Andrzej Śmiały: Pętla Spitsbergenu




Ukazała się właśnie książka Andrzeja Śmiałego pt. "Pętla Spitsbergenu" opisująca przejście wyspy w 1997 roku trasą przypominającą kształt wrzecionowatej pętli o długości 1100km i trwające 55 dni. Poniżej zamieszczamy kilka z wielu rewelacyjnych dowcipów rysunkowych wykonanych przez autora, fragmenty książki, gdzie występuje nasz rodzinny polarnik Wojciech Jazdon i jego żona Anna (!) oraz fotografie zamieszczone w książce. Zachęcamy do zakupu i dla zainteresowanych podajemy adres internetowy www.mitel.com.pl, gdzie można zamówić egzemplarz do swojej biblioteki. (Na okładce Wojciech Jazdon)

Nazwijmy projekt "Wrzeciono Spitsbergenu", powiedział Wojtek Jazdon. Przyjęliśmy ochoczo tę propozycję, gdyż alternatywa - "Pętla Spitsbergenu" jakoś niemile się nam kojarzyła. (...) Zebrał nas Wojtek Jazdon. Marzył o wyjeździe na Spitsbergen i zasiekaniu tam czegoś nowego. Zaraził tym pomysłem Wojcia Moskala, z którym przeszedł wcześniej Zatokę Botnicką, i Tomka Schramma, z którym razem przetrawersowali Islandię. (ze wstępu)

W niedzielę postanowiliśmy iść z Wojtkiem na mszę do kościoła w Longer. Okazało się jednak, że pastor odwołał mszę i wyjechał w głąb wyspy. Zwiedziliśmy kościół, w którym ponad to, do czego przywykliśmy, mieści się pokaźny księgozbiór o Arktyce. Jest tam też wypchany niedźwiedź polarny - pilnuje biblioteki. Bóg jest ogólnodostępny. (str.21)

W międzyczasie Wojtek siadając, położył nieopatrznie rękę na blachę rozgrzanego pieca i poparzył się dotkliwie. W Arktyce!
Mimo boleści Wojtek trzyma się dzielnie i choć przez resztę wizyty będzie trzymał cały czas rękę w wiadrze z wodą, nie przeszkodzi mu to wcale, aby brać udział w rozmowie, a tym bardziej w pożeraniu z dwurękimi w zawody gościnnego poczęstunku. (str.67)

- Chłopaki zmartwychwstawać! Wesołych świąt! (...)
- Dziękujemy... Tobie Wojtek też... Rodzynki... Ho, ho...
- Nie ma za co... A to od mojej Ani dla wszystkich...
I Wojtek położył na odświętnej karimacie plastikową gałązkę forsycji.
- O... Jak miło... Jak w domu... Masz superżonę Wojtek...
(str.93)

- Chłopaki, mam tu jeszcze coś, też od Ani... List... Ten jest do mnie... O ten, dla wszystkich...
- Czytaj Wojtku na głos...
- Kochani! Mężu, Tomku, Wojtku i Andrzeju... Gdy będziecie czytać ten list, będę z wami. Szczęśliwa, ze żyjecie i idziecie.
Życzę wam żebyście byli zdrowi. Żeby was szczęście nie opuściło i żebyście wiedzieli, że myślę o was stale. Wesołych świąt!
Całuję was. Ania...
- No nie... Wojtek... Szlag jaśnisty, chyba mi coś do oka wpadło... Ma ktoś chusteczkę?
- Masz papier...
- Podaj i mnie, dobra?

Zdaje się, że wszystkim nam powpadało naraz coś do oka i wszyscy też złapaliśmy naraz katar po liście Ani. Ale już po chorobie. Jeszcze tylko świąteczna herbata z kawałeczkiem czekolady i - po świętach.
List Ani poruszył nasze serca i krążenie do tego stopnia, że krew bulgocze na zakrętach, można powiedzieć. (str.93)

- Chłopaki ale super, wreszcie coś się dzieje ciekawego - ledwie zdążyłem to powiedzieć, gdy nagle czuję, jak grunt rozsuwa mi się z sykiem pod nogami - gwałtownie rozkładam ręce w bok - i oto wiszę nad ciemną czeluścią na kijkach !!!
Wojtek był najbliżej, reaguje natychmiast: podbiega - łapie mnie za rękawicę, ręka się wyślizguje - łapie za nadgarstek - w samą porę... Gardziel zaczęła mnie już powoli wciągać. (str.109)

Dzisiaj Wojciecha, a my mamy w zespole dwóch Wojtków. Tak popadło. Wcześnie żeśmy się z Tomkiem obudzili, rychtowali co trzeba, nie żadne pół litra, kto by to dźwigał, tylko laurkę, którą im narysowałem, no i jeszcze coś, co Tomek z tajemniczą miną wpakował do worka po śpiworze. Ale najpierw śniadanie, jak zwykle musli i idziemy do namiotu solenizantów.
Chrząkamy znacząco przed wejściem, chłopcy jakby na nas czekali, zaraz zamek się rozsuwa, wchodzimy, życzenia, uściski i tak dalej. Tomek wręcza Wojtkom prezenty - buteleczki Jasia Wędrowniczka. (str. 175)

Mamy za sobą 20 godzin bezustannej harówki na nogach, jest 1 w nocy, a mimo to nie chce się spać. Kierownik częstuje nas wspaniałą czekoladą z orzechami i kartonem soku pomarańczowego, a potem razem z Wojtkiem urządzamy sobie syty posiad przy bazowej lodówce. Siedzimy jak przed telewizorem. Oglądamy smakołyki, których wykorzystanie w wyobraźni układa się w interesujący serial... Idziemy spać około 3 nad ranem. (str.187)

Pochyła równia lodowca skończyła się i z wielkim pędem wpadliśmy w lodową rynnę o kształcie gigantycznego toru saneczkowego, gdzie prędkość rzuciła nas na boczne ściany. Dziękowałem w duchu Wojtkowi, który zaproponował spiąć się razem z saniami; dzięki temu pędziłem solo bez ładunku, ślizgając się w bobslejowym tempie po lodowych bandach. W tym samym czasie Wojtek z płonącymi oczami przelatywał jak pocisk tuż za mną. Ten obraz rozpaczliwie broniących się przed upadkiem narciarzy dziś trochę mnie śmieszy, jak sobie go przypomnę, ale wtedy bliżej nam było raczej do płaczu. (str.210)