Pamiętnik Aleksandra Jazdona 1.09.1939 - 14.05.1940


Wstęp
Aleksander Jazdon urodził się 15 marca 1929 z czego wynika fakt, iż pisząc poniższy pamiętnik z okresu II wojny światowej miał około 11-12 lat. Czytając jego treść trudno w to uwierzyć i zaakceptować. Oczywiście można wytłumaczyć wnikliwość obserwacji społeczno - politycznych przebywaniem wśród ludzi dorosłych i wsłuchiwaniem się w ich komentarze, które mogły inspirować autora do podobnych ocen lub ich literackiego przetwarzania. Również bardzo prawdopodobne jest zapoznawanie Olka z poezją naszych narodowych wieszczów przez Mamę Janinę oraz przyswajanie nauk z kościelnych kazań, które w tamtym okresie musiały być bardzo poruszające i głęboko zapadające w serce. 11-sto letni Olek stwierdza 1 grudnia 1939r.: „Skończyły się czasy dziecięce, które bardzo mile będę sobie wspominał w późniejszych latach”. Wydaje mi się, że takie nastawienie psychiczne, taka wewnętrzna przemiana podejścia do świata mogła również wpłynąć na styl i zakres opisywanej tematyki.

Największe wrażenie w trakcie czytania robi treść patriotyczna i religijna o nieprzemijającej sile i mocy ducha. Właśnie tym duchem – Duchem Świętym, który niewątpliwe towarzyszył Olkowi przy spisywaniu swoich przeżyć można wytłumaczyć mądrość przekazywanych sądów i opisywanych przeżyć. Wspominana przez niego ciągła modlitwa, stała łączność w cierpieniu z Chrystusem, stan łaski uświęcającej, udział w nabożeństwach, mszy świętej oraz uroczyste obchodzenie w sercu i duszy świąt kościelnych (bo jak pisze godne zorganizowanie zewnętrznych praktyk kultu w niewoli w zamkniętym baraku i biedzie było wówczas niemożliwe), na pewno dopomagały działaniu Ducha Świętego.

Aby podkreślić w trakcie czytania dziecięcy wiek autora postanowiłem pozostawić błędy stylistyczne, interpunkcyjne oraz kursywą zaznaczyć nieliczne błędy ortograficzne (konsekwentnie pisane „niemcy” z małej litery poprawiłem na z dużej, ponieważ korektor w komputerze zaczął się buntować, co stało się wręcz technicznym problemem). W ogóle jak na tak młodego chłopca te błędy są w trakcie czytania prawie niezauważalne, co zawdzięczają reporterskiemu talentowi pamiętnikarza. Dorosły już Aleksander Jazdon był wielkim entuzjastą prozy Melchiora Wańkowicza.

Bardzo dziękuję w imieniu całej rodziny kochany Wujku Olku za Twój pamiętnik, którego walory historyczne i literackie są dla nas nieocenione.
Karol

Rok 1939.
Pamiętnik.
1 WRZESIEŃ 1939 rok.

Nadszedł dzień pierwszego września. „Wojna polsko-niemiecka”. Zagrały armaty. Wojny też żeśmy się już spodziewali, gdyż na granicy pol.- niem. były wciąż utarczki i nieporozumienia. Niemcy wypowiedzieli wojnę Polsce. Będziemy walczyć jak na nas przystało. Pan Prezydent Rz-plitej Polski wydał odezwę do narodu Polskiego. Wojska w okolicy ani śladu. 28 sierpnia była powszechna mobilizacja. W nocy słychać detonacje. To Polacy wysadzają mosty na rzekach. Na naszej szosie mosty wszystkie pozrywane. Gdyż jest to dość ważna trasa Poznań-Krotoszyn- Pleszew.

2.IX. Wschód słońca. Wokoło spokój i cisza. Tylko drzewa szeleszczą i szumią. Nie widać ani słychać wojny. Tylko niekiedy przelatujące samoloty oznajmują nam o niej. Wysoko w górze widać niemieckie samoloty. Cicho bezszelestnie płyną po sklepieniach niebieskich polskie Łosie.

3.IX. Szosy są formalnie zapchane przez pojazdy konne od tygodnia. Do nas rano przychodzi człowiek w polskim mundurze oficerskim i każe jechać. Myśmy wzięli wóz (budę) i jazda jak cygany. Po drodze spotkaliśmy znajomych p. Nowackiego z Dąbrówki p. Morkowskiego z Grodnicy itd. Wzięliśmy też Dziadzię z Borku do karety. Jechaliśmy przez lasy i piachy. Od nas z czworaków prawie wszyscy ludzie jadą. Bydło nasze już 30.VIII kazano gnać w kierunku Kutna. Polami idzie bydło. Na co zatrzymujemy się w Michowie w majątku. Dziadzia śpi w powozie a my śpimy w pokoju. Tatuś z Włodkiem pojechali do Koszkowa spowrotem.

3.IX. Andrzej (brat) całą noc krzyczał. Ma on 1,5 roku. Wracamy spowrotem do domu. Spotkał nas tam straszny widok. Płoty porozwalane a w domu straszny widok. Co gdzie były jakie papiery, wszystko porozwalane, zdeptane. Na górze wzięli 50 par skarpet.

4.IX. Dowiadujemy się od ludzi że ten bałagan to zrobili ci co gnali bydło. Była to dzicz z majątków. Nadarzyła im się okazja więc też chcieli popuścić wodzę swoim upustom. Na szczęście dużo nie wzięli gdyż myśmy najlepsze rzeczy z sobą zabrali. Zostały się meble. Wszystko trzeba doprowadzać do porządku. Przed wieczorem przechodziło w. niemieckie.

5.IX. Tatuś jedzie do Jeżewa gdyż musi zastępować p. dyr. Wiszniewskiego, który jako oficer musiał iść na wojnę.

6.IX. Po południu przyjechało kilku mężczyzn z Borku z karabinami. Mówią że gdzieś koło nas samolot spuścił spadochroniarzy niemieckich. Naturalnie tatuś z niemi pojechał. Nikogo w lesie nie znaleźli. W nocy przyjechał p. Dziasek, Kurek i kilku innych do nas, a tatuś uciekał, gdyż Niemcy biorą i zabijają wszystkich mężczyzn do 20-60 lat. Zaraz też na rowerach pojechali. Naogół spokój. Wojska niemieckiego nie widać. Jedyny raz przechodzili. Samoloty niemieckie często nad nami przelatują.

8.IX. Teraz na wszystkich majątkach (5) z kluczu Hr. Rogera Raczyńskiego został jeden urzędnik p. Błajet. Na drogach widać jeszcze powracających uciekinierów. Pogoda jest bardzo piękna. Prawdziwa pogoda jesienna. Na niektórych szosach są porobione zasieki z drutu kolczastego. W okolicy słychać różne zastraszające wiadomości, jakoby Niemcy wyżynali ludność polską. Na naszej szosie w początku października dają się widać czołgi z polskiemi chorągiewkami. Widocznie Niemcy je zdobyli.

29.IX. radja szumnie podawają zupełne zwycięstwo Niemców nad polską. Rząd polski już dawno uciekł do Rumunii. Za Warszawą toczą się walki lokalne. Tak – „smutne ale prawdziwe”. Straciliśmy swoją ukochaną ojczyznę. Ojczyznę, Polskę naszą. Nie traćmy nadziei. Mężnie znośmy niedolę. Gdyż długo tak nie będzie. Ludzie w okolicy, a nawet ludzie inteligentniejsi mówią że za dwa miesiące wróconą nam będzie wolność. Lecz czy to prawda? Skończyła się wojna polsko-niemiecka. Oni zwyciężyli-myśmy upadli, ale miejmy ufność w miłosierdzie Boże, że on nam pomoże. A teraz cierpmy i pokutujmy za nasze winy, za nasze występki, tak długo, aż zmyjemy z swoich serc wszelkie grzechowe winy. Bóg nam naznaczył pokutę więc ją odprawić musimy. A gdy będziemy czyści: bez żadnych grzechowych plam na sumieniu naszym, wtedy dopiero zapanuje pokój niebieski nad światem i wolność nam zabłyśnie. „Powstanie polska od morza do morza, czekajcie na to pół wieku, chronić nas będzie ciągle łaska Boża, więc cierp i módl się człowieku”. (sem. sp. 1894r.)


