biblioteki, dr Artur Jazdon, poinformował, że jedyny znany egzemplarz tego jednostronicowego kalendarza znajdował się w Bibliotece Jagiellońskiej w Krakowie, lecz zaginął podczas ostatniej wojny. - Jest to astronomiczno-astrologiczny kalendarz lekarski w języku łacińskim, stanowiący jednostronnie zadrukowany arkusz papieru. Był kalendarzem przeznaczonym do wieszania na ścianie. Tekst obejmuje u góry daty kalendarzowe, informacje o fazach księżyca oraz poniżej - o dniach stosownych do puszczania krwi - powiedział Jazdon.

Zdaniem dyrektora Biblioteki Uniwersyteckiej w Poznaniu dr Artura Jazdona, autorem kalendarza był zapewne jeden z medyków krakowskich. Znaleziony w poznańskiej bibliotece egzemplarz obejmuje tylko górną połowę kalendarza, do połowy czerwca. Karta była przyklejona do wewnętrznej strony innego druku, a mianowicie inkunabułu z kazaniami Wann Paulusa "Sermones de tempore", wydanego w Hagenau w 1499 r.

Dr Jazdon przypuszcza, że inkunabuł ten oprawiono zapewne w 1501 r. lub krótko po tej dacie, wykorzystując do wyklejenia okładki nieaktualny już kalendarz. Inkunabuł pochodzi z którejś z bibliotek parafialnych w Wielkopolsce, o czym świadczą zapiski na karcie tytułowej, w których jest mowa o kaplicy św. Wojciecha w Buku oraz o śmierci w 1541 r. ks. Wawrzyńca z Wolsztyna, niegdyś proboszcza Wilczyny.

Odkrycia kalendarza dokonał prof. Wiesław Wydra, pracownik Sekcji Starych Druków Biblioteki Uniwersyteckiej.

NAJLEPSZY PREZENT.../...NAJGORSZY PREZENT
Dr Mikołaj Jazdon   filmoznawca, pracownik UAM
MIKOŁAJ JAZDON
GW Poznań nr 301, wydanie pop z dnia 24/12/2004 - 26/12/2004 PYRANIA, str. 16

..., który dostałem na Mikołaja, był trochę przypadkowy. Ale idealnie trafił w moje gusta i zainteresowania. Tym prezentem był worek wydanych przed wojną książek. Podarowała mi go ciotka. Na dodatek książki miały między kartkami różne stare dokumenty, m.in. tajną mapę okolic Westerplatte z czasów wojny i kartę urlopową "granatowego" policjanta z 1943 r. Karta - po powrocie z urlopu - powinna zostać zwrócona przełożonemu, ale nie została. Dlaczego?

W latach 80. dostałem motorower Simson, który był szczytem marzeń wielu moich kolegów. Ale dostałem go ja, choć wcale o nim nie marzyłem. Zresztą motoryzacja w ogóle mnie nie pociągała. Na dodatek nie bardzo chciałem się wyróżniać, zwłaszcza przy pomocy takiego atrakcyjnego gadżetu. Motorower stał więc w garażu przez kilka lat zupełnie nieużywany. I choć doceniłem go po latach, do dzisiaj uważam go za mój...

Mikołaj Jazdon
Miasto bezprawia
MARCELI PRUSAK KOMENTUJE
GW Poznań nr 283, wydanie pop z dnia 05/12/2003 PYRANIA, str. 14

Mikołaj Jazdon
- urodził się w 1971 r. Filmoznawca, filmowiec dokumentalista, dyrektor artystyczny Międzynarodowego Festiwalu Filmowego "Off Cinema", którego siódma edycja zakończyła się w niedzielę. Ukończył anglistykę i polonistykę na UAM; pracuje w Zakładzie Filmu i Telewizji UAM. Pasjonuje się kinem dokumentalnym. "Filmowiec amator" - jak mówi o sobie; zrealizował kilka dokumentów nagradzanych na festiwalach: "Polonistka", "Autograf" i "Ostatnie spotkanie z Krzysztofem Kieślowskim". Prowadzi Klub Krótkiego Kina w CK Zamek; wydał książkę "Dokumenty Kieślowskiego". Mieszka w Baranowie ze swoją poślubioną w ub. roku żoną Joanną, która jest fotografem i architektem wnętrz. Jutro Mikołaja - obchodzi imieniny.

- Urodziłem się...
W Poznaniu, w Szpitalu im. Raszei.

- Moje ulubione miasto to...
"Miasto bezprawia" Johna Forda.

- Moja ulubiona dzielnica Poznania to...
Stare Miasto, szczególnie okolice ul. Kopernika, gdzie przeżyłem wiele wspaniałych dni dzieciństwa.

- Jaki teatr wolę - Polski czy Nowy?
Najczęściej odwiedzam Teatr Ósmego Dnia.

- Wolę czytać Prusa czy Prousta?
To zależy od nastroju czy może raczej potrzeby ducha. Bardzo lubię oglądać telewizyjny serial "Lalka" zrealizowany przez Ryszarda Bera.

- Kiedy ostatni raz byłem na meczu Lecha?
To doświadczenie mam wciąż przed sobą. Do stadionu Lecha zbliżam się tylko, gdy udaję się do archiwum lub na salkę projekcyjną Art Filmu.

- Piję piwo marki...
Nie jestem przywiązany do jednej marki, ale gdybym musiał wybierać, to pewnie wybrałbym Tyskie.

- Na co wydałem pierwsze zarobione pieniądze?
Pierwsze pieniądze zarobiłem za granicą (jeszcze w liceum), zbierając cebulki tulipanów na polu w Holandii. Wydałem je na zakup "malucha".

- Czy do pracy zabieram sznytki?
Czasami, ale najchętniej wyskakuję do ciastkarni na rogu po drożdżówki, za którymi przepadam. Właściwie powinienem powiedzieć "szneki", ale te kupowała mi babcia w dzieciństwie i od tej pory na podobne smakołyki już nigdy nie natrafiłem.

- Gdy wracam do domu, to zakładam dres i laczki?
Nie. Ten rytuał odprawiałem w epoce szkoły podstawowej. Nie wiem dlaczego, ale bardziej niż z poznańskością kojarzy mi się on z tamtym okresem, bardzo szarym czasem lat 80.

- Kiedy wychodzę z pokoju, to gaszę światło?
Staram się. Poznańska oszczędność i solidność to cechy, które wysoko cenię.

- Co robię z makulaturą?
Gromadzę przy biurku z nadzieją, że w końcu znajdę czas, by przejrzeć gazety odkładane tydzień za tygodniem.

- Czy w niedzielę idę z rodziną na słodkie?
Jak przystało na łasucha, uważam, że na słodkie jest dobry każdy czas.

- Czy daję jałmużnę?
Tak, ale nigdy, gdy podejrzewam, że mam do czynienia z naciągaczem.

- Czy jem wołowinę?
Tak.

- Jak często płacę mandaty?
Trzy razy do roku: przed Wigilią, Wielkanocą i w dniu moich urodzin.

- Co po poznańsku znaczy grycha?
Może gruszka? ["Słownik gwary miejskiej Poznania": grycha - bułka]

- Kiedy kłamię?
Kiedy mam pewność, że moje kłamstwo zostanie natychmiast odkryte i rozpoznane jako żart.

Pytania, na które dzisiaj odpowiedział Mikołaj Jazdon, nie krążyły w XIX w. wśród bywalców europejskich salonów. Ani razu nie mógł więc na nie odpowiedzieć Marcel Proust, który na najbardziej znany zestaw salonowych pytań, zwany dziś kwestionariuszem Prousta, odpowiadał dwa razy. A ponieważ zestaw naszych pytań bada cechy przypisywane mieszkańcom byłego zaboru pruskiego, nazywamy go dla odmiany kwestionariuszem Prusaka.

