GAZETA POMORSKA 28 lipca 2007

Marek Weckwerth: Pierwszy taki rejs


Jeszcze nie przebrzmiały echa morskiej wyprawy kajakowej u wybrzeża Islandii, a już do Bydgoszczy wróciła druga ekipa wioślarzy.
Trzej śmiałkowie jako pierwsi w historii polskiego kajakarstwa opłynęli w czerwcu archipelag Malty.
Malta - skalista wyspa na środku Morza Śródziemnego, państwo kawalerów maltańskich (joannitów), które w XVI wieku oparło się tureckiej inwazji, "niezatapialny brytyjski lotniskowiec" podczas II wojny światowej - uległa bydgoskim kajakarzom. Wojciech Jazdon, Jarosław Surwiło - Bohdanowicz i Tomasz Kuśmierek potraktowali Maltę jako główne danie śródziemnomorskiej wyprawy, na deser zostawiając dwie znacznie mniejsze Co-mino i Cominotto oraz całkiem sporą wyspę Gozo.

- To były smakowite dania, jeśli użyć języka kulinarnego - śmieje się Wojciech Jazdon. -Nasyciliśmy się pięknymi widokami, wyniosłymi klifami skalnych wybrzeży, całą gamą barwnych porcików, no i faktem, że "połknęliśmy" cały archipelag. A gdyby już rzeczywiście mówić o maltańskiej kuchni, to i jej zawdzięczamy bardzo miłe wrażenia.

Pomysł, by opłynąć Maltę narodził się w minionym roku, gdy grupa wróciła z kajakowej wyprawy na Bornholm. Teraz, po bałtyckich pływaniach (w 2005 r. okrążyli Wyspy Alandzkie), postanowili popływać w cieplejszym klimacie. Tym bardziej że Jazdon jest polarnikiem - uczestnikiem wielu wypraw za Północne Koło Podbiegunowe. - Chciałem sprawdzić reakcję swojego organizmu w zupełnie innych warunkach - wyjaśnia.

Ku przygodzie wyruszyli hondą CR-V z trzema kajakami morskimi na dachu. Do portu w Genui mieli ponad 1700 km, a dalej już promem przez Tunis do stolicy Malty La Valetty. Stamtąd pojechali na północny - zachód wyspy, by zanurzyć wiosła w Zatoce Ramla Bay.

- Nie wiedzieliśmy jaka będzie pogoda, a zwłaszcza warunki na morzu, dlatego zaczęliśmy właśnie tam. Gdybyśmy wypłynęli z La Valetty, a w połowie drogi pogoda pogorszyła się, zapewne musielibyśmy zrezygnować z opłynięcia pozostałych wysp archipelagu i po okrążeniu Malty wrócić na miejsce startu. A tak, po zamknięciu pętli wokół Malty, właśnie w Ramla Bay, mogliśmy zdecydować czy wyprawiać się dalej na północ na pozostałe wyspy - mówią kajakarze.

Wypłynęli późnym popołudniem, dlatego pierwszego dnia dotarli tylko do sąsiedniej zatoki - Mellieha, gdzie znaleźli dogodnie miejsce biwakowe. Było tak ciepło, że wahali się czy rozbić namiot. W czerwcu średnia temperatura powietrza na Malcie wynosi 28 stopni, nocą spada tylko o kilka kresek. O rozstawieniu namiotu zdecydowali dopiero, gdy pewna Maltanka przestrzegła ich, że o zmroku z kryjówek wychodzą szczury, a te są wielkie jak psy. Kajakarze poczuli się nieswojo i na wszelki wypadek szczelnie zamknęli wejście do namiotu, okienka, a nawet otwory wentylacyjne. Tropiku jednak nie zakładali, bo duchota mogła okazać się bardziej dokuczliwa niż futrzaki z długimi ogonami.

Gdy świszczą kule

Drugiego dnia rejsu wzdłuż wschodniego wybrzeża wyspy opodal ich burt zaczęły padać serie z broni automatycznej. Dopiero wtedy zorientowali się, że czerwona flaga powiewająca na szczycie nadbrzeżnej skały, oznacza ostre strzelanie na poligonie wojskowym.

- Zrobiło się naprawdę gorąco i czym prędzej się stamtąd wynieśliśmy - relacjonuje Jarosław Surwiło - Bohdanowicz. - Ale w zasięgu ognia znajdowaliśmy się jeszcze kilka minut. To było jak strzały znikąd. Głupio byłoby zginąć na morzu nie z powodu fal i sztormu, a od strzałów z poligonu.
Strzały za plecami i silny wiatr z tego samego kierunku popchnęły wioślarzy do czynu - pomknęli tak szybko, że przeoczyli wejście do portu w La Valettcie. Dopłynęli do Marsaxlokk, zostawiając za rufami ponad 40 km. W uroczym miasteczku z portem rybackim spędzili wieczór, relaksując się po emocjonującym dniu. Dania z owoców morza były znakomite.

Następnego ranka wiatr zmienił się na przeciwny, a stan morza osiągnął 3 - 4 stopnie w skali Beauforta. To już południowe rejony Malty, opadające do morza wysokimi klifami. Wrażenie było fantastyczne - człowiek wyglądał na tle pionowych ścian jak nic nieznaczący punkcik. Tam także znajduje się niezwykła szczelina skalna zwana Błękitną Grotą, do której można wpływać łodziami. Z pobliskiego Wied iz Zurrieg dopływają tu spragnieni wrażeń turyści.

Niezbyt przyjemna przygoda

Co tam strzały znikąd, gdy przychodzi człowiekowi zmierzyć się z innym zagrożeniem śródziemnomorskich wojaży - złodziejami. Bydgoszczanie zawinęli do wspomnianego Wied iz Zurrieg i rozbili namiot na przyportowej pół-ce skalnej. Kajaki zostały na brzegu.