Październik
roku pańskiego 1939 r.

Nastała jesień. Smutno zaczyna się robić na świecie. Pola i lasy, które w porze wiosennej, były strojne w bujne zieloności natury, teraz stoją czarniawe, smutne i owdowiałe po tym co ich cieszyło. Ale nie tylko im smutno. Nikt nie wie jaki my Polacy smutek nosimy po stracie swojej ukochanej ojczyzny, gdyż kochaliśmy ją Polskę ojczyznę naszą! Jako dziecko kocha swoją matkę, a gdy temu dziecku wzięto by tą matkę to długo i rzewnie wylewałoby łzy i nigdy nie mogła zapomnieć o swojej ukochanej stracie. Tak samo i my wzdychamy za swoją ojczyzną.

Około 10.X. wrócił tatuś ze swojej wycieczki po kraju. Był aż pod Kutnem i tam dostał się w ogień. Później w okolicy Łowicza wzięli ich wszystkich Niemcy i zawieźli na Biedrusko do Poznania. Rowery pozabierali. Tam trzymali ich dwa tygodnie i obecnie przywieźli do Dolska. Strasznie tatuś jest zmizerowany. Pogoda jest ładna.

20-30.X. Niemcy pomału organizują niemiecką administrację. W Borku został burmistrzem tamtejszy hotelita. Z pochodzenia Niemiec. U nas we wsi zrobili sołtysa jedynego tutaj Niemca. Radio i broń musiał tatuś oddać. Ach jakże szkoda tej broni. 3 karabiny, 2 flinty, 3 rewolwery, rakietówkę, bagnet i szable. 1 tylko sztucer się schowało w ziemię. Porcelanę też żeśmy w ziemię schowali. Za dyrektora mamy Niemca. U nas jest Niemiec z Wrocławia. Porządny człowiek. Mieszka u nas na I piętrze. Ma on powierzone mieć nadzór nad majątkiem. Mundek Szurkowski z Leszna, mój kuzyn jest za praktykanta. Uczy on nas po niemiecku. Raz poraz przejeżdżają wojska niemieckie. Po drogach widać Słowaków w białych ubraniach. Reperują oni szosy i mosty, które zostały zburzone podczas działań wojennych. Buliński (stangret) jedzie wozem do Poznania i przywozi od cioci Geni 50 sztuk pachnących mydeł. Ma ich być brak. Na razie jeszcze są złote, ale już banki zamieniają za marki. Na klucz majątków R. Raczyńskiego przyjechał Niemiec trojchender. Niemcy masowo zabierają rowery. W październiku wyprawiali straszne rzeczy. Po większych miastach jeździ komisja złożona z kilku gestapowców. Wykonują oni straszne mordy. Ofiarami ich są po większej części inteligencja. W naszym powiatowym mieście Gostyniu rozstrzelano pod figurą Serca Jezusowego 30 osób. Jednym z nich był mój nauczyciel a zarazem i krewny p. Wierachowski z Borku. W Krobi też w naszym powiecie rostrzelano 20 polaków. Do naszej wsi wróciło 2-uch wojaków, którzy uciekli Niemcom. W powietrzu jeszcze ciągle latają samoloty, choć w zmniejszonym tempie. Ludzie wszyscy śpiewają o prędkim końcu wojny. Lecz chyba nie jest to prawdziwe. Dostaliśmy list od cioci Stefci. Pisze że i ona uciekała przed nawałą niemiecką. Była aż pod Kutnem . Romek pisze mi o przygodach podczas podróży. (Romek jest to mój najbliższy kuzyn). Bardzo go lubię. Co rocznie podczas wakacji do nas przyjeżdżał. A ja jeździłem w zimę do nich do Poznania. Razem byliśmy nad morzem w Orłowie 37r. Ojca nie ma (a mojego chrzestnego), gdyż zmarł za młodu licząc 38 lat.

Listopad

Nasz kuzyn M. Szurkowski uczy nas niemieckiego języka. W okolicy zaczynają odbierać majątki. W Borku jest kilkaset ludzi wojskowych, różnych rodzai broni i różne partje SS, gestapo, zwykłe wojsko i Niemcy. Na początku listopada byłem z tatusiem w Borku. Przy moich oczach jeden Niemiec wyskoczył z samochodu i począł strasznie chłopa katować. Batem, pięściami i kopniakami. Tak poturbował chłopa że ten nie mógł wstać. W drugiej połowie b. miesiąca zmieniony został trojchender. Nowy też jest Niemiec.

20.XI. był oglądać nasz dom. Pewnie nas wyrzuci. Niektóre rzeczy rozdajemy zaufańszym ludziom. Co możemy zakopujemy. Do Poręby tatuś dojeżdża. Na razie jej jeszcze nam nie odebrali. Niemcy co chwila wydają nowe rozporządzenia. Grożą pod karą śmierci – że gdy kto nie odda broni czeka go kara śmierci z natychmiastowym wykonaniem. Ludzie którzy mają pomiędzy sobą nienawiść denuncjują się. Niemcy oskarżonego zaraz biorą, gdy znajdą broń zabijają, a jeżeli nie to biorą do więzienia i torturują. Nie patrzą oni na to czy winny czy niewinny. Dostaliśmy smutną wiadomość że wujka Janka Niemczyka z Żodynia (pow. Wolsztyn) internowano do obozu w Niemczech. Nasze obawy się ziściły. Niemiec wypowiedział tatusiowi posadę. Mówi on że dwóch objektów, a mianowicie własności i posadę w majątku – mieć nie można. Z chwilą wypowiedzenia się pakujemy. Część rzeczy bierzemy do Poręby, a część rzeczy i mebli do Borku do Dziadzi. Co się da rozdajemy ludziom myśląc że tam będzie pewne. Garnek koprowy o pojemności 150 l. zakopujemy. Przez 2 dni mamy odejść, to znaczy 1.XII.39r. Rzeczy mocniej wartościowe i drobiazgi jak stoły gorsze, szafy, skrzynie, k. ogórki połowę 150 kur, króliki – to zostawiamy, gdyż i tak dużo jest rzeczy, a zresztą nie ma czasu. Pakuje się na wozy i odwozi do Borku i Poręby. Dnia 1.XII. o godzinie 17-tej opuszczamy kochany Koszków. Koszków miejsce mojego urodzenia, w którym w nim się wychowałem i wiele miłych chwil spędziłem w łonie rodziny, kolegów i kochanego mojego kuzynka Romka Ofierzyńskiego, z którym się bawiliśmy w uroczym parowie Koszkowskim. Skończyły się czasy dziecięce, które bardzo mile będę sobie wspominał w późniejszych latach. A teraz stoję i patrzę ze łzami w oczach na wszystko me ukochane. Żegnam te białe ściany naszego domu ten śliczny park, strzelający setkami rozłożystych i smukłych pni drzewnych, żegnam cię ogrodzie kochany w którym często zajadałem soczyste winogrona; żegnam was górki, pagórki, któreście były dla mnie torem saneczkowania; żegnam was pola znajome, po których goniły nieraz nogi moje za ubitą zwierzyną; żegnam cię parowo zielona, którą cię kochałem najwięcej i gdzie tworzyłem liczne tamy i stawki, po której goniłem was dzikie króliki.
Żegnam więc wszystko co było mi kochane i drogie. A teraz czas już na nas - czas opuszczać was. Godzina 5 wybiła.
Wyjeżdżamy! Dowidzenia !!!

1.XII.1943r.