MARCELI PRUSAK KOMENTUJE
Polonista, co "Lalkę" ogląda, a nie czyta? Poznaniak, który rodził się w Szpitalu im. Raszei, a nie na Polnej? I miasto bez prawa mu się marzy? To czemu płaci mandaty, wzdycha za szneką i ceni solidność, tudzież oszczędność? Oj, rozdwojona to osobowość, co wyszło w życiu jak szydło z worka - bo z niego i naukowiec, i artysta.

Włóczę się gdzieś
ROZMAWIAŁ MARCIN KOWALSKI
GW Bydgoszcz nr 166, wydanie byb z dnia 18/07/2003 ŚWIĄTEK, PIĄTEK, str. 8

Jak się zrywa mandarynki i śpi w namiocie, kiedy temperatura sięga minus 55 stopni? O swoich podróżach opowiada ratuszowy urzędnik i polarnik w jednej osobie - Wojciech Jazdon , Bydgoszczanin. Ma 38 lat. Absolwent poznańskiego UAM. Ukończył prawo, zrobił aplikację radcowską. Karierę zawodową rozpoczynał jako młody prawnik w bankowości, był też pilotem wycieczek zagranicznych. Od 1995 roku pracuje w bydgoskim Urzędzie Miasta: zaczynał jako doradca i asystent wiceprezydenta Grzegorza Schreibera, szybko awansował i został zastępcą dyrektora wydziału spraw obywatelskich. Tę funkcję sprawuje już od dziewięciu lat. Jazdon jest nie tylko urzędnikiem, ale również polarnikiem, alpinistą i podróżnikiem. Zwiedził kilkanaście krajów, brał udział w wielu bardzo ciężkich polarnych wyprawach. Ma na swoim koncie niemałe sukcesy: * pierwsze polskie zimowe przejście Islandii, * pierwsze na świecie dwukrotne przejście Spitsbergenu dwoma różnymi trasami (1100 kilometrów, 55 dni), * drugie polskie przejście Zatoki Botnickiej na pograniczu Szwecji i Finlandii po zamarzniętym morzu, * pierwsze polskie przejście z Kanady na Grenlandię przez zamarznięte morze, szlakiem wędrówki Eskimosów (24 dni, czterysta kilometrów). Laureat Feliksa - nagrody "Gazety Wyborczej" dla ludzi sukcesu w 2001 roku. Ceni swoją prywatność. Żonaty, jedno dziecko. mko

Marcin Kowalski: Żar leje się z nieba, urlopowicze łapią każdy słoneczny promień, a pan wybiera się w podróż pociągiem na wschód Rosji, gdzie temperatura ledwo dochodzi do piątego stopnia. Po co to?

Wojciech Jazdon: Właśnie wróciłem z wyprawy na Wyspy Sołowickie. Odwiedziłem Karelię, ogromny obszar jezior i rzek (172 tysiące kilometrów kwadratowych) w Rosji, na północ od Petersburga. Po co? Żeby się odstresować, nabrać dystansu, zobaczyć kolejne miejsca, podziwiać zachody słońca oraz niesamowite klasztory prawosławne. Tam, gdzie byłem, natrafiłem też na łagry, w których zginęło tysiące ludzi, w tym Polaków. Przez to ta wyprawa nabrała szczególnego wymiaru.

Przeszedł pan po zamarzniętej ziemi tysiące kilometrów. Jak reagują na to współpracownicy? Podziwiają czy patrzą, jak na wariata?

Reakcje są różne. Najczęściej spotykam się z życzliwością i wyrozumiałością. Nie czuję się jak gwiazda, choć mam na swoim podróżniczym koncie wiele sukcesów. Nie chwalę się tym zbytnio, bo robię to wszystko tylko dla siebie. Chociaż oczywiście w ratuszu wszyscy wiedzą, że Jazdon to podróżnik i włóczy się gdzieś po Grenlandii.

A ciepłe kraje też pan lubi?

Oczywiście. Podróżuję nie tylko w rejony koła polarnego. Marzyłem kiedyś, żeby zwiedzić Grecję. Znalazłem prosty sposób: pojechałem tam do pracy. Zrywałem mandarynki i pomarańcze. A po godzinach - zwiedzałem Grecję.

Jak się zrywa mandarynki?

To skomplikowane. Żniwa mandarynkowe są w styczniu i w lutym, u nas zima w pełni. Wcześnie rano na liściach gromadzi się woda, która leci z drzew na głowy. Ale trzeba pracować, bo w południe upał robi się nie do zniesienia. Ciekawa jest też sama technika zrywania: nadcinamy paznokciem szypułkę, delikatnie, żeby nie naruszyć skórki owocu. Nie jest to łatwe i nie było z tego kokosów. Dużo więcej zarabiałem za to w Anglii, gdzie byłem praczką, budowlańcem i ogrodnikiem oraz w Szwecji jako pomocnik farmera. Oprócz tych krajów pracowałem w Niemczech. Tam sprzedawałem cukierki na wszystkich możliwych festynach, w których nasi zachodni sąsiedzi się lubują.

Skąd u pana takie zamiłowanie do zimna?

To jest zamiłowanie do zimy i do podróży. Zaczęło się od rodziców. Jeździliśmy naszym wysłużonym trabantem na Mazury, Wybrzeże, w góry, a nawet do Czechosłowacji, Rumunii, Bułgarii i na Węgry. Na mnie jednak największe wrażenie zrobiły Tatry zimą. Pamiętam swoją pierwszą "dorosłą" wyprawę w zimowe Tatry. Niesamowite uczucie: odkryłem, że góry są tylko dla mnie! Znikają ze szlaków tłumy turystów, a zostają ośnieżone skały, cisza i ja. Rozbijam namiot, podziwiam zachód słońca. Kocham to.

Na Grenlandii też śpi pan w namiocie?

Oczywiście. To taki specjalny namiot norweskiej produkcji. Normalny namiot nie wytrzymałby grenlandzkiej temperatury.

Jaką najzimniejszą noc pan pamięta?

Minus 55 stopni podczas wyprawy z Kanady na Grenlandię.

Jak tu zasnąć, kiedy taki mróz?

Ruchy są ograniczone, no i trzeba założyć na siebie wszystko, co się ma w plecaku. Nie można się jednak spocić, bo pot momentalnie zamarznie. No i koniecznie chowamy się do specjalistycznego śpiwora.

Na taką wyprawę bierze pan ze sobą jakieś amulety?

Zawsze mam w plecaku zdjęcia bliskich i książki. Pamiętam, że na Grenlandię wziąłem kodeks postępowania cywilnego, uczyłem się na egzamin radcowski.

Gdzie jeszcze chce pan się wybrać?

Mam w planach kilka szczytów w Ameryce Południowej.

ROZMAWIAŁ MARCIN KOWALSKI

CZWARTA WYPRAWA POLARNA WOJCIECHA JAZDONA
Na kraniec świata
[podpis] ANDRZEJ TYCZYNO
GW Bydgoszcz nr 100, wydanie byb z dnia 28/04/2000 TEMATY DNIA, str. 2

Kiedy tak idzie się po lodzie dzień w dzień, inaczej patrzy się na świat. Okazuje się, że nie zawsze trzeba pędzić, aby dojść do celu - mówi bydgoszczanin Wojciech Jazdon, który właśnie pokonał morderczą trasę z brzegów kanadyjskiej Wyspy Ellsmere'a na Grenlandię.