- Już zasypiałem, gdy usłyszałem niepokojący odgłos, jakby ktoś ciągnął kajak po twardym podłożu - wspomina Jazdon. - Dość długo trwało zanim doszło do mnie, że to nie sen, że ten kajak rzeczywiście ktoś kradnie. Wyszedłem z namiotu i oznajmiłem w języku angielskim, że kajak jest mój. A oni - dwóch chłopaków i dziewczyna - odpowiedzieli bez stresu: O.K. Don't worry! I... odeszli.

Po chwili okazało się, że złodzieje próbowali zabrać także drugi kajak. Zwodowali go, zapewne po to, aby przeciągnąć na lince wzdłuż brzegu, ale ten urwał się z uwięzi i zdryfował na zatokę. Na szczęście kajakarze mieli pod ręką trzecią łódkę, którą przyholowali do brzegu dryfującą jednostkę.
- Dotąd pływaliśmy tylko po Skandynawii, gdzie kradzieże praktycznie nie zdarzają się. Po raz pierwszy na własnej skórze doświadczyliśmy czegoś tak nieprzyjemnego. Zdaliśmy sobie sprawę, że nie tylko żywioł jest w stanie nas pokonać, ale prymitywni osobnicy, dla których nie istnieją żadne normy moralne - konstatuje Wojtek.

Klif widzę ogromny!

Tak zawoła każdy kto ujrzy pionowe, wysokie na 250 metrów ściany Dingli Cliffs. A nasi wioślarze ujrzeli klify już następnego dnia o poranku. Płynęli pod nimi 3,5 godziny. Nawet nie chcieli myśleć o skutkach wywrotki, bo brzeg był absolutnie niedostępny, a już przywoływanie wizji pływających ponoć w tych rejonach żarłaczy ludojadów, zupełnie nie wchodziło w rachubę. Morze było jednak łaskawe.
Za klifami Dingli, po pięciu dniach i przepłynięciu co najmniej 120 km, szczęśliwie zamknęli pętlę wokół Malty.

Opłynąć Gozo

A przecież nie był to koniec przygody na odległej śródziemnomorskiej wyspie, ba - wyspach, bo dobra pogoda pozwoliła im zrealizować cały plan wyprawy. Teraz mogli oderwać się od linii brzegowej Malty i powiosłować na północ - ku wyspom Comino i Cominotto, a potem Gozo - największej po Malcie.
Pomiędzy Comino i Co-minotto znajduje się wszakże Błękitna Laguna - miejsce tak piękne, że zatrzymali się na nocleg. Wylądowali na mniejszej, bezludnej Wyspie Cominotto. Pomyśleli, że skoro ta nie jest zamieszkała, nie ma na niej szczurów. Pomyłka - o zmroku z zakamarków wylazły całymi hordami. W świetle latarek ich oczy robiły upiorne wrażenie.

O poranku, mając przeciwny wiatr i spore fale, znów popłynęli wzdłuż wysokich klifów, tym razem Gozo. Wyspa jest mniej zurbanizowana niż Malta. W przewodnikach turystycznych napisano, że wygląda tak, jak Malta przed 20 laty.

Coraz piękniej

Wylądowali w ślicznej Zatoce Xlendy, nad którą rozlokowało się miasteczko o tej samej nazwie, pełne hoteli, restauracyjek i kafejek. By się nie odwodnić w upalnym klimacie, pili dużo złocistego napoju i zerkali na ładne, coraz ładniejsze kelnerki...
Gozo oferowało zresztą i inne atrakcje, także te stworzone ręką natury. Takie choćby jak Lazurowe Okno, otwarte na rzesze turystów. Z tej perspektywy wyspa wygląda jeszcze ciekawiej. A jest tam też zatoka ukryta za skałami, do której wpływa się przez wąską szczelinę skalną.

Na szerokiej plaży w Marsalforn Bay stanęli na nocleg. Z namiotu roztaczał się wspaniały widok na kuszące wszystkimi atrakcjami nadmorskiego kurortu miasto. O świcie został już tylko "skok" na Comino, a stamtąd na Maltę. Po siedmiu dniach i pokonaniu ponad 200 km zamknęli pętlę wokół całego archipelagu.

I tak można zakończyć wspomnienia z maltańskiego rejsu. Można, gdyby nie fakt, że nasi kajakarze przez dwa kolejne dni poznali także lądowe atrakcje głównej wyspy archipelagu, zwłaszcza La Valettę. Największe wrażenie zrobiła na nich katedra św. Jana. Odwiedzili także pobliską Sycylię, obierając za cel największy czynny wulkan Europy - Etnę.

- Nie wiemy, czy jako pierwsi kajakarze w historii opłynęliśmy Maltę, ale prawie na pewno jako pierwsi wjechaliśmy z kajakami na dachu auta wysoko na zbocze wulkanu - śmieje się Jarosław Surwiło-Bohdanowicz. - Brakowało tylko, abyśmy zjechali nimi z wysokości 1900 metrów nad poziomem morza, ale na taki wyczyn już się nie odważyliśmy.

Przypomnijmy, że na początku czerwca sześciu bydgoskich kajakarzy rzuciło wyzwanie Oceanowi Arktycznemu, który obmywa północno - zachodnie wybrzeże Islandii, tzw. Zachodnie Fiordy i tamtejszy Przylądek Horn. O wyprawie pisaliśmy na łamach "Gazety Pomorskiej".
Marek Weckwerth: Pierwszy taki rejs Marek Weckwerth: Pierwszy taki rejs Marek Weckwerth: Pierwszy taki rejs Marek Weckwerth: Pierwszy taki rejs Marek Weckwerth: Pierwszy taki rejs