Maria Jazdon-Gałuszka, Ryszard Jazdon:


Życie i śmierć Ludwika Jazdona




Czy Ludwik wspominał swego ojca Wojciecha?

Maria Jazdon-Gałuszka: Bardzo rzadko. Wiem tylko, że wszyscy domownicy bardzo się go bali. Pracowali ciężko w polu, a on w tym czasie nabierał sił do kierowania swoim gospodarstwem lub przygotowywał się do rozpraw w sądzie. Gdy wieczorem o 18.00 wszyscy strudzeni i głodni wracali z pola dziadek Wojciech wychodził z domu i zawracał ich wszystkich do dalszej pracy określając "Wy mizdry! Lenie! Do roboty!" To Tatuś pamiętał i opowiadał.

Ryszard Jazdon: Wiem od Ojca, że Wojciech bywał na rozprawach i prowadził swój dziennik sądowy. Pamiętam, że była mowa o tym, że wygrał jakąś łąkę we Wieleniu, poszerzył w ten sposób gospodarstwo. Opowiadał mi Ojciec, że Wojciech lubił słuchać swoich dzieci kiedy grały na instrumentach. Jedno grało na skrzypcach, pozostali nie wiem na jakich instrumentach i razem śpiewali. To podobno sprawiało mu radość i satysfakcję. Mój Ojciec Ludwik żałował, że my nie kontynuowaliśmy takich tradycji. Nie mogę pominąć tu krótkiej dygresji na temat naszej Babci Józefy. Tatuś często wspominał, że zmarła ona 1 listopada w Dniu Wszystkich Świętych, w opinii świętości. Przez całe swoje życie kierowała się wskazówkami, po które w chwilach wątpliwości chodziła do księdza. Tatuś niestety nie mówił o Niej wiele, chyba dlatego, że gdy zmarła miał zaledwie 15 lat.


Pamiątka Pierwszej Komunii Świętej Ludwika Jazdona, którą przyjął w kościele Farnym św. Stanisława Biskupa i Męczennika i Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny we Wschowie 14 kwietnia 1912 roku. Dokładnie 50 lat i 1 dzień później zmarł.

Najbardziej zniszczone zdjęcie w całym albumie Ludwika Jazdona. Musiał je darzyć sentymentem i od ciągłego noszenia ze sobą uległo sfatygowaniu. Z tyłu podpis: Ansflug Am 16 Juni 1914 auf den Dalkonerbergen. Pod zdjęciem oprócz nazwiska Jazdon nieczytelne podpisy osób na nim występujących.

Maria Jazdon-Gałuszka, Ryszard Jazdon: Życie i śmierć Ludwika Jazdona', 'Fragment listu majora Kazimierza Zuskiego wysłanego 14 listopada 1944 roku do Ludwika Jazdona: Kochany kolego. 30 lat mija gdyśmy we wspólnej budzie kuli łacinę i snuli marzenia młodzieńcze. I tu po 5 latach dowiaduję się coś niecoś o Tobie! Z czego niezmiernie się ucieszyłem! (...)(całego listu szukaj w dziale "Dokumenty")

Siedzi Ludwik Jazdon

Jak wyglądały jego młodzieńcze lata?

Maria Jazdon-Gałuszka: Opowiadał, że po zakończeniu I Wojny Światowej mieli Francuza wziętego do niewoli, z którym Tatuś często pracował w polu. Wtedy ten Francuz uczył go języka francuskiego. Dzięki temu Tata opanował francuski biegle i jeździł już za czasów kareńskich - jeden raz w tygodniu - do Wolsztyna na konwersacje w tym języku (by go nie zapomnieć) do żony dyrektora gimnazjum - Francuzki, która była mu ogromnie wdzięczna, że może w swoim rodzinnym języku z kimś porozmawiać.