Na co dzień pełni funkcję zastępcy dyrektora wydziału spraw obywatelskich w bydgoskim ratuszu. Aż trudno uwierzyć, że ten opanowany mężczyzna, mówiący cichym głosem, ze spokojnego urzędnika przeobraża się w wytrawnego podróżnika. I niestraszne mu polarne niedźwiedzie, mróz i zmęczenie.

Szlakiem Eskimosów, czyli o czym polarnik marzy

Myśl o wyprawie na Grenlandię zakiełkowała trzy lata temu na Spitsbergenie. - Zrodził się wtedy pomysł, żeby przejść trasą, którą pięć tysięcy lat temu pokonali Eskimosi. Żaden Polak wcześniej tego nie dokonał - wspomina Jazdon. Wizja eskapady spodobała się trzem innym podróżnikom: doświadczonemu polarnikowi Wojciechowi Moskalowi, dziennikarzowi "Gazety Wyborczej" Adamowi Wajrakowi i Jackowi Jezierskiemu. Nie przeraziła ich ani mordercza wędrówka po torosach (wielkich bryłach lodu), ani niebezpieczna połynia (wdzierający się w lód jęzor wody).

W czwórkę rozpoczęli przygotowania, zrazu nieśmiało badali grunt, później przystąpili do intensywnej pracy. - Rok przed wyprawą żyliśmy już tylko nią. Taka ekspedycja to gigantyczne przedsięwzięcie: trzeba poszukać sponsorów, załatwić ubezpieczenie, nagrać połączenia samolotowe, ustalić listę zakupów, wreszcie kupić sprzęt, broń, jedzenie - wylicza Jazdon. - A zadanie mieliśmy utrudnione, bo mieszkamy w różnych miastach - dodaje.

Worki na stopach, czyli co polarnik nosi

Dobry ekwipunek to przynajmniej połowa sukcesu polarnika. Niezmiernie ważny jest odpowiedni strój. - Na stopy wkładamy cieniutką skarpetkę antypotną, na nią worek foliowy, później jeszcze jedną skarpetę, ale grubszą. Dopiero wtedy można przywdziać botek z materiału przypominającego filtr i but z cordury, która nie obciera nogi - zdradza bydgoszczanin. Worki zmienia się co dwa dni, skarpetki niekoniecznie. - Po co? Przecież i tak nie myjemy w tym czasie nóg - śmieje się.

Uczestnicy wyprawy ubierali się "na cebulę". Nogi przed zimnem chroniły im antypotne kalesony i polarowe spodnie. - Kiedy wiało, zakładaliśmy nieprzewiewne spodnie - mówi Jazdon. Jego strój stanowił ponadto specjalny podkoszulek i polar, czasami na wierzch wkładał nieprzewiewną kurtkę, a podczas postojów puchową. - W czasie marszu nie wolno się przegrzewać. Trzeba chodzić "na lekkim chłodzie". Pot i zawilgocenie bardzo utrudniają życie - tłumaczy bydgoski podróżnik.

W ekwipunku nie może też zabraknąć rękawic polarowych (niektórzy noszą nawet trzy pary), czapki i okularów bądź gogli. - Promieniowanie słoneczne jest bardzo niebezpieczne. Bez okularów można dostać ślepoty śnieżnej - twierdzi Jazdon.

Liofilizat, czyli co polarnik je

Żeby przeżyć, trzeba jeść. Polarnicy nie mogą sobie jednak pozwolić na jakieś frykasy, bo jedzenie dużo waży. A spiżarnię sami przecież ciągną na saniach. Dlatego dzienna racja żywnościowa jest niewielka. - Na śniadanie jedliśmy 100 g mleka w proszku i tyle samo muesli. Podczas marszu posilaliśmy się tabliczką czekolady i dwoma wafelkami. Kolacja była bardziej obfita: 100 g pemikanu, czyli bardzo kalorycznego tłuszczu, 100 g "wypełniacza" (makaronu, kaszki kuskus lub puree) i 100 g liofilizatu, czyli mięsa, z którego odciągnięto wodę - wylicza Jazdon. Podróżnicy dużo pili - w trasę zabierali cztery termosy z herbatą.
Ekwipunek uzupełnia paliwo do kuchenki, sanki - tzw. pulki - i narty śladowe, wzbogacone o sztuczne tworzywo zapobiegające ślizganiu się na lodzie, tzw. foki. Na początku eskapady najcięższe sanki z bagażem ważyły prawie 100 kg. Pociągnięcie takiego ciężaru wymaga dużo siły. - Dlatego przed wylotem dużo jeździłem na rowerze, robiłem pompki i ćwiczyłem na drążku. To najlepsza zaprawa, znacznie korzystniejsza dla organizmu niż dźwiganie ciężarów w siłowni - uważa pracownik bydgoskiego magistratu.
Dużo czasu na myślenie, czyli dzień polarnika

Polacy wyruszyli 18 marca z Fiordu Alexandra na Wyspie Ellsmere'a w Arktyce Kanadyjskiej. Czekało ich 27 dni wędrówki. Mieli szczęście, bo trafili na wyjątkowo łagodną zimę w Grenlandii. - Ale początkowo mróz był siarczysty. W nocy przekraczał minus 40 stopni. Żeby się ogrzać, spaliśmy więc w jednym namiocie - opowiada Jazdon.
Każdy dzień polarnicy zaczynali przed 6.00. Jedli śniadanie, zwijali obóz i trzy godziny później ruszali w drogę. Dziennie pokonywali kilkanaście kilometrów. Po dwóch godzinach marszu robili sobie pół godziny przerwy. Wędrowali do 18.00, później rozbijali namioty, jedli kolację, naprawiali sprzęt i o 22.00 kładli się spać. - Przy takim kieracie wolnego czasu zostaje niewiele. Ja poświęcałem go głównie na robienie notatek, przeczytałem też opowiadania Hrabala - mówi bydgoszczanin.

Podczas wędrówki różne rzeczy przychodzą człowiekowi do głowy. - Można lepiej dostrzec, co w życiu jest naprawdę ważne. Myślałem sobie tak: 20 km pokonuję w dobę, przebiegłbym je w dwie godziny, na rowerze pokonał w godzinę, a autem w parę minut. Ale idąc wolniej i tak dotrę do celu. A więcej zobaczę. W tym świetle nasza codzienna gonitwa nie ma sensu - twierdzi Jazdon. - Dużo myślałem też o rodzinie - żonie Ani i 2-letniej córeczce Maryni.

Traczyki w gębie, czyli polarnik u Eskimosów

9 kwietnia polska ekspedycja dotarła do Siorapaluk, położonej najdalej na północ eskimoskiej osady. Mieszka w niej ok. 60 osób. - Oczywiście nie w igloo, bo te występują już tylko w bajkach, ale w drewnianych domkach. W każdym jest telewizor, wieża i magnetowid. Co ciekawe, Eskimosi bardzo słabo znają język duński, choć do tego kraju należy Grenlandia, i angielski. Oglądają więc filmy, nie rozumiejąc słów - mówi bydgoski podróżnik.

Nasi polarnicy także mieli problem z porozumiewaniem się z gospodarzami. Ci jednak byli bardzo życzliwi. - Żyją prosto, ale szczęśliwie. Może dlatego, że nie czyha na nich tyle pokus? - zastanawia się Jazdon. Polacy uczestniczyli rzecz jasna w eskimoskiej uczcie. Smakowała im i wątroba z morsa, i surowe mięso halibuta, ale na samą myśl o traczykach do dziś dostają ciarek. - To ptaki, które Eskimosi zabijają i po 300-500 sztuk wkładają do wyprawionej foczej skóry. Później całość gnije przez kilka miesięcy. Ale oni tym się wręcz delektują. Brr - wstrząsa się bydgoszczanin.

Z Siorapaluk podróżnicy dotarli do Qaanaaq. W nogach mieli wtedy ok. 400 km.