Rozpoczyna się pierwszy akt dramatu wysiedleńczego. Od dnia 1.XII. zamieszkujemy w Borku u Dziadzi. Prowiant bierzemy z Poręby. Jest to nasza własność 300 morgów 75ha. Do Poręby z Borku mamy 3km. Teraz mamy bardzo blisko do kościoła. Ja będę chodził II rok na naukę przygotowawczą do I Komunii św. Po świętach ma być otwarta szkoła w Borku. Ja teraz bawię mojego małego braciszka Andrzejka. Ma on 1 rok. Mieszkamy w 1 pokoju w bardzo dużej sali. Obok w trzech pokojach jest kilku żołnierzy. Są to bardzo nad wyraz porządni ludzie. Podoficer jest z Bremeny. Miał on tam swoją hurtownię kawy. Nieraz rodzicom lub Dziadzi da jej. Dziadzia z banku został wyrzucony. Bez pracy źle się czuje, pomimo swoich 76 lat. Mógłby jeszcze zrobić kilkukilometrową przechadzkę, jak to czynił przed wojną. Tatuś do Poręby co dzień chodzi. Ja też często chodzę po mleko. Krów mamy tam 20 i 9 koni. Do nas przychodzą w odwiedziny dwóch księży. Ksiądz proboszcz Pawłowski i wikarjusz ks. Woźniak. Fara stoi nieczynna. Nabożeństwa odbywają się w klasztorze. Niemcy z Koszkowa paradują się z karabinami po mieście. Po godzinie 8 nie wolno chodzić. Mięso dostajemy na kartki. Ale i tak na boku można kupić. Na Pogonie załamał się most.

Święta Bożego Narodzenia

Święta gwiazdkowe corocznie tak uroczyście obchodzone w naszym gronie rodzinnym, dzisiaj stały się smutne. Gnębią nas Niemcy, gnębi nas szykana niemiecka, dusza rozdziera się boleścią patrząc na morderstwa popełniane na naszych braciach. Lecz w tym rzewnym smutku pociesza nas Ta Boża Dziecina, która wiele w swoim życiu ziemskim przecierpiała i niejedną obelgę zniosła cierpliwie. Więc i my nędzni grzesznicy, biorąc wzór z Boga i Ojca naszego miłosiernego Jezusa Chrystusa, cierpmy za nasze winy i występki dopóty – dopóty Bóg w swym miłosierdziu przebaczy nam nasze winy i pozwoli nam doczekać do zmartwychpowstania naszej wielkiej Polski kochanej niepodległej ojczyzny, której bronić będziemy do ostatnie kropli krwi. Więc z nadzieją i otuchą patrzmy w lepsze jutro które nam przyniesie wolną niepodległą ojczyznę !!! A gdy zmyjemy z dusz naszych wszelki brud i dusze nasze przyozdobią cnoty miłości i umai się nasza dusza na przyjęcie Boga, wtenczas dostąpimy tego czego najwięcej pragniemy. Wolnej! Niepodległej ojczyzny!!!

Święta Bożego Narodzenia spędziliśmy w gronie swojej rodziny oraz ukochanego Dziadzinka. Andrzejek od żołnierzy dostał 2 czekolady. Do kościoła wolno było pójść. Mróz jest dość znaczny. Dochodzi do minus 15-25st. Śniegu dość dużo. Chodzę się saneczkować za Borek. Jest piękna górka. Bardzo dużo młodzieży korzysta z niej chętnie. Wciąż uwija się koło 50 par saneczek. W tych dniach Niemcy wysiedlili 10 rodzin polskich z Borku. My również czekamy tego przeznaczenia. Każdy z nas trzech Włodek, Ira i ja mamy swój uszykowany worek z najpotrzebniejszymi potrzebami. Z Poręby tatuś odstawia co może. Zboże na gwałt młóci, aby nic przeklętym Niemcom nie zostawić. To samo robią inne prywatne majątki. Niemcy w Borku mają swoje zebrania a na nich odczyty i nakazy swojego Boga – Fürera jak go nazywają.

Nowy Rok
    „Rok Nowy”

    Perła stoczyła się nowa
    Złotego ziemi różańca
    Zorza zabłysła różowa
    Z błękitu krańca

    Gwiazda iskrząca się toczy
    Po zbiegłych siostrzyc kolei
    W tęczowej błysły przezroczy
    Skrzydła nadziei.

    Widzę już zdala lazury
    Wiosennych nocy gwieździstych,
    Kwiaty z turkusu, z purpury,
    W rosach perlistych,
    Róż i liliji korony,

    W korale strojną kalinę,
    Łan bujnem zbożem złocony,
    Jeziorko sine.

    Roku nasz nowy! Czy w życiu
    Ku szczęściu szalę przeważysz?
    Co nam gotujesz w ukryciu?
    Czem nas obdarzysz?
    Może zagadnień wiekowych
    Będziesz tłumaczem?
    Może też w dniach Twoich nowych
    Gorzko zapłaczem? 

    Może ty prawdy, odkrycia,
    Brylanty niesiesz nam cenne?
    Zerwiesz na drzewie rozwicia
    Kwiaty promienne?

    Roku nasz nowy niech z tobą,
    Jedność, braterstwo zaświta!
    Z otchłani błyśnie ozdobą
    Perła ukryta!

    Byśmy dowiedli czynami,
    Gdy myśl Chrystusa nam droga
    Żeśmy zgodnymi synami
    Jednego Boga!

    Żeśmy przez Ducha Bożego
    Czem brat pojęli dla brata,
    Czując, że krzywda jednego,
    To wspólna strata!

    Że duch miłości, dobroci,
    Blasku wśród nas nie zatraci
    Że życie zgodą nam złoci
    I wspólna praca!

1940 rok.

Minęło 20 lat jak zdołaliśmy się wydostać spod tyranji trzech zaborów. Po zwycięskich bitwach wywalczyliśmy ojczyznę. Lecz nie na długo… I kiedy Boże obdarzysz nasz kraj prawdziwym, długotrwałym… pokojem? Spójrzmy w przeszłe karty historii, a zobaczymy że walka o niepodległość naszego narodu nie trwała tylko kilka lat, ale trwała aż półtora wieku. Zdawać by się mogło człowiekowi że przez ten tak długi czas serce naszego narodu wymarło i jako mgła się rozwiało. Ale nie! W myślach ludzkich naszych rodaków, tak jak lawa, gotująca się w wulkanie wrzała myśl o niepodległości ojczyzny, poparta trzema zbrojnymi wystąpieniami. Po każdym powstaniu widoczne były szeregi ludzkie zakute w kajdany. Unosiły one z sobą najlepszych synów ojczyzny, niosąc w śnieżną krainę Rosji ich ciała, duszę i nieziszczone marzenia. Nieprzyjaciel myślał, że tym zabije polskie serca. Lecz srogo się jednak mylił. Naród nigdy nie odpasywał od serc swych miecza, zwróconego na swych nieprzyjaciół. A tym mieczem były myśli naszego narodu, które niezachwianie dążyły do niepodległości. Więc i w tej wojnie nie traćmy nadziei, a jedna myśl, wspólna praca i czyny bochaterskie, przyniosą nam na pewno upragnioną wolność. Trwać będziemy na naszych posterunkach i znosić cierpliwie wszelkie uciski i gwałty. A na zew! wszyscy staniemy jak jeden do obrony z bronią na ramieniu. Oddajmy się opiece Bożej i ufajmy Jemu Bogu w Trójcy Wszechmogącemu. On nas jedynie wyratować może.

Zaczynamy chodzić do szkoły. Pod przymusem. Ja chodzę do V klasy. Uczymy się tylko języka niemieckiego. Mróz około piętnastu stopni. Tatuś co dzień chodzi do Poręby, a wieczorem powraca saniami przywożąc mleko i jakąś żywność. Ja też czasami chodzę do Poręby. Śniegu bardzo dużo. Na pół metra wysoko. W tym I miesiącu niespodziewanie zjawił się wujek Janek Niemczyk, którego Niemcy puścili z obozu. (Przed wojną miał majątek 700-morgowy. Na początku wojny gdy tylko Niemcy wkroczyli Niemcy z okolicy wujka internowali prawdopodobnie na tle obopólnej nienawiści przedwojennej). Opowiadał nam jak niektórych internowanych w okrutny sposób zmuszali do zeznań, a oni nawet nieprawdę mówili na swoją niekorzyść, aby tylko uwolnić się od uderzeń gestapowskich gum. Niemcy w okolicy urządzają polowania. Mundek Szurkowski z Koszkowa został przeniesiony do Jeżewa jako buchalter. Strasznie ich tam polaków Marks tyranizuje. W Koszkowie jest teraz pan Błajet, który umiał się przypodobać panu Marksowi. Niemcy uważają polaków tylko za parobków, którzy nic więcej nie potrafią robić, jak czyścić im buty. Do Borku przyjechał wujek Zbiniu (mamusi przyr. brat). W ostatnim tygodniu stycznia są bardzo silne mrozy, które trwają przez około dwa tygodnie. Termometr wacha się od 20 do 35 st. poniżej zera. Wcale z domu nie chce się nosa wytknąć, a tu jak na złość trzeba iść do szkoły. Przychodząc ze szkoły zdejmuję na gwałt trzewiki i skarpety i rozcieram sobie nogi. Czubki palcy u nóg stopy i pięty całkiem odmroziłem. W ciepłym pokoju nie mogę wytrzymać. Leżałem trzy dni w łóżku.