Ryszard Jazdon: Ludwik uczęszczał do gimnazjum we Wschowie. Przebywał tam na stancji, w małym internacie, gdzie wychowawcą był ksiądz Dams. Miał wtedy jakieś 14-16 lat. Nauka była oczywiście w języku niemieckim. Uczniowie mieli obowiązek zjeść wszystko co podano do stołu. Częstym daniem był chleb z kiełbasą. Na tyle się tym przejedli, że po kryjomu jako dzieciaki wyrzucali kiełbasę do ubikacji. Jest też ciekawa historyjka związana z tym okresem. Otóż kiedy Ludwik miał 14 lat to na spotkaniu młodzieży w Rawiczu stając na przewróconej bramie wygłosił swoje pierwsze przemówienie.
          W gimnazjum uczono łaciny. Pamiętam, że kiedy ja się jej uczyłem, to mieliśmy pierwszą czytankę o nauczycielu: "Magister noster gaudet, gaudenam magistri". Dla Ojca pierwszym tekstem w języku łacińskim jaki nauczył się na pamięć było przemówienie Kleopatry. Recytując je po wielu latach zrobił na mnie ogromne wrażenie. Podobnie kiedy odśpiewał po francusku całą Marsyliankę (patrz w dziale "Dokumenty" Marsylianka i Miłosna dedykacja). W ogóle Ojciec miał dar lingwistyczny. Jeśli chodzi o język niemiecki to mówił językiem literackim. To jest pewne. Bardzo dobrze porozumiewał się z inteligencją niemiecką. W 1939 roku najeźdźcy hitlerowscy zostawili go w Karnie, po to by wprowadzał w arkana rolnictwa niemieckich osiedleńców z Besarabii i innych wschodnich i południowoeuropejskich krajów, którzy bardziej znali język polski niż niemiecki. Był tłumaczem między władzami niemieckimi, a tymi osiedleńcami. Przy tej okazji wspomnę tylko, że zawsze opowiadał, że gdy wyjeżdżali z wozami Polacy i chcieli cofnąć konie to krzyczeli "Zu ruck!", a ci Niemcy wołali "Nazad!". Po miesiącu stał się bezrobotnym. Okolicznych ludzi wywożono, albo do Niemiec, albo na Wschód Polski. Ostatecznie Ojciec został przeznaczony do rozstrzelania. Przeciwstawił się temu Wenzel - Niemiec, właściciel majątku Belęcin. Nie wszyscy Niemcy byli nazistami.
          Kiedy pod koniec wojny Niemcy wycofywali się na Zachów rozbite oddziały wojsk i uciekający cywile przechodzili przez naszą wieś. Pewnego dnia kilku oficerów znalazło się w naszym domu. Usiedli do stołu i zażądali od Mamy czegoś do zjedzenia. W trakcie rozmowy z Ojcem jeden z Niemców zaklął. Na to drugi oficer zwrócił mu uwagę: "Jak ty się wyrażasz! Tu jest dama!" Zachowywali się już inaczej niż na początku wojny.
          Przed i po wojnie Ojciec był zaprzysiężonym tłumaczem języka niemieckiego. Pisać w języku polskim nauczył się dopiero w wieku 22 lat, ale na tyle dobrze, że w okresie, gdy ja uczęszczałem do ogólniaka, zauważał w korespondencji moje błędy ortograficzne. Jedyne słowo, z którym miał zawsze problem to "szpital", które pisał "Schpital" i zaraz poprawiał.


Od góry, drugi od lewej: Ludwik Jazdon. Na dole z chłopcem Hipolit Jazdon (brat), Jan Ofierzyński, Andrzej Jazdon, Janina Jazdon.

Koszkowo.
Od lewej Janina Ofierzyński-Jazdon i Ludwik Jazdon.

Czy spotykał się z rodzeństwem?

Maria Jazdon-Gałuszka: Często jeździł w odwiedziny do Wijewa i Zaborówca. Ożywione stosunki rodzinne utrzymywali rodzice z Wujem Hipolitem i Janiną Jazdon. Andrzej często spędzał wakacje w Karnie. Wujek Litek (Hipolit), gdy był już w zaawansowanym wieku przyjeżdżał do Karny na kilkutygodniowe rekonwalescencje. O innych z rodzeństwa Tatusia nic nie wiem. Mnie w domu nie było od kiedy skończyłam 11 lat. Od tego czasu przyjeżdżałam do domu, albo na soboty i niedziele, albo na święta, imieniny rodziców i wakacje, aż do skończenia studiów. Wiele z życia rodzinnego umknęło mojej uwadze. Na pewno dużo się działo, gdy ja byłam w Poznaniu, Szczecinie, czy Wrocławiu. Po wyjściu za mąż każde wakacje letnie spędzałam z rodziną u moich rodziców.