- To znacznie większa osada, z hotelem, szpitalem, a nawet domem starców - mówi Jazdon. Znajduje się tam również kościół. Eskimosi są protestantami. Chrystusa przedstawiają w skarpetkach, bo w głowie im się nie mieści, że mógł chodzić tylko w sandałach. - Kiedy kilka wieków temu misjonarze próbowali straszyć piekłem autochtonów, ci cieszyli się na samą myśl o ciepłym miejscu - opowiada polarnik.

Zaczęło się od gór, czyli jak zostać polarnikiem

Wojciech Jazdon ma 35 lat. Jako nastolatek jeździł w Tatry. - W 1991 roku pierwszy raz wspinałem się zimą. Bardzo mi się spodobało. Z czasem, m.in. pod wpływem książek Centkiewiczów, zacząłem obracać się w kręgu polarników - opowiada. Na efekty nie trzeba było długo czekać. W 1994 roku bydgoszczanin przeszedł Zatokę Botnicką na Bałtyku, rok później pokonał skutą lodem Islandię, wreszcie w 1997 roku wybrał się na Spitsbergen. - Żona nie może oczywiście przyklasnąć mojej pasji, ale chociaż próbuje ją zrozumieć. Za to jestem jej wdzięczny - mówi podróżnik.

ANDRZEJ TYCZYNO

Rawicka skarbówka najlepsza w kraju
Michał Wiśniewski
Radio ELKA     20-12-2006

Urząd Skarbowy w Rawiczu najlepszy w Polsce. Najwyższe miejsce w dzisiejszym rankingu przyznała skarbówce z Rawicza Gazeta Prawna i ministerstwo finansów. Urząd został uznany za najbardziej przyjazny w kraju.

Ranking Gazety Prawnej jest najbardziej prestiżowym zestawieniem urzędów skarbowych w Polsce. Patronuje mu resort finansów. W tym roku w zestawieniu tryumfują urzędnicy z Rawicza.
- Od pięciu lat staramy się robić wszystko, by pomagać klientom. Po raz pierwszy zaszliśmy tak wysoko i bardzo się z tego cieszymy - powiedziała Radiu Elka Maria Borowa, wicenaczelnik Urzędu Skarbowego w Rawiczu.
Skarbówka wyprzedziła w zestawieniu 399 innych placówek w Polsce. Recepta na sukces? - Robić wszystko by klient czuł się tak jak my sami chcemy się czuć, gdy stajemy przy okienku - wyjaśnia naczelnik Borowa. Jeden z pomysłów, który urzekł twórców rankingu to e - mailowa obsługa petentów.
- Ta korespondencja rzeczywiście u nas działa. Radzimy i wyjaśniamy każdemu, kto tylko poda nam swój adres elektroniczny - dodaje M. Borowa.
Wśród wielkopolskich skarbówek wysokie czwarte miejsce zajął urząd z Gostynia, który już wcześniej miał okazję bycia liderem ogólnopolskiego rankingu.

Michał Wiśniewski

Rawicka skarbówka najlepsza w kraju
Radio ELKA - audycja radiowa wyemitowana 27.12.2006 - w porannych rozmowach ELKI

Redaktor pani Elżbieta Szpecht-Rutecka przeprowadziła wywiad z Zastępcą Naczelnika Urzędu Skarbowego w Rawiczu - panią Marią Borową. Tematem wywiadu były wyniki III Krajowego Rankingu Urzędów Skarbowych przeprowadzonego przez Gazetę Prawną, w którym w kategorii "Urząd Przyjazny Podatnikowi" Urząd Skarbowy w Rawiczu zajął 1 miejsce
do wysłuchania wywiad z Marią Borową (plik: audycja_06_27.mp3; 6.95MB).
Audycji można wysluchać pod adresem: http://www.usrawicz.pl/www/prasa.htm klikając na
< więcej >

Wielki sukces skarbówki!
08.11.2005.

Niedawno pisaliśmy o tym, że Urząd Skarbowy w Rawiczu zakwalifikował się do dwóch prestiżowych konkursów dla urzędów administracji publicznej. Dziś już wiemy, że rawicka skarbówka należy do najlepszych w Polsce!

Przypomnijmy, że we wrześniu br. rawicki urząd skarbowy został zakwalifikowany do dwóch konkursów dla instytucji administracyjnych. Pierwszy dotyczył najbardziej nowoczesnych urzędów administracji rządowej, a drugi najbardziej przyjaznych urzędów administracji rządowej w roku 2005.

Rawicz znalazł się w doborowym towarzystwie wielu centralnych urzędów. Po audytach, które zostały przeprowadzone na początku października, okazało się, że urząd z prowincji z łatwością poradził sobie z rywalami z całej Polski, w tym nawet ze stolicy.

- Właśnie uzyskaliśmy informację, iż zdobyliśmy nagrodę w konkursie na najbardziej przyjazny urząd, a w konkursie, gdzie zbadano naszą nowoczesność nominowano nas do nagrody - mówi Maria Borowa, z-ca naczelnika US w Rawiczu.

Najlepsza skarbówka w regionie
08.06.2006.

Urząd Skarbowy w Rawiczu (na zdjęciu) został ponownie wyróżniony przez przedsiębiorców w konkursie "Urząd Skarbowy Przyjazny Przedsiębiorcy" organizowanym przez Ministerstwo Finansów i Business Centre Club.

Wyróżnienie zostało przyznane w siedzibie Izby Skarbowej w Poznaniu. Odbyło się tam podsumowanie czwartej edycji konkursu "Urząd Skarbowy Przyjazny Przedsiębiorcy". Konkurs organizują Ministerstwo Finansów i Business Centre Club. Urząd Skarbowy w Rawiczu jako jedyny przedstawiciel regionu leszczyńskiego został wyróżniony w tej edycji. W sumie jest to drugie wyróżnienie dla rawickiego urzędu w dziejach tego konkursu.

- Tym samym przedstawiciele środowiska biznesu potwierdzili wysoką jakość pracy urzędu i rzetelność współpracy z przedsiębiorcami - mówi portalowi "PL" Maria Borowa, z-ca naczelnika US w Rawiczu.

16, (3) 2000 - Jesień
Maria Jazdon
Karkonoskie rekolekcje           

Ciężkie plecaki, codzienna modlitwa, godziny marszu, nauka gotowania i rąbania drewna, czyli jak przeżyliśmy

Mogło się nie udać. Niecały miesiąc przed wyjazdem zmieniliśmy lokum, animatorzy znaleźli się dość późno, nie było pogody. A jednak okazuje się, że "nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło.

W rekolekcjach brała udział młodzież z naszej parafii. Zamieszkaliśmy na początku lipca w chatce AKT, czyli Akademickiego Klubu Turystycznego. Mały problem mieli ci, którzy chcieli do nas napisać lub oczekiwali na telefon. Chatka ta leży bowiem w centrum gór i jest pozbawiona prądu, gazu i adresu. Myliśmy się w zimnej wodzie, co nie było zbyt przyjemne, ponieważ temperatura otoczenia też nie była najwyższa. Nie zraziło to jednak 25 osób, które dzielnie stawiły czoła różnym przeciwnościom.

Pierwszego dnia podzieleni zostaliśmy na grupy, którymi kierowali animatorzy: Diana, Anita i ks. Tomasz. Codziennie, chętniej lub mniej radośnie, wychodziliśmy na długie wędrówki w góry. O tym, że spędzaliśmy na szlakach wiele godzin, świadczyły odciski na stopach i stan naszego obuwia. Braliśmy też udział w spotkaniach, których głównym tematem była samotność, i w wieczornych Mszach św., często odprawianych na dworze, w otoczeniu gór, gdzie w specyficzny sposób można dostrzec potęgę Boga. Nieodłączną częścią dnia była "szkoła śpiewu", na której do wydawania z siebie głosu dopingować trzeba było, co dziwi, nie chłopaków, lecz dziewczyny. To, czego nauczyliśmy się na "szkole śpiewu", prezentowaliśmy na Mszy św. i wieczornych spotkaniach przy ognisku. Do perfekcji opanowaliśmy śpiewanie modlitwy przed jedzeniem i... "Pszczółki Mai". Codziennie jedliśmy wspólnie śniadania i kolacje, podczas których dominującymi potrawami były pasztet i konserwa turystyczna (co niektórym po kilku dniach przestało się podobać). Na obiad, który każda grupa przygotowywała sobie sama, najczęściej braliśmy "ukochane" przez większość zupki chińskie. Dodam, że duża część wróciła do Poznania.

Doskonały test naszego sprzętu turystycznego odbył się w drodze na Szrenicę. Pogoda była zimowa. Padał deszcz, mgła zasłoniła góry, wiał przenikliwy wiatr, a temperatura na szlaku wynosiła około 0° C. Nieprzemakalne buty, plecaki i kurtki okazały się, niestety, niewystarczające jak na panujące warunki. Po dotarciu na Szrenicę rzuciliśmy się na ciepłe jedzenie, grube koce i gorącą wodę pod prysznicami. Kilkanaście godzin zajęło nam wyżymanie i suszenie rzeczy, ale mimo wszystko sporo osób wracało następnego dnia, niosąc w plecaku lub na sobie wilgotną odzież.

Po tygodniu odizolowania od cywilizacji (co trudno powiedzieć o grupie księdza, która niemalże codziennie przebywała w czeskich i polskich lokalach oraz schroniskach, sprawdzając stan swojego podniebienia) przenieśliśmy się do Szklarskiej Poręby. Przez 5 dni żyliśmy pod jednym dachem z ministrantami z naszej parafii. Mieszkając w tej miejscowości, poznaliśmy trochę Góry Izerskie, niektórzy byli też w hucie szkła i w Muzeum Ziemi (gdzie chętnie wydawaliśmy ostatnie oszczędności, kupując szklane figurki lub różne minerały).

Figla spłatała nam pogoda. Przez 12 dni rekolekcji częściej spotykaliśmy deszcz niż słońce, co na szczęście nie powodowało niechęci do życia. Brak pogody wynagradzaliśmy sobie długimi rozmowami, głośnym śpiewem, graniem w karty i kości oraz opowiadaniem dowcipów.

Nie obyło się bez śmiesznych incydentów. Na przykład część osób musiała zjeść przypalony przeze mnie ryż (przepraszam!!!), kolega student podczas rozmowy o małżeństwie filozoficznie stwierdził, że "a latka lecą", 8- osobowa grupa gotowała obiad na trasie przez 3 godziny, a nasza koleżanka została wyrzucona z czeskiego sklepu, nie wiedząc nawet, co złego zrobiła.

Mam nadzieję, że z wyjazdu pozostaną nam w pamięci zarówno wiadomości, które usłyszeliśmy od animatorów, jak i przyjaźnie, których zawiązało się całkiem sporo. Po takiej wyprawie łatwiej jest docenić rzeczy, bez których nie wyobrażamy sobie życia. Najważniejsze jest jednak to, że nie uważamy tego czasu za stracony.

23, (2) 2002 - Boże Narodzenie
Maria Jazdon
Mam ochotę na chwileczkę... wyciszenia

Piątkowy wieczór idealnie nadaje się na wyjście do kina, spotkanie ze znajomymi, zrobienie zaległych porządków lub bierny odpoczynek przed telewizorem. Można jednak spędzić go jeszcze inaczej...

Od czasu do czasu w ogłoszeniach parafialnych pojawia się informacja o piątkowych spotkaniach modlitewnych. To krótkie zaproszenie może intrygować lub umknąć w gąszczu innych, dlatego też postaram się przybliżyć ideę tych spotkań.

Pomysł narodził się kilkanaście miesięcy temu. W tej chwili w odbywających się co dwa tygodnie spotkaniach bierze udział około 20 osób. Swoim kształtem spotkania modlitewne przypominać mają czuwania ekumenicznej wspólnoty Taize, która rokrocznie zaprasza młodzież z całego świata na Europejskie Spotkania Młodych, a ponadto gości pielgrzymów, przybywających bezpośrednio do francuskiej miejscowości Taize. Głównym punktem wszystkich tych spotkań jest wspólna modlitwa medytacyjna, oparta na śpiewie kanonów i rozważaniu krótkich fragmentów Pisma świętego. W centralnej części wspólnej modlitwy jest niepowtarzalna chwila spotkania z Bogiem: długi czas ciszy.

W piątkowy wieczór także i my, przy zapalonej świecy- znaku obecności Chrystusa- i ikonie przedstawiającej Maryję, gromadzimy się, aby poprzez śpiew (głównie taizowskich kanonów, ale nie tylko), rozważanie Pisma świętego, a także wspólną spontaniczną modlitwę, przeproszenia, uwielbienia, prośby i dziękczynienia, chwalić Boga i spotkać się z Nim w takiej właśnie wspólnotowej modlitwie. Jest ona doskonałą okazją do wyciszenia się i spojrzenia z dystansem na swoje życie. Modlitwa spontaniczna wyraża to, co kryje się w naszych sercach. Myślę, że spotkania takie są naprawdę potrzebne, o czym świadczy fakt, że przychodzi na nie dużo uczniów, studentów, a nawet tych, którzy studia mają już za sobą. Poza tym wypełniają one pewną lukę, jaka istniała jeszcze kilkanaście miesięcy temu, a która spowodowana była tym, że obecne były w życiu parafii - i do dziś zresztą są - duszpasterskie grupy młodzieżowe, nastawione na poszerzanie wiedzy religijnej, a brakowało grupy typowo modlitewnej. Pragnę jednak zaznaczyć, że ciągle jeszcze poszukujemy własnej formuły tych spotkań, staramy się je udoskonalać i gotowi jesteśmy na wszelkie propozycje zmian, aby nasze czuwania mogły pomóc w kształtowaniu życia wewnętrznego ich uczestników.

Wszystkich chętnych, którzy uważają, że "nic nie pomaga człowiekowi bardziej niż modlitwa" (św. Filip), tych, którzy chcieliby się o tym przekonać, zapraszamy na spotkania modlitewne co drugi piątek na godzinę 20.15 do salki nad zakrystią.

Historia, która może nauczyć
Jarosław Kordziński
II nagroda w kategorii esej, artykuł publicystyczny
"Historia, która może nauczyć" Jarosław Kordziński (godło Ziemia, Krokowa)

Po nieudanych próbach kompleksowego zagospodarowania terenu byłej budowy Elektrowni Jądrowej "Żarnowiec", a także po latach milczenia odnośnie rozwoju energetyki jądrowej w Polsce, dziś coraz częściej słychać o potrzebie powrotu do pomysłu reaktywowania lokalizacji oraz budowy nowej elektrowni jądrowej w Żarnowcu.

W związku z powyższym wszystkim zwolennikom powrotu do wspomnianej koncepcji niniejszy tekst poświęcam.

* * *

"Pewnego dnia wczesną wiosną 1980 roku mój dziadek rozpalał ogień w piecu chlebowym. W tym czasie przyszedł do nas pewien mężczyzna z propozycją podjęcia pracy przy przyszłej budowie (...) Już wtenczas na rozwijającej się budowie pracowało bardzo dużo ludzi. Ale wraz z tym z każdym niemalże dniem z naszej pięknej i malowniczej wioski robiła się wiocha. Było to coś strasznego."

Tak oto rozpoczęły swoją pracę, nadesłaną na konkurs "Nasza gmina" dwie jego laureatki, bliźniaczki Teresa i Urszula Hochszulc. Konkurs rozpisany został przez Gminną Samorządową Inicjatywę Kulturalno-Oświatową w Krokowej i miał na celu zebranie spostrzeżeń oraz literackich opinii młodych mieszkańców gminy na temat świata, w którym przyszło im żyć. Spośród mnogości prac omawiających czas teraźniejszy i przeszły krokowskiej gminy do najbardziej frapujących należały bez wątpienia te, które dotyczyły byłej budowy EJ"Ż".

"Na początku lat 80-tych w pobliżu Lubkowa rozpoczęto budowę EJ"Ż", której do końca na szczęście nie zbudowano. Budowa ta zniszczyła dużo terenu i pochłonęła olbrzymie ilości pieniędzy (...) Zniszczona została też wioska Kartoszyno." - tak o wspomnianej inwestycji napisała Irena Mutka z położonego na brzegu Jeziora Żarnowieckiego Lubkowa.

Nauczyciele zachęcający swoich uczniów do udziału w konkursie nie narzucali sposobu rozumienia tematu. Nasza gmina to nasza gmina. Jedno z dzieci napisało, jak fajnie być wójtem, pić herbatę i cieszyć się, że ludziom żyje się coraz lepiej. Ktoś inny opisał sztorm obserwowany z plaży w Dębkach. Jeszcze inny próbował wytłumaczyć, skąd wzięła się nazwa miejscowości Sławoszyno. Znaczna część prac była mniej czy bardziej obrobioną literacko prezentacją terenów gminy przepisaną niemal w całości z przewodników bądź innych opracowań turystycznych. Najbardziej jednak wstrząsające były opisy oparte na własnych przeżyciach.

Bliźniaczki Urszula i Teresa tak wspominają pierwsze kontakty mieszkańców swojej wioski z budową: "... nasze życie stało się koszmarem. Z każdym dniem wioska Kartoszyno przeobrażała się w jedną wielką budowę. Piękne zielone łąki i pastwiska zmieniły się w potężne kotłownie i baraki. Natomiast grunty rolne były zalewane betonem (...) Moja babcia z dziadkiem mieli ogromny sad, w którym rosło ok. 300 drzew owocowych. W okresie dojrzewania owoców sad zlikwidowano."

Budowa nie wywołałaby zapewne tylu emocji, gdyby ja ostatecznie ukończono. Nie stało się tak jednak i na wiele lat - praktycznie po dziś dzień większość placu byłej budowy to betonowa pustynia. Tak też określił stan wspomnianej inwestycji, w wywiadzie udzielonym dla lokalnej gazety, Piotr Książek - pierwotnie zatrudniony jako budowniczy, z czasem, po zawieszeniu inwestycji pełniący tu funkcje głównego inżyniera zespołu analiz ekonomicznych i restrukturyzacji.

Wspomniany wywiad przeprowadzony został w lutym 1993 roku, kiedy to na budowie trwał około miesięczny strajk załogi likwidowanej, lecz nie restrukturyzowanej inwestycji. Strajk, popierany przez miejscowych rolników oraz miejscowe władze samorządowe zakończył się pełnym sukcesem. Zgodnie z życzeniami strajkujących znowelizowano słynną uchwałę Rady Ministrów nr 204 z dnia 17 grudnia 1990 roku w sprawie postawienia inwestycji Elektrownia Jądrowa "Żarnowiec" w budowie w stan likwidacji. Odwołano ówczesnych likwidatorów - Agencję Rozwoju Przemysłu i działającą w ich imieniu spółkę Creditinoform. Przekazano dalsze prowadzenie likwidacji i restrukturyzacji budowy wojewodzie gdańskiemu, który został uznany organem założycielskim. Inna sprawa, że choć strajk został tak wspaniale wygrany, to jednak problem nie został tak naprawdę rozwiązany do końca. Sytuacja wyglądała mniej więcej tak, jak to opisała uczennica krokowskiej szkoły Jola Łepek komentując pierwsze zwycięstwo przeciwników EJ"Ż" : "Odnieśli zwycięstwo, zaprzestano budowy. Pozostał wielki obszar po zasypanej części jeziora, wyludnionych wioskach - rzęsiście oświetlony plac z budowlami bez przeznaczenia." Równie dosadnie rzecz całą opisuje w formie listu Teresa Białk z Żarnowca: "Z opowiadań starszych ludzi wiem, że było tu kiedyś bardzo ładnie. Dziś przyroda niestety została zmieniona. Brzegi jeziora zmieniły się ponieważ został nasypany wał ochronny. Polne drogi wyłożono betonowymi płytami, po których jeździły ciężkie samochody. Dziś wysokie bloki, betonowe drogi i ogrodzenia zamarły ciszą. Nie ma już pracowników. Nie ma już mieszkańców Kartoszyna. Po Elektrowni Jądrowej "Żarnowiec" zostały złe wspomnienia oraz utopione w błocie bezpowrotnie miliardy."

Miliardy. Na dzisiejsze pieniądze pewnie i biliony - nadal pozostają w błocie dookołażarnowieckich łąk i pól. Prawdę mówiąc niewiele udało się z już zainwestowanych pieniędzy odzyskać. Jedyny przynoszący zysk element całego przedsięwzięcia to elektrownia szczytowo-pompowa. Reszta to mniej lub bardziej udane - w kontekście całej budowy - mini próby zagospodarowania choć części pozostałości po wstrzymanej inwestycji. Do tego w koszta strat włączyć należałoby jeszcze całe pokłady pretensji, smutku i żalu. Zwłaszcza mieszkańców zlikwidowanej wioski.

"Niektórzy ludzie mieszkali w Kartoszynie z dziada pradziada. Spędzili tam niemalże całe swoje życie, a teraz musieli pozostawić cały swój dobytek, domy które wybudowali własnoręcznie jeszcze w okresie przedwojennym. Wszyscy starali się o upiększenie tej wioski, żeby stawała się coraz ładniejsza, bardziej malownicza. Niestety nic z tego, Kartoszyno zniknęło. Ludzie, którzy w 1985 roku opuszczali na zawsze wioskę, byli przeszyci bólem i myślą, że po raz ostatni mają szansę popatrzenia na swoje budynki, obory i stodoły. Dokładnie 7 lipca 1985 roku opuściliśmy naszą rodzinną wioskę. A gdy po tygodniu babcia przejeżdżała przez Kartoszyno, zabudowania były zrównane z ziemią." - wspominały swoje wysiedlenie siostry Hochszulc.

Niedawno na łamach miesięcznika Zrzeszenia Kaszubsko-Pomorskiego "Pomerania" doszło do polemiki między panami Jerzym Szukalskim oraz Stefanem Świerczewskim m.in. na temat aktualnego wyglądu okolic Jeziora Żarnowieckiego. Świerczewski zwraca uwagę na zmiany jakie zaszły dookoła jeziora na skutek wspomnianej inwestycji: "Budowa górnego zbiornika elektrowni szczytowo-pompowej, ułożenie na zboczach Kępy Gniewińskiej potężnych, kontrastowo pomalowanych rurociągów, całkowicie zniszczyło naturalny krajobraz południowo-wschodnich obrzeży jeziora. Wycięcie części lasu na zboczach Kępy Żarnowieckiej, zbudowanie w dolinie rzeki Piaśnicy, potężnych napowietrznych rozdzielni energetycznych oraz wybudowanie szeregu obiektów elektrowni atomowej zniszczyło naturalny krajobraz południowo-wschodnich obrzeży jeziora. Po gigantycznym placu budowy elektrowni atomowej pozostały liczne pudełkowate obiekty, bezużyteczne zabetonowane place, smutne resztki wsi Opalino i Czymanowo, lipy po dawnej wsi Kartoszyno..."

Pozostał też wielki żal, jaki w stosunku do byłych budowniczych żywią po dziś dzień zwłaszcza byli mieszkańcy Kartoszyna. Żal, który mimo mijających lat trwa także w umysłach młodziutkich "wypędzonych", jakimi bez wątpienia są siostry Hochszulc, dziś mieszkanki Krokowej, onegdaj obywatelki nie istniejącego już Kartoszyna. Urszula i Teresa swój tekst zatytułowany w znamienny sposób: "Historia, która może nauczyć" kończą następującymi słowami: "Budowa elektrowni nie została zakończona. Wioska została zniszczona. Kartoszyno zniknęło z mapy i nigdy się na niej nie ukaże. Obecnie jesteśmy w takiej sytuacji, że aby jechać do nie istniejącej już wioski, trzeba mieć przepustkę, która nam (byłym mieszkańcom wioski) symbolizuje paszport do obcego kraju".

nr 9 (102) "Edukacja i Dialog" listopad 1998
Jarosław Kordziński
Wystarczy wyjść naprzeciw

Wszyscy, którzy widzieli film Petera Weira "Stowarzyszenie umarłych poetów", pamiętają zapewne, iż przyczyną zwolnienia z pracy Johna Keatinga była samobójcza śmierć ucznia Neila Perry'ego. Co takiego zrobił ów nauczyciel, że z jego powodu jeden z najlepszych uczniów Akademii Weltona popełnił samobójstwo? Czyżby prześladował go nadmiernym odpytywaniem? Czy gnębił psychicznie? Czy może był wobec niego szczególnie niesprawiedliwy i w zachowaniu swego wychowanka widział jedynie elementy godne nagany? Chyba nie!
John Keating, świeżo zatrudniony profesor języka angielskiego, w ciągu kilku zaledwie miesięcy swojej pracy nie tylko że nie zdominował osobowości żadnego ze swych podopiecznych, ale - wręcz przeciwnie - u większości swoich wychowanków wzbudził poczucie własnej godności, świadomość możliwości samodzielnego formułowania celów, radości z akceptacji własnej młodości oraz przyjemności z realizowania swoich marzeń.

Marzeniem wrażliwego Neila była gra na scenie. Zrozumiał to i od razu w pełni zaakceptował właśnie dzięki lekcjom z profesorem Keatingiem, który już podczas pierwszego spotkania wypowiedział znamienne słowa: "To jest prawdziwa bitwa, chłopcy. To wojna! Wasze młode dusze są pełne buntu i krytycyzmu. Albo się poddacie teraz woli akademickiej "holi-poli" i wasz owoc obumrze, zanim powstanie wino, albo… zwycięży w was indywidualność".

Niestety, plany szkoły oraz cele, jakie stawiał swojemu dziecku pan Perry, były zupełnie inne. Cele, zasady akademii zawarto w czterech znamiennych słowach: TRADYCJA, HONOR, DYSCYPLINA, DOSKONAŁOŚĆ. Owe cztery zasady akademii zdaniem jej dyrektora, Gale Nolana, były nie tylko filarami szkoły, ale również jej podstawą, kamieniem węgielnym, który edukacja w akademii kładła pod całe życie absolwentów. Zwróćmy przy okazji uwagę, jak gospodarze szkoły interpretowali jej podstawowe zasady. Honor - to godność i wypełnienie powinności. Dyscyplina - to szacunek dla rodziców, nauczycieli i dyrektorów szkół, to obowiązek. Doskonałość - to rezultat ciężkiej pracy, klucz do sukcesu w szkole i wszędzie poza nią. Tradycję zaś rozumiano jako umiłowanie szkoły, ojczyzny i rodziny, a w kontekście samej szkoły - tradycją było bycie najlepszym.

*

Bycie najlepszym oto zasada, która coraz częściej zaczyna dominować w życiu naszych milusińskich. Zwłaszcza w kontekście ich edukacji w szkole. Artykuł zamieszczony w jednej z gdańskich gazet, dotyczący nerwic, a nawet prób samobójczych uczniów spowodowanych złymi ocenami w szkole, rozpoczyna się od następującego akapitu: "Jasio ma dobre stopnie, ale nie ma paznokci - to cena za strach przed blamażem. Przylgnęła do niego etykieta zdolny i boi się ją stracić".

Okres realnego socjalizmu sprzyjał powszechnemu definiowaniu szkół określeniami nuda i lęk. W wielu artykułach prasowych, a także w pracach naukowych dowodzono, że głównymi odczuciami towarzyszącymi podstawowej edukacji młodego pokolenia Polaków jest przede wszystkim poczucie braku celu oraz bezsens codziennej nauki, a także lęk przed systemem oświatowym - spowodowany przedmiotowym traktowaniem uczniów (w znacznym stopniu będącym równie przedmiotowym traktowaniem przez system samych nauczycieli oraz szkoły jako narzędzia indoktrynacji politycznej).

Dziś ani nuda, ani lęk nie zniknęły ze szkoły. Co więcej, w coraz większym stopniu zaczęło im towarzyszyć kolejne negatywne odczucie - strach. Strach, związany na ogół z niepokojem o to, czy damy sobie radę, czy zaspokoimy oczekiwania, które żywią wobec nas rodzice, które stawia przed nami coraz bardziej wymagający świat.

Choć powtarzane od lat w szkołach zdanie, że przecież nie uczymy się dla nauczycieli ani dla rodziców, nigdy przez uczniów nie było traktowane poważnie (przecież wiadomo, że uczymy się dla ocen, czyli dla nauczycieli), dziś nauka jest traktowana w sposób jeszcze bardziej zwariowany. Przede wszystkim wiadomo, że kto ma najlepsze oceny, ten ma największe szanse zostać kimś. Najpierw się dostanie do którejś z bardziej prestiżowych szkół średnich. Nie wszystkich wszak stać na posyłanie dzieci do szkół niepublicznych, a do rzeczywiście dobrych szkół ponadpodstawowych wcale niełatwo się dostać (zwłaszcza, że na ogół tam właśnie składa papiery najwięcej laureatów konkursów przedmiotowych - czyli nie tylko najlepsi z najlepszych, ale i ci, którzy mogą się dostać do szkół bez egzaminów).

Później też nie jest łatwiej. Konieczność opanowania wiedzy oraz potrzeba dobrych ocen jest tak wielka, że coraz więcej młodych zabiega o to, żeby wiedzieć jak najwięcej. Wiedzieć - zwłaszcza w ramach tej wiedzy, która jest wymagana dla uzyskania dobrych ocen w szkole średniej i później, podczas egzaminu do szkoły wyższej. Bywa, że ten czy ów uczeń nie jest w stanie sprostać wymaganiom, jakie na siebie nakłada lub jakich oczekują od niego rodzice czy nauczyciele. Te wymagania właśnie, a w szczególności niemożność sprostania im, bywa przyczyną licznych stresów, a niekiedy nawet tragedii.

Neil Perry popełnił samobójstwo dlatego, że świat dorosłych nie pozwolił mu zrealizować najważniejszego z jego marzeń, domagając się jedynie najlepszych ocen. Dorośli, a zwłaszcza ojciec, nie przyjmowali do wiadomości, że chłopiec uczy się zupełnie dobrze i że gra w szkolnym teatrze mogłaby mu tylko pomóc w rozwoju. Rozwój Neila został zaplanowany - dorośli ustalili cele i drogę, którą młodzieniec miał do nich dotrzeć. Nie było w tym planie miejsca na teatr - i już!

*

Podobnie dzieje się w wielu naszych szkołach. Wciąż jeszcze w znacznie mniejszym stopniu przyglądamy się rozwojowi naszych uczniów, a w większym badamy stopień opanowania przez nich wymagań, które im stawiamy. A przecież nie wszyscy rozwijają się tak samo! Najlepiej to widać na lekcjach wychowania fizycznego. Tu również jednak przed wielu laty (a w niektórych szkołach po dziś dzień) panowała zasada przeliczania osiągnięć sportowych uczniów na punkty, a punktów na oceny. I nikomu jakoś nie przeszkadzało, że długonogiemu chłopcu jest dużo łatwiej skoczyć wyżej i dalej niż jego koledze, który musi jeszcze urosnąć.

Podobnie jest z innymi przedmiotami. To tylko z pozoru każdy się może nauczyć bardzo dobrze rozwiązywać zadanie matematyczne czy pisać wspaniałe wypracowania. Ciekawe, że my, dorośli, tak łatwo przechodzimy nad naszymi niemożnościami, a tak trudno się nam zgodzić na niedomogi naszych wychowanków. Bywa przecież, że polonista wszem i wobec powtarza, że nie potraf dobrze liczyć, a matematyk twierdzi, że pisanie listów sprawia mu niesamowite problemy. Wielu rodziców poproszonych przez swoje pociechy o pomoc w nauce łapie się od czasu do czasu na tym, że nie mają bladego pojęcia, jak im pomóc - a jednocześnie uważamy, że dzieci powinny wszystko umieć. Ba, podkreślamy, że złe oceny świadczą o ich niechęci do nauki, braku miłości do rodziców (?!), o głupocie. Czasem myślą tak i nauczyciele.

*

Znana gdańska specjalistka, zajmująca się między innymi niepowodzeniami edukacyjnymi uczniów, profesor Uniwersytetu Gdańskiego, psycholog Marta Bogdanowicz wyraziła następującą opinię: "Polska szkoła jest nastawiona na uczniów powyżej przeciętnej inteligencji. Takich uczniów może być 20% (…) Każde dziecko wymaga indywidualnego podejścia. Nauczyciele nie chcą pamiętać, że mają prawo niektórym uczniom obniżać stopień wymagań. Tylko nieliczni starają się wyjść uczniom naprzeciw."

Efekty takiego stanu rzeczy są przeróżne. Z jednej strony, nasze dzieci wygrywają różne międzynarodowe konkursy, a podejmując naukę w szkołach poza Polską, okazują się bardzo dobrze przygotowanymi oraz pojętnymi uczniami. Z drugiej jednak strony, coraz częściej czytamy w prasie o ucieczkach z domu, schodzeniu na tzw. złą drogę, a nawet o przypadkach samobójczych, których przyczyn upatruje się w nie dość dobrych ocenach otrzymanych w szkole.

Aby choć częściowo uniknąć tego typu negatywnych przypadków, warto pamiętać, że możliwości naszych dzieci, także w kontekście rozumienia i poszerzania wiedzy, są bardzo różne. Obok wspomnianych już 20% uczniów charakteryzujących się ponadprzeciętną inteligencją, spotykamy w szkołach 14% dzieci o inteligencji niższej od przeciętnej. Pozostałe 66% uczniów to również dzieci bliższe jednej lub drugiej granicy. Są różne. Warto o tym pamiętać. Dużo lepiej jest pomóc naszym wychowankom określić ich prawdziwe preferencje oraz możliwości, a następnie się cieszyć, kiedy szybko się rozwijają, aniżeli zdecydować za nich, raz na zawsze, co powinni, a czego nie mogą, i ściśle przestrzegać, żeby robili dokładnie to, co my - dorośli - za nich zdecydowaliśmy,

Jarosław Kordziński
CEN Gdańsk

Nad Sołą i Koszarawą - nr 11 (66) - rok IV - 1 czerwiec 2001
Ziemowit Pająkowski
Najwspanialsze Klejnoty Świata - Jajo Koronacyjne Carycy Aleksandry.

          Car Aleksander III (1845-94) nie zapisał się chlubnie w historii. Prowadził skrajnie reakcyjną politykę, środkami policyjnymi wzmacniał samowładztwo (Ochrana) i wzmógł akcję rusyfikacyjną wobec nierosyjskich narodów swego imperium (szczególnie wobec Polaków). Był jednak mecenasem sztuki. Zatrudniał np. najsłynniejszego złotnika swoich czasów P.C. Faberge. Wykonał on wiele wspaniałych klejnotów nie tylko dla rodziny cesarskiej, ale również głów koronowanych Europy i rodowej arystokracji (np. jajo dla księżnej Marlborough). Może najwspanialszym dziełem Faberge jest jajo koronacjne, jakie Aleksander III podarował swej żonie Aleksandrze.

          Przedstawione poniżej jajo powleczone jest półprzeźroczystą emalią. Jego powierzchnia jest zdobiona dwugłowymi orłami, wykonanymi z zielonego złota i pokrytego czarną emalią, w której osadzono szlifowany rozetowo diament. Monogram carycy wykonano diamentami szlifowanymi rozetowo oraz rubinami szlifowanymi „en cabachon”. Niespodzianką, która znajdowała się wewnątrz jaja, była wierna kopia cesarskiej karety, jaką przybyli na koronację do Moskwy. Ta miniaturowa kareta jest dziełem samym w sobie.

Nad Sołą i Koszarawą - nr 12 (67) - rok IV - 15 czerwiec 2001
Ziemowit Pająkowski
Najwspanialsze Klejnoty Świata.

          Cesarzowa Gizela była żoną króla Konrada II późniejszego cesarza Świętego Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego. Podczas uroczystości zaślubin w Rzymie w 1024 r. miała prawdopodobnie na sobie przedstawioną broszę. Ta duża okrągła złota brosza ma w środku znak herbowy Gizeli w kształcie orła z rozłożonymi skrzydłami i rozczapierzonymi pazurami. Głowa, ogon i skrzydła ptaka są zdobione ciemnoniebieską, turkusową, zieloną i białą emalią komórkową. Emalia, która zdobiła pierś ptaka niestety odpadła. Nad głową orła znajdują się trzy szafiry. Ażurowe obramowanie broszy jest zdobione wypukłym filigranem, wypełnionym zieloną emalią, tworzącą ornament roślinny. Warto tu przypomnieć, że biżuterię zdobioną wizerunkami zwierząt, wytwarzano w różnych częściach świata od tysięcy lat. Orzeł był szczególnie ceniony, gdyż uchodził za symbol boskiej potęgi i zawsze kojarzono go z władzą i miastem.

Nad Sołą i Koszarawą - nr 10 (65) - rok IV - 15 maj 2001
Ziemowit Pająkowski
Najwspanialsze Klejnoty Świata.

          Crux Vaticana jest najstarszym klejnotem znajdującym się w skarbcu Bazyliki św. Piotra w Rzymie. Został wykonany w VI w. i jest darem bizantyjskiego cesarza Justyniana II. Wykonany jest z pozłacanego srebra i wysadzono go hiacyntami, szmaragdami, agatami, akwamarynami, jaspisami. 1Szesnaście pięknych pereł, którymi był otoczony, zostało zrabowanych, podczas wielokrotnych plądrowań Bazyliki.
          Warto tu przypomnieć, że w wiekach średnich każdy kamień i każdy jego kształt, miał określone znaczenie religijne. I tak na przykład zielony jaspis symbolizował wiarę, czerwony granat krew męczenników, lapis lazuli prawdę i nadzieję na życie w niebie. Koło symbolizowało wieczność i doskonałość, kwadrat świat doczesny i żyjących tu ludzi, trójkąt Trójcę św.