Borek, Luty II 1940 rok

Po szosie jeździ dużo ciężarowych samochodów. Saperowie czescy wciąż łatają dziury. U nas z żywnością nie najgorzej się przedstawia. Rano na śniadanie mamy bułki, obiady też dobre, a wieczorem herbata z chlebem i wątrobianką. Dziadzi brakuje bardzo radja, które zabrali Niemcy (firmy „telefunken”). Drugiego lutego są Dziadzi imieniny. Wszyscy po kolei składamy życzenia. Na imieninach oprócz nas są obecni państwo Ciachoscy, państwo Kuleczkowie, ksiądz pr. Pawłowski i ks. wik. Woźny, który przygotowywał mnie w I roczniku do spowiedzi św. Na stole jest tort, babki i inne różne ciasta przystrojone przez Kasię (służącą dziadzi). Ma ona naprawdę do tego dar. Służy u Dziadzi już około 20 lat. Przed wojną naprawdę robiła z czekolady i ciast kunsztowne rzeczy. Robiła róże marcepanowe. Z saneczkowania nadal korzystam. Dziadzia kilka dni choruje. Ja z mamusią idziemy do Poręby. Spowrotem jedziemy saniami. Śniegu dużo. Mrozy słabsze. Za każdym przejeżdżającym samochodem się budzimy z myślą, że może po nas jadą. Ślizgam się na Pagonie. Po tutejszych majątkach jeździli Niemcy z Estonii. Pewnie obejmować będą nasze majątki polskie. Rodzice i siostra jadą do Dąbrówki. Dużo ludzi używa karbidowe światła.

Borek do dnia 14.III.1943r.

Chodzę do dentysty leczyć zęby. Do kościoła chodzimy na drogę krzyżową.
4.III. Stało się to cośmy się spodziewali. Odebrali nam Porębę. Nic nam z niej nie wolno wziąźść. Szkoda tych mebli co tam się zostały. Z Włodkiem nasze zbiory filatelistyczne oddajemy na przechowanie do pani Mikołajczakowej. Jeżdżę z nim za saniami na małych saneczkach. Przyszedł Mundek Szurkowski, opowiada on nam o terorystycznym obchodzeniu się Marksa z Polakami. Za najmniejsze przewinienie bije do omdlenia. Mundkowi naturalnie też się dostało.

8.III. Zaczyna śnieg tajeć. Dostaliśmy list od wujostwa Niemczyków z okolic Sokołowa. Ciocia Maryla też dużo przecierpiała w tych tamtejszych brudach. Teraz ma trochę lepiej. Jurek i Bogdan w niewoli niemieckiej. Jurek ma być zwolniony, gdyż w niewoli choruje na wątrobę. Ma on dopiero 17 lat.

10.III. Przed naszymi oknami przesuwa się smutny widok. Oto wszyscy księża z naszego powiatu jadą w stronę Jarocina na bryczkach i wozach. Wszyscy nasi przewodnicy wyjeżdżają od nas przymusowo. Są też pomiędzy niemi staruszkowie 80 letni. Gdzie jadą? Przeczuwamy okropną ich przyszłość.

Niech Bóg ma ich w swojej świętej opiece.

14.III.1940r. – 14.V.1940r.

Baraki, za drutami Poznań. – Okres II.

Rano – siedząc przy śniadaniu słyszymy dobijanie się do drzwi, a gdy ujrzeliśmy żandarmów i tutejszych panków folksdojczów – wiemy po co przyszli. W pół godziny każą nam się uszykować do drogi. Najpierw się przebieramy i wkładamy po parę par odzieży, gdyż słyszeliśmy, że tylko to jest najbezpieczniejsze – co na sobie. Andrzejkowi – też daliśmy dwa płaszczyki i futerko, spod którego mało co go widać. Potem pakujemy najpotrzebniejsze rzeczy, któreśmy nie spakowali, gdyż były w codziennym użytku jak np. pościel, garnki itp. W międzyczasie bierzemy worki, które już były uszykowane i znosimy pościel. Starszy rangą Niemiec, który nie zauważył już gotowych worków tylko te rzeczy któreśmy pakowali – na razie pozwolił nam pakować. Spostrzegłszy tą kupę rzeczy sterczącą w sionce, chwycił się za głowę, mówiąc, że i tak nie przewieziemy tego. Po smutnym pożegnaniu się z Dziadzią, łez pełnym, pocieszając się, że niedługo wrócimy (wciąż wśród nas Polaków wrzała myśl że za dwa trzy miesiące powrócimy spowrotem, nie zastanawiając się jaki sposobem to się stanie. Ot tak – przyjdzie odrazu) odjeżdżamy pod eskortą, jak jacyś rozbójnicy do stacji „Wojciechów”. Po drodze przejeżdżamy koło Poręby, żegnając ją spojrzeniami. Na dworcu w Wojciechowie zastajemy już koło 10 rodzin wysiedlonych. Jedni to nasi sąsiedzi, którzy mieli 700 mórg: 175ha inni to drobni gospodarze rolni. Czekamy na stacji do godziny 11. Ludzie przynoszą nam ciepłe pożywienie. Ważą nasze rzeczy. Wolno nam brać po 50 funtów na osobę (1 funt 0,5kilograma). My po odłożeniu parę pakunków wagi 130 funtów mamy jeszcze na wadze 340 funtów. O godzinie 12 jesteśmy w powiatowym mieście Jarocin. W Jarocinie czekamy do trzeciej. Jemy bułki, które nam Kasia jeszcze w Borku od piekarza przyniosła. Do nas przyłączają jeszcze jeden transport z samego Jarocina. Pomiędzy innymi są siostry księży Jarocińskich, którzy zostali wywiezieni do Dachau. Zrobili listę nas wszystkich, sprawdzili czy wszyscy są i wio! nach Posen. Po drodze do Poznania musieliśmy się przesiadać do innego pociągu gdyż tor był podmyty i przerwany przez Wartę. Straszne to było przejście. Gdyby nie nadwinęła się platforma, to byśmy połowę rzeczy musieli w polu zostawić. Pomiędzy nami jest też kilka kalek. Dla tych to najgorsze. Po przesiadce prosto zajechaliśmy do Poznania na dworzec wsch. Tam znowu 0,5 kilometra tunelami do innego pociągu. I tym razem sprzyjało nam szczęście że przy pomocy 3 ludzi wszystko przenieśliśmy. Przechodzimy pod mostem koło teatru Wielkiego. Jakże mi smutno się zrobiło. Przed dwoma laty pamiętam tu często przechodziłem. Wtenczas jednakże jakie inne były cele. Byliśmy na wakacjach gwiazdkowych u kochanej cioci Stefci. A teraz? Jedziemy dalej na dworzec Główny. Wysadzili nas przed dworzec, naturalnie pod eskortą i na deszczu musieliśmy czekać. Później wprowadzono nas do dworca, gdzie czekało na przeznaczenie wiele innych losem podobnych ludzi. Na pierwszy rzut oka spostrzegamy że i oni mają po kilka par odzieży. Trochę to zabawnie wygląda. Ludzie mają po 2-3 płaszcze a na głowie po 3-4 czapki i kapelusze nałożone na głowę kolejno jak śledzie. Naprzykład obok nas stoi jegomość. Na pierwszy rzut oka wygląda jakby miał conajmniej ze 3 centnary. Długo nie może wytrzymać z powodu gorąca panującego tu na dworcu, a przy ludziach i w tym tłoku nieładnie się rozbierać. Wkrótce przemogły go męczarnie gorączki i zdejmuje z siebie odzież. Zdjął futro niedźwiedzie, jesionkę, płaszcz letni i garnitur. O dziwo z otyłego mężczyzny którego patrzano z ciekawością z powodu jego gruboty, powstaje w jednej chwili wysoki, szlankowny mężczyzna lat może 30. Naprawdę śmiać nam się chciało, chociaż byliśmy w przykrym położeniu. Po trzygodzinnym wyczekiwaniu jakaś niemiecka morda oznajmia nam że idziemy do obozu i rzeczy mamy zostawić, gdyż jutro będą nam doręczone. My nieufni Niemcom, że rzeczy nam nie oddadzą co możemy – bierzemy. Ira z tatusiem biorą po worku. Włodek z mamusią też jakieś toboły. Ja Andrzejka i wiaderko z szmalcem. Złowrogo szepczą odgłosy naszych kroków po ulicy Poznania. Do tego woda, deszcz mocno pada, zaglądając i uciskając się wszędzie. Idziemy znowu torem. Ja dwa razy się przewróciłem, gdyż nie mogę nadążyć a podkład szyn jeszcze przeszkadza. Na dodatek Niemcy poganiają kolbami. Po półgodzinnym marszu wszyscy opadamy z sił. Zdaleka widać kontury szopy – baraki. Przechodzimy trzy razy przez bramy pomiędzy drutami kolczastymi. Przy każdej bramie stoi warta. Złowrogo patrzą na nas strażnice obozu, z których na cztery strony biją jaskrawe reflektory. Przychodzimy do baraku. Ludzie wznoszą nam tłomoki. Popijamy kawę, robimy posłanie na zgnitym barłogu i idziemy spać.

Pierwszy dzień w barakach 15.III.

Nad ranem się przebudzamy i rozglądamy się nad swoim położeniem.

Opis baraków

Baraki IV w których my jesteśmy to szopa w kształcie prostokąta długości może 150 m., szerokości 40 m. Po bokach są dwa wywyższenia szerokości każdy 17 m. a w środku 6 m pasem może iść pociąg. Szyny są. Na tym środkowy pasie stoi 7 żelaznych piecy opalanych węglem. Jest to szopa, gdzie przed wojną był skład amunicji. Wysokość jej wynosi 12 m i dzieli się na dwa piętra. Dół i 1 piętro. Środkowym pasem 6 m jest wolna przestrzeń do samego dachu. Na końcu są dwie umywalnie a po bokach stoją stoły i ławki. Kuchni tu niema. Jest to osobny budynek, gdzie jedzenie dostaje się za ogonkiem. Jest też i kantyna, szpital i 2 inne baraki. Wszystko murowane oraz 2 baraki drewniane.



Plan baraku

Umieszczają nas na dole przy samych drzwiach od pożaru. Strasznie wieje. W jednym kawałku śpi nas 15 z bagażami. Niemożliwy ścisk. W południe stajemy w ogonku za zupą. Jest kasza. Przez nią chcemy „jechać do Rygi”. Na wieczór pijemy żółędziówkę. Państwo Łuczakowie naprzeciwko nas leżą. Nogami się prawie stykamy. Obok nas Wachowie (9 osób) wszyscy dorośli. Wieczorem odchodzi transport do Tarnobrzegu woj. Kraków. Tuż za drutami obozu płynie Warta.

16.III.40r. Zaprzyjaźniłem się z dwoma chłopcami z Wojciechowa. Zwiedzamy dziury barakowe.
17.III. Dziś paskudna pogoda. Kilka stopni mrozu i śnieżyca. Najgorsze to wędrowanie do domków.
18.III. Teraz co dzień bawię Andrzeja. Czeba na niego uważać, gdyż mógłby zlecieć na bruk. Gdy zimno nam dokucza gromadzimy się koło wielkiego pieca.
19.III. Komendantem tego obozu jest polak, który przed wojną był rzeźnikiem. On dba o czystość, porządek i rozdział margaryny, chleba, itd. Rano i wieczorem mówimy, raczej śpiewamy – rano – „Kiedy ranne wstają zorze”, wieczorem: „Pójdź do Jezusa”. Jest to ładna pieśń przystosowana do tego teraźniejszego okresu, kiedy nami smutek i rzewność włada.
    „Pójdź do Jezusa do Niebios bram
    W nim tylko szukać pociechy mam,
    On nas napoi krwią swoich ran,
    On Ojciec, Lekarz, Pan.

    Słuchaj Jezu jak Cię błaga lud
    Słuchaj, słuchaj, uczyń z nami cud.
    Przemień o Jezu smutny ten czas,
    O Jezu pociesz nas.

    2. Że z nami jesteś pozwól to czuć
    Nadzieję naszą omdlałą zbudź
    Daj przetrwać mężnie prób ziemski czas
    O Jezu pociesz nas

    Słuchaj Jezu….

    Gdy nas otoczy ponury cień
    Daj przy ołtarzu w smutny ten dzień
    Znaleźć ochłodę i męstwa zdrój
    W Tobie o Jezu mój.

    Słuchaj Jezu….”
20.III. Idę w ogonek przed kuchnię po obiad. Jest kapuśniak. Do niego mamy trochę swojej żywności i żywność z paczki, którą nam przysłała K. Wittajewska.
21.III. Jest rozdział margaryny i chleba. Margaryny dostajemy po 100 gr. na osobę a chleba po 500 gram na przeciąg 4 dni. Odwilż. Zaczyna się robić ciepło. Major wojsk niem. przeglądał barak.
22.III. Jest tu też kantyna. W niej za ogonkiem naturalnie można dostać co dzień kilka bułek po 10 pf. za 1 sztukę. Z baraku wynoszą jakiegoś chorego.
23.III. Z chłopcami gram w guziki i pieniądze. Włodek pomaga roznosić kaszę pszenną dla dzieci i dla starców. Zawsze dla niego trochę zostanie.
24.III. Niedziela. Dzisiaj obiad możliwszy, gdyż jest rosół z makaronem. Modlimy się z książeczek do nabożeństw. Wielkanoc.
25.III. Mamusi wolno się było widzieć z p. Wittajewską tylko na parę minut przy warcie. Przyniosła nam paczkę żywnościową.
26.III. Do baraków przychodzi dużo paczek. Każdy prawie dostaje od krewnych.
27.III. Obok nas w drugim przedziale są państwo Lewandowscy. I na co dzień przynoszą żywność. Co dzień wcinają słoik konfitur. W przegrodzie jest bardzo ciasno.
28.III. Andrzej zaziębiony. W ścianie są drzwi i niemi bardzo idzie przeciąg. Na obiad jest brukiew. Na rano zawsze lura z żołędzi.
29.III. Od dzisiaj jako że się zrobiło ciepło co dzień mężczyźni idą do koryta na dwór i muszą się do pasa myć. Potem kilka razy wkoło obiegną dróżki, aż ustaną im nóżki.
30.III. Nad Poznaniem dzisiaj ćwiczą się samoloty. Warta wezbrała, a po jej wodach płyną łodzie.
31.III. Jedna nauczycielka bawi się z dziećmi wszystkimi z baraków. Dzisiaj na obiad od dwóch dni stęchła kasza.

1.IV.1940r.

Kwiecień - Wiosna

Zniknęły śniegi – zniknęła pokrywa lodowa rzeki Warty. Na lewym brzegu Warty gdzie rozciągają się pola uprawne poprzerywane srebrzystymi strugami dopływów Warty zazieleniła się ruń zbóż. Tylko kawałkami jeszcze rolnik uprawia ziemię pod rośliny uprawy jarej. Kawałkami stoją lasy sosnowe, w których wre życie wietrznego ptactwa. Na tle nieba lecą bociany i przecinają w powietrzu wstęgę rzeki. Po wartkich falach płyną statki i drobniejsze łodzie. Cała przyroda przebudziła się ze snu zimowego i z nowymi zapasami sił i woli po długim odpoczynku rozwija się i pnie ku słonku. Z rzewnością w oku patrzymy zza drutów obozu na budząca się przyrodę. Smutno… - że nie możemy ulecieć w czarującą krainę przyrody i dzielić jej los. My siedzimy i wegetujemy w miejscu ciasnym i niewolniczym.

1.IV. Prima-Aprylis

Nie chce się nam dziś żartować. Bawię się z kolegami ”w niemieckie”. Obiad dziś jest lepszy w postaci grochówki. W ogonku nie można było dojść do kuchni. Po południu idziemy do kotła po wodę i parzymy herbatę. Dostaliśmy paczki od krewnych. Pani Wittajewska też dużo nam rzeczy przysyła.
2.IV.1940r. Rano biegnę do kantyny po bułki (naturalnie w ogonku). Andrzejek nam zachorował. W szpitalu przeczyścili mu ucho olejem – oliwą. Szpital jest specjalnie dla baraków i stoi w obrębie drutów. Jest w nim dwóch doktorów i kilku obsługi oraz siostry miłosierdzia. Jest on przepełniony chorymi, gdyż w takich warunkach barakowych chorych nie brak.
3.IV. Jestem przeziębiony i leżę na barłogu. Wyniesiono do szpitala siostrę ks. panią Gomulewską z Jarocina, dobrą znajomą wujostwa Rejewskich. Wieczorem przyszedł transport wieśniaków z pod Szamotuł. Przybyło 35 ludzi.
4.IV.40r. Rano był lekki przymrozek. Z kolegami barakowymi biegam po baraku. Wieczorem zbiórka mężczyzn.
5.IV.40r. Od dzisiaj mężczyźni mają pracować grupami. Co dzień inna. Będą wykonywać różne roboty barakowe. Włodek (mój brat) pomaga przy rozdawaniu kaszki. Chodzi i krzyczy. „Kasza dla dzieci i dla starców!” Przyszedł transport złożony z trzydziestu ludzi. Pan aptekarz z Kruszwicy bardzo sobie upodobał Andrzejka. Kupił mu piłkę.
6.IV.40r. O 5-tej rano jest zbiórka mężczyzn. Kobiety w tych wypadkach bardzo się boją o ich życie. Jest dziś tzw. „Stęchniaczka”.
7.IV.40r. Niedziela. Na obiad rosół z makaronem. Przy stołach zgrupiają się ludzie i odmawiają modlitwy.
8.IV.40r. Andrzejek na ucho coraz bardzie narzeka. Poszedł do szpitala, gdyż ma 40 st. gorączki. Na 1,5 roczne dziecko to ta gorączka wysoka. Ja ma specjalne względy u pani Łuczakowej, która mnie zawsze czymś obdarza. Jadamy wspólnie z państw. Łuczakami. Zaznajomiliśmy się z młodymi Zientarskimi z Pleszewa.
9.IV.40r. Dostaliśmy trzy paczki. Jedną od p. Witajewskiej, 2 wujka-stryja Franka i od Kubiaka z Poręby. Przyszło pieczone mięso, masło, jajka, ser i dla Andrzeja „Owomaltima”, cukierki i ciasteczka. Mamusia rozmawiała przy bramie z panią Witajewską.
10.IV.40r. Mamusia teraz śpi w szpitalu z Andrzejkiem. Dziś tam byłem. Właśnie jedno dziecko (1rok) umierało na zapalenie płuc. Nad nim płakała matka. Boimy się o zdrowie Andrzeja. Dostaliśmy paczki żywnościowe od Dziadzi. Wszyscy zgromadziliśmy się na dziedzińcu przed barakiem IV gdzie major wygłosił przemówienie do nas. Wychwalał zwycięstwa wojsk niemieckich i mówił o zdobyciu Danii, Szwecji i Norwegii. My wszystkie dzieci urządzamy zabawy z jedną nauczycielką.
11.IV.40r. Partiami od kilku dni chodzą do odwszawiania. U nas tych nieznośnych pasorzytów się oddala jeśli wogule możliwe pranieniem i wietrzeniem pościeli oraz bielizny. Z odwszawialni kilka osób uciekło i został wydany ostry zakaz wychodzenia za druty lub widzenia kogokolwiek.
12.IV.40r. Dostaliśmy paczkę. Ludziska gadają że będzie rewizja. Chowamy pieniądze w słomę a później nie możemy odnaleźć.
13.IV.40r. Major dziś ogląda baraki. Musimy wszyscy stać rzędem przed stołami, a on chodzi z naszym komendantem i lustruje. Niejednemu dał w pysk za ręce w kieszeni.
14.IV.40r. Przy ciepłej pogodzie wyrzucają barłóg. My szukamy i znajdujemy różne rzeczy, które zgubili nasi poprzednicy. Ja znalazłem kilka marek, jedwab, 50 guzików i inne drobne przedmioty. Jeden znalazł 500 mk. Włodek znalazł wieczne pióro.
15.IV. Powietrze stało się cieplejsze. Toteż co dzień po południu naszą szopę się na oścież otwiera i wietrzy z zaduchu. Dwie godziny wszyscy przymusowo przebywają na dworze. Poszczególnie ludzie gromadzą się pomiędzy sobą w kółka przyjacielskie i tym sobie skracając ciągnący się ciężko czas. Grają w karty, na instrumencie i różne gry. Wszyscy wysiedleńcy z różnych stron i różnego pochodzenia tworzą tutaj jedną zwartą rodzinę, której nicią wiążącą jest równość wyznania i imię Polaka. Kupiec łączy się z biedakiem, wieśniak z magnatem. Panuje wśród nas równość bez swar i kłótni. Niema tu wyodrębnienia bogatego od biednego. Jedna myśl ciągle nas niepokoi. Kiedy zdobędziemy upragnioną ojczyznę? i jaka będzie nasza najbliższa przyszłość. Myśli te nie dają nam spokoju i nawiedzają co chwila. Co do pierwszego panuje u nas przekonanie że niedługo się ziści i powrócimy do swoich zagród. Są i tacy (ale to odsetek) którzy nie poddali się bezpodstawnemu uniesieniu optymistów, ale rozważnym okiem zapatrują się na przewalającą burzę grozy wojennej. Ci jednak przepowiadają koniec wojny na 1943-44r., więc nie podoba się to ogółowi i nazywają ich nie mniej nie więcej jak „obłąkanymi”. Jest powszechne przekonanie że to nastąpi jakiś przewrót wewnętrzny i Anglia dopomoże. A tymczasem Anglia boi się o własną skórę, która jest zagrożona. Nie ma wyćwiczonego żołnierza, brak samolotów i wszelkiego uzbrojenia z porównaniem do potęgi hydry niemieckiej – mają fiasko. Nasze ptaki dobrze ich pono bronią. A tu entuzjast taki i ufność z tej strony prędkiego uwolnienia. Ze zgrozą patrzymy na państwa, które upadają i chylą czoło niewolnicze przed złowrogą czarną swastyką na białym polu.
17.IV.40r. Jak błogo czujemy się teraz po zmienieniu spleśniałej sieczki na czystą, świeżą słomę. Odwykliśmy od wygód miękkiego łóżka i nienajgorzej czujemy się na podłodze cementowej.
18.VI. Dzisiaj znowu w sąsiednim przedziale wielkie zamieszanie. Oto panu Zientarskiemu w pobliżu głowy spłynęła rosiście jakaś ciecz niewyraźnego pochodzenia. Pan Z. bardzo energicznym usposobieniem zaklął siarczyście pod wąsem i poleciał jak strzała napięta sprawdzić tożsamość deszczu. Okazało się, że jakaś pani ka-pi-ta-no-wa myła i zawartość mydlin zleciała raczej spłynęła na legowisko poszkodowanego, który powiedział jej parę nieprzyjemnych słów do duszy i ciała.
19.IV. Tatuś dziś idzie rąbać drzewo do piecy. W ostatnim czasie bardzo zmizerniał. Mamusia kręci się około żelaznego piecyka, aby Andrzejowi móc coś ciepłego ugotować. Piecyk jest od świtu do nocy oblężony przez barakowe paniusie.
20.IV.40r. Rankiem rychło z tatusiem idziemy przed kantyną myśląc że nikogo jeszcze nie ma, a tu już „ogon” na kilka metrów. Na bułkach każdemu zależy. Jest to jedne lepsze pożywienie spożywane w baraku. Przyszedł też dziś zamówiony dawniej jeszcze placek. Mamy go trzy blachy. Jest dość dobry, posypany gęsto słodyczą. Kosztuje 1mk.50pf.
21.IV. Dziś znowu wstrętna kasza, którą nie mogę w żaden sposób przełknąć. Włodek gra w prefcransa. Ja gram z chłopakami na trawie w walkę narodów (gra piłką nożną dwa ognie).
22.IV. Dziś znów chałasy, gdyż z pierwszego piętra lecą w czasie jedzenia pierza z trzepanej pierzyny i ktoś zamiata schody, skąd brud leci w naszą stronę.

Wierszyk poniżej napisany daje barwną harakterystykę o baraku, w którym przeżywaliśmy długi dwumiesięczny okres naszej tułaczki.
    pt. „Reportaż o baraku IV”

    Hałas, zamęt, gwar i szum
    Różnobarwnych ludzi tłum.
    Długa buda barak czwarty
    Kogo tutaj przygnał los
    Pozna że to nie są żarty
    Słoma wszędzie pułap niski
    Nocą żarówek ostrych błyski
    Żelaznych pieców błyska żar
    I wciąż bez przerwy szumi gwar.
    Przelewa się i przelewa
    Różnorodnych ludzi fala
    I ogarnia żal ogromny
    Że to wszystko tłum bezdomny.
    Siedzą ludzie na barłogu
    Myśląc o rodzinnym progu
    Garną skromny swój dobytek
    Człek się tu czuje jak rozbitek
    Stracony dom, smutek wygnania
    Żałosne wciąż chwyta rozmyślania.
    Dzień się tu wcześnie zaczyna
    Bo ludzie – piąta nadchodzi godzina
    Już pierwsze głosy – urywki rozmowy
    I z legowiska unoszą się głowy.
    Po tym plusk przy umywalni
    Grzanie wody na piecyku
    Rozbrzmiewają w wykrzykniku
    Różne żale, skargi, złości-
    A po źle przespanej nocy
    Rozprostować trzeba kości.
    Zimna woda z kurków płynie,
    A gdy czynność mycia minie
    Wszystko siada do śniadania.
    Lecz poprzednio śpiew chóralny
    Bo typ dnia tu idealny,
    Kiedy ranne wstają zorze,
    Śpiewamy Ci dobry Boże.
    Wnet zapasów rozkładanie
    Smarowanie, nalewanie,
    Każdy swój garnuszek trzyma
    Lura dymi przed oczyma.
    Dalej słanie legowiska
    Koło pierzyn, kołder, szmat
    Uwijają się ludziska.
    I szeleści brudna słoma
    Cząstka dnia to jest znikoma,
    Bo znów inne są czynności
    Pełne dużej ruchliwości.
    A na dworze skrzypi zmarzły śnieg
    Gorącą wodę niosą z kuchni ludzie
    W tutejszym zwykłym naszym trudzie.
    Do prania, mycia szorowania
    Następnie bywa zamiatanie.
    Pewnej części sali, między słupy
    Wręcza miotły swym paniom
    Kierownik każdej transportowej grupy.
    Po skończonym porannym mozole
    Siada się po tym przy sprzątniętym stole.
    A barak tętni falami rozmowy
    Od czego można dostać bóle głowy.
    Ale niestety nie ma na to rady
    Rozdaje drobinę masła, albo marmolady
    Dzienna porcja także kowyżnego chleba
    Cóż więcej człowiekowi do szczęścia potrzeba?
    O pierwszej tak zwany obiad
    Przed kuchnią I ogony,
    Jadłospis bywa stale niezmieniony.
    Zupa z kaszy brukwi, albo grochu,
    Cóż robić? Trzeba przywyknąć potrochu
    Po obiedzie liczne nowe wędrówki
    Snują się ludzie, jak ruchliwe mrówki
    A w umywalni znów tłok
    Okrzyki-przepraszam! Zderzenia co krok.
    Po tym szczęśliwi biegają po paczki,
    Inni do biura żeby kupić znaczki,
    Lub wznosić o zezwolenie podania,
    Lecz zwykle nic nie znaczą starania.
    Tam dobrotliwy pan Trzeciakowski
    Słucha cierpliwie skarg, umniejszając troski.
    Inni w tym czasie drzemki używają
    I do poduszek głowy przytykają,
    O ile je mają.
    Lecz tysiące głosów drzemkę przerywa
    Potem powoli mrok przez okno wpływa
    Liljowego śniegu płaszczyzna
    A w myślach jeden wyraz „Ojczyzna”
    Utracona przejściowo, nagle i okrutnie
    Więc ciężko nam polakom rozpacznie i smutnie.
    Marzenia i przejścia w jeden wir się plotą
    I serca zalewa ją ogromną tęsknotą.
    Co te same pragnienia w jeden rytm wydzwania
    Na tle nocy światła się palą Poznania;
    Świat się napełnia nastrojem i ciszą.
    Długie sople lodowe u pułapu wiszą
    Po udeptanych ścieżkach zamkniętej przestrzeni
    Snują się ludzie na kształt czarnych cieni
    Na śnieg spływają reflektorów smugi
    I każdy tu wieczór beznadziejnie długi.
    Mróz ostry do baraku wpływa znów spowrotem
    Rozmawiają tu wszyscy lub leżą pokotem
    Bo w tych przykrych warunkach trudno o zabawę
    O szóstej noszą podobno czarną kawę
    Na tym się kończy nasz posiłek dzienny
    Chleb, kawa, zupa – oto wikt więzienny.
    Stworzono nam tu przecież warunki nędzarzy
    O utraconym domu każdy cicho marzy.
    Przechodząc wszystkie fazy żalu, zmartwień i męki,
    Jest jeszcze jeden fragment tej naszej udręki.
    To wędrówki konieczne w ciągu dnia i nocy
    Do miejsc tzw. „Hoteli Północy”,
    O których bliżej opisać wcale się nie sile
    To jedna okropność i najgorsza chwila
    Wieczorem w baraku jest trochę muzyki
    Do czasu aż rozlegną się głośne okrzyki
    „Zbiórka!!!” pan Rost ma sławną przemowę
    Sypiąc dosadne nagany wychowawcze – barakowe.
    Potem modlitwa…
    A na koniec pieśń prześliczna
    Słuchaj Jezu jak Cię błaga lud
    Słuchaj, słuchaj, uczyń z nami cud
    Przemień o Jezu smutny ten czas
    O Jezu pociesz nas.
    Pieśń koi serca i pokrzepia ducha
    A gdy przeminie wreszcie wojny zawierucha
    Gdy znów będziemy w słońca niewoli cieniu
    Zatrzymamy się myślą przy tym wspomnieniu.
22.IV.1940r. Dziś rozdzielają nas na grupy transportowe. Rozdawanie chleba, marmelady i margaryny. W naszej grupie rozdziela tatuś z Sosną. Wieczorem w baraku słychać chałaśliwe akordy harmonii.
23.IV. Andrzejek wyszedł dziś ze szpitala. Tym samym moja funkcja bawienia go powraca i wchodzi w tryb życia codziennego. Pogoda w tych dniach jest bardzo ładna. Ciepło i słonecznie. Na obiad była brukiew. Dziś miał imieniny główny kuchmistrz garnów barakowych. Nazywamy go powszechnie wujem. Jest to bardzo dobry człowiek. Urządziliśmy mu imieniny i wystaraliśmy się wśród swoich o orkiestrę.
24.IV. W naszym baraku zachorował jeden na tyfus brzuszny. Przed „Hotelami Północy” stoi miska z lyzolem a przy niej strażnik. Ręce strasznie śmierdzą, więc unikamy mycia. Dostaliśmy paczkę od stryjka Franka. Zawierała ona 1 funt (500gr) masła, kiszkę i jaja. Jest bardzo gorąco.
25.IV. Dostaliśmy paczkę od pani Poredowej z Krzywinia. Tatuś szedł dzisiaj do pracy. Podczas wieczornego pacierza ze schodów na bruk (1,20m wys.) zleciało i przełamała mu się czaszka. Wzięli go zaraz do szpitala.
26.IV. Na obiad jałowa kasza. Dziadzia pisze że wysłał Kasię z paczkami do nas. Ciocia Stefcia pisze z protektoratu że panuje tam szkarlatyna. Romek i Janeczka chodzą do szkoły. Z pow. Krotoszyn przyjechały przymusowo dwie rodziny.
27.IV.40r. Przyjechała Kasia. Tatuś poszedł do bramy i odebrał walizkę z ubraniami latowymi i żywnością. Dla mnie są 2 pajacyki.
28.IV. W paczce znaleźliśmy list od Dziadzia w języku polskim, gdyż pocztą wolno tylko w niemieckim. Piszę list do Edka Sierżanta, kolegi szkolnego z ławy szkoły w Borku.
29.IV.40r. Byłem u barakowego fryzjera. Dla tatusia kupiłem butelkę piwa ciemnego za 1,10 mrk. Robimy pranie. Na Warcie płyną galery z torfem. Bawią się z dziećmi w trzeciaka i inne zabawy.
30.IV. Bawimy się w walkę narodów. Z pierwszego piętra w toku zabawy spadł młodzieniec lat 20 z trzech metrów wysokości na bruk. Złamał sobie żebra naruszył mózg i złamał nogę.

Maj 1940 r.

1.V. Na noszach wynieśli do szpitala panią Urbanową – starszą kobietę. Na obiad dobra grochówka.
2.V.40r. Wniebowstąpienie Pańskie
Rano wszyscy się modlą i śpiewają nabożne pieśni. Dostaliśmy od Sneli paczkę żywnościową. Jest to nasz były sąsiad z Poręby. W czasie szpitala znalazłem złotą obrączkę. Oddałem komendantowi jako zgubę do ogłoszenia. Cenia Łuczakówna wyszła ze szpitala.

3.V.1940r.

„Witaj mai 3 mai – dla polaków błogi raj”
Piosenka ta zawsze przed wojną witała rocznice konstytucji trzeciego maja 1791r. Po wsiach i miasteczkach były patryotyczne przedstawienia. Na dachach powiewały biało-czerwone sztandary. W szkołach urządzano pochody, na których musiał być obecny każdy uczeń szkoły z biało-czerwoną chorągiewką w ręku. Najpiękniejsze święto narodowe młodej Polski i w najpiękniejszym miesiącu roku. Dzień trzeciego maja napełniało rozkoszną radością serca polaków. Błonia, drogi, wsie i miasteczka rozbrzmiewały głośną wrzawą. Całemu temu obrazowi dodawały piękności – kwitnące koło domów ludzkich pąki bzu.
A teraz?
Zwykły szary powszedni dzień, którego szarość nic nie może rozjaśnić. W myślach tylko odtwarzamy obraz święta, siedząc na barłogu. Dziś dzień moich imienin, niczem nie urozmaicony, najwyżej jajkiem lub cukierkiem, a w południe wredną kaszą. W końcu baraku (przed oczyma Niemców) zrobiliśmy skromny ołtarzyk, przy którym ksiądz odprawił nabożeństwo majowe. Andrzejek ma gorączkę.
4.V.40r. Od Dziadzinka dostaliśmy trzy małe paczki, od pani Porodowej jedną i od stryjka Franka z jajkami i z serem smażonym. Na dworze pochmurno.
5.V.40r. Na obiad grochówka. Zebraliśmy się i śpiewamy pieśni do Matki Boskiej.
6.V.40r. Jedna z naszej grupy zachorowała na szkarlatynę i wynieśli ją do szpitala. Idziemy do badania. Dostaliśmy paczkę od str. Franka. Zmarła stara pani Urbanowa, a dziś wynieśli pana Urbana do szpitala.
7.V. Nosiłem z Włodkiem kaszkę do dzieci i starców. Dostaliśmy paczkę od pani Piskorskiej z Borku, która zawierała bieliznę. Bawię się jak zwykle z kolegami w niemieckie. Jest to ulubiona nasza zabawa. Na obiad wstrętna „stęchniaczka”.
8.V. Ira położyła się do łóżka. Andrzej ma gorączkę. O 6-tej rano idę po pieczywo.
9.V. Dostaliśmy paczkę od Andrzejczaka z Koszkowa i jedną paczkę z probostwa w Gostyniu. Pan Rost zapowiedział przyjście transportu. Do kuchni przywieźli w samochodzie kartofli. Pobiegliśmy i nazbieraliśmy trochę w kieszeni a trochę w głowę od kucharzy. Odczuwamy ich brak. Jaka była uciecha, gdy mogliśmy zjeść po dwa smażone w plasterki ziemniaki – kartofle – perki.
10.V.1940r. Po raz pierwszy w tym roku chodzę boso. Przyjechał duży transport wysiedleńców. 3 to wieśniacy, reszta z miasta. Przyjechało dwanaście wagonów z 600 ludźmi. Część bezszczelnie rewidują. Podpatrzyliśmy ten moment. Co lepsze to zabierają, a gdy znajdą w kołnierzu lub gdzie indziej schowane pieniądze, wezmą i jeszcze nabiją. Według ich przekonania polskiemu parobkowi nie wolno pieniędzy mieć. W Poznaniu rozstrzeliwują polaków. Wieczorem przybyło 900 ludzi, ale do drugiego baraku.
11.V.1940r. Dostaliśmy paczkę od cioci Borowej i str. Franka z tłuszczami. Dziś zakończył życie pan Urban. Młodzi Urbanowie w jednym tygodniu pochowali rodziców. Na pogrzeb z wielkim trudem udało się im iść. Byliśmy na komisji. Na niej Niemcy oddzielali, którzy mają jechać do Protektoratu, a którzy do Niemiec. Nas zaproszenie do Niemiec ominęło. Iry największej z nas na szczęście nie było, a ja z Włodkiem nie przedstawiamy fizycznej wartości. Wzięli dużo rodzin na roboty rolne do Niemiec. Naturalnie, że każdy wolałby do Protektoratu. We wtorek ma odejść transport.

12.V.1940r. „Zielone Świątki”

Odmawiamy wspólnie modlitwy. Obiad urozmaicamy sobie żywnością z paczek. Wieczorem pijemy dobrą herbatę, o którą teraz jest bardzo trudno. Do tego mamy wątrobiankę. Andrzejek dziś dostał dwie piłki. Jedną przyniosła mu siostra z szpitala a jedną podarował mu pan Marcinkowski. Na stołach widnieją w butelkach moc zielonych gałązek i kwiatków.
13.V.1940r. Komendant zapowiedział nam, że jutro wyjeżdżamy do General Gouwernement. Mamy dostać chleb, kaszę, mąkę i trochę tłuszczu. Ustanawia grupowych i nadaje numery transportowe.

14.V.1940r.

Pakujemy skromny swój dobytek w kilka worków i w kosz. Przyjechało na nasze miejsca i do innych baraków 15 transporterów, około 1000 ludzi z okolicznych powiatów. Na drogę dostaliśmy za darmo 4kg kaszy, 4kg chleba białego, 25dkg margaryny i tyleż marmolady. Samego chleba mamy cały worek. Wieczorem wsiadamy do wagonów bydlęcych. Pociąg składa się z 33 wagonów. W tym jeden sanitarny. O zmroku wyjeżdżamy poza granicę baraków. Żegnają nas ciemne kontury drewnianych bud na tle gwieździstego nieba. Mijamy zasieki drutów kolczastych. Z dala jeszcze widać zygzaki błyskawic ze strony obozu. Przejeżdżamy bokiem miasta Poznania. Miasto jest pogrążone w ciemnościach, tylko nad ulicami bije jasność. Wyjeżdżamy za miasto i jedziemy wśród lasów i pól. Zdaje nam się, że jesteśmy na wolności z porównaniem do baraków. Tak – wypłynęliśmy jako okręt z płytkiego jeziora do wody głębszej gdzie ruchliwiej będzie nam się poruszać. Wśród przyrody o wiele będzie nam żwawiej i weselej. Połacie przebywania są rozleglejsze i bezpieczniejsze. Dziękujemy Bogu za to żeśmy już są poza drutami. Wyjeżdżając śpiewamy mazurek Dąbrowskiego:
„Jeszcze Polska nie zginęła!!!”


Aleksander Jazdon z młodszym bratem Andrzejem oraz pieskiem.

Rok 1943. Stoi od lewej: Pani Janka (pomoc kuchenna), Hipolit Jazdon z żoną Janiną z Ofierzyńskich, siedzi Aleksander Jazdon, siostra Irena, brat Włodzimierz, Krysia Chmarzanka, na ziemi siedzi Romek Ofierzyński, obok Andrzej Jazdon i Marychna Ofierzyńska.