Ryszard Jazdon: Kontakty z rodzeństwem miał bardzo ożywione, bo należy pamiętać, że po śmierci matki to rodzeństwo Go wychowywało. Kiedy chodził do gimnazjum to ktoś musiał się nim zajmować, opierać go. Była to siostra Adelajda Józefowska. We wczesnych latach powojennych jako dzieci bardzo ceniliśmy sobie przyjazdy męża Adelajdy - wujka Piotra Józefowskiego, który owdowiał dość wcześnie bo w 1919 roku. Otóż ten szwagier mego Ojca przyjeżdżał do nas w odwiedziny w latach 40. i 50. z Wijewa na rowerze. A przecież przejechanie ok. 40km dla prawie 80-cio latka to było nie lada wyzwanie! O Józefowskich Ojciec mówił zawsze, że było to święte małżeństwo. Nigdy się nie posprzeczali, nigdy nie padło z ich ust złe słowo wobec siebie. Wujek Piotr ciekawie opowiadał o swym dzieciństwie. W 1891 roku mając 16 lat czytał przepowiednie Sybilii. Z jednej dowiedział się, że przyjdzie czas, kiedy trzem cesarzom spadną korony z głów. Doczekał tego! Że ostatni cesarz będzie panował 99 dni (Wilhelm). Liczył te dni i to się sprawdziło. Że będzie wojna, w której zginą miliony ludzi. Tak się stało w czasie I Wojny Światowej. Że w niedługim czasie będzie kolejna wojna, o wiele gorsza, w której zginie więcej cywilów niż wojskowych. Nie mógł tego sobie wyobrazić, ale przeżył II Wojnę Światową i znów się zgadzało. Zupełnie niezrozumiałe było dla niego, że "po kolejnej wojnie pozostali przy życiu ludzie zbiorą się pod jedną gruszą". Doczekał się jednak Hiroszimy, Nagasaki i nieustannego ulepszania broni jądrowej. Dalej czytał, że ludzie będą jeździć pojazdami bez koni i dyszli. Gdy pierwszy samochód z proboszczem przyjechał do Brenna ludzie uciekali mówiąc, że to antychryst. I jeszcze, że ludzie będą latali w powietrzu. Z kolegami dorabiali sobie skrzydła i za stodołą próbowali wzbić się w powietrze. Bez skutku. Wkrótce dożył też epoki samolotów.
          Jako administrator Ojciec korzystał z pomocy córek Adelajdy, szczególnie Heleny, która gospodarowała mu. Helena była Jego gosposią do momentu kiedy się ożenił. Po wojnie siostra Heleny, Anna (przy której porodzie zmarła Adelajda), mieszkała z nami prawie cały rok. Helena wyszła za Anzelma Rękosia, który za namową Ojca w 1937 roku otworzył sklep kolonialny w Karnie, obok naszego gospodarstwa. Zaopatrywał przybywających do Karny osadników, którzy budowali się na swoich działkach. Było 90 osad przy drogach, których długość wynosiła 10km. Dzieci Anzelma były naszymi rówieśnikami i my razem z nimi się wychowywaliśmy. Po wojnie Jurek bardzo często przyjeżdżał ze swoją żoną. Do Anzelma byliśmy bardzo przywiązani, tym bardziej, że niezwykle ciekawie opowiadał o swych przeżyciach, szczególnie w czasie podróży do Ameryki Południowej.
          Poza tym ścisłe relacje wiązały Ojca z jego siostrzeńcem - Bronkiem Borowym, który przed wojną był Jego wspólnikiem tartaku we wsi Mochy. Bronek Borowy był zarządcą w tym tartaku, a Ojciec organizatorem zaopatrzenia i zbytu. Ojciec wiązał duże nadzieje z tartakiem. Planował, że rozwinie go na tyle, by stał się głównym źródłem utrzymania. Karna miała być zaledwie siedzibą. Wyliczył sobie, że spłatę gospodarstwa pokryje wyłącznie z uprawy buraków cukrowych. Nie planował, że będzie jakimś dużym rolnikiem. Kiedyś mąż kuzynki ze strony mojej Mamy, Snóżka, zapytał Ojca: "Ludwik, dlaczego ty masz taki mały folwark, a wszyscy kupują takie duże?". Pamiętam jak proroczo mu wówczas Ojciec odpowiedział: "Oby to się kiedyś nie okazało za duże." I rzeczywiście po 1945 roku wszystkim państwo odebrało ziemie, a Ojcu zostawiono. Dzisiaj kiedy na to patrzę to wydaje mi się, że lepiej na tym wyszli ci, którzy stracili wszystko niż Ojciec, który jako kułak musiał się męczyć z tym gospodarstwem.
          W czasie wojny Ojciec otrzymał pracę w mleczarni, gdzie odpowiadał za rejestrację przywożonego i zlewanego do kadzi mleka. Była to posada marnie opłacana, ale mieśmy zawsze ser, masło i mleko. Mogliśmy to wymieniać na inne produkty, np. na mąkę. Odwiedziła nas w tym okresie Adela z mamą Bronisławą, siostrą Taty. Udały się do Ludwika, a ten dał im masło, które schowały za pasem. Wstąpiły z Salomeą z tą ukrytą zdobyczą do kolonialki, by coś kupić. Nagle do sklepu wszedł niemiecki żandarm. Moja Mama zrobiła się cała czerwona i natychmiast wyszła. Zawsze śmialiśmy się na wspomnienie tego zdarzenia, gdyż w zabawny sposób pasowało to nam do przysłowia "na złodzieju czapka gore".
          Jeśli chodzi o siostrę to często jeździliśmy z Ojcem do Zaborówca. W czasie wojny na wakacje wyjechał brat Adam. Ciocia Borowa przyjeżdżała do nas, a my Ją rewizytowaliśmy. Pamiętam dokładnie Jej gospodarstwo położone przy lesie. W czasie wojny niedaleko była hodowla pstrągów. Byłem świadkiem jak zwierzała się bratu z bardzo osobistych przeżyć, które dotyczyły faktu, że ożenił się jej syn Antoni, do którego kawalerskiego towarzystwa przyzwyczaiła się przez lata i nowe relacje z synową były dla niej wówczas niełatwe. Przyjeżdżał do Karny Alojzy, Władzia.
          Pamiętam jak pierwszy raz w życiu jechałem samochodem. Było to z okazji ślubu Ludwini Borowej, która była siostrzenicą Taty. Podwoził nas ówczesny wójt Siedlec, który posiadał zakład utylizacji w Żodyniu. Ojciec z nami nie jechał ponieważ był na jakimś ważnym spotkaniu. Kiedy zajechaliśmy na wesele już miano wybierać się do kościoła, ale nastąpiło zamieszanie. Młodą parę miał pożegnać mój Ojciec, ale się spóźniał. Postanowiono więc, że słowo wygłosi Wujek Hipolit, który nie był fanem wygłaszania tego typu mów. W końcu jednak denerwując się zaczął się przygotowywać. Na szczęście w ostatnim momencie nadjechał Ojciec i wtedy wyraźnie widziałem, że tym, który najbardziej cieszył się z tego przyjazdu był Wuj Hipolit. Tata jak zwykle z mety, bez ceregieli "palnął taką gadkę", że wszyscy się popłakali. Dosłownie.
          Rodzeństwo Ojca było starsze i oczywiście ich dzieci były również starsze od nas. Dlatego wcześniej od nas pozakładały rodziny. Ojciec i jego brat Hipolit byli szczególnie życzliwie i z szacunkiem traktowani jako goście na tych weselach. Jak wspominałem wcześniej Ojciec był tym, który błogosławił i "palnął mówkę". Po wojnie Ojciec wspomagał gospodarstwo Franciszka tak jak mógł. Przekazywał jakieś narzędzia, zboże, jakiegoś prosiaka, itp. Kiedy syn Franciszka odbudował gospodarstwo to również Tatuś go wspomagał, bo tamten był wykończony inwestycjami. Pamiętam, że przekazał synowi Franciszka Ludwikowi Jazdonowi skórzany, kryty powóz, brony, siewnik. Z Wijewem kojarzy mi się jeszcze jedno wspomnienie. Otóż, kiedy wybuchło Powstanie Wielkopolskie to Ojciec z młodszym rodzeństwem zaraz uzbroił się w pistolet. Z kolegami wiedzieli, że jest taka broń schowana w jeziorze i jak tylko zryw narodowo wyzwoleńczy stał się faktem to pobiegli nad wodę i pistolet wyłowili.
          Pod koniec lat pięćdziesiątych Ojciec odwiedzał wszystkich krewnych. M.in. był u Nowaków. Wrócił bardzo zbudowany widokiem ich gospodarstwa w Donatowie. Opowiadał, że było to piękne gospodarstwo. Przede wszystkim jednak zaimponowało mu, że była to niezwykle zgodna rodzina. Było tam dwóch braci żyjących obok siebie, którzy bardzo dobrze gospodarowali.
          O bracie Teofilu wspominał, że zginął na froncie rosyjskim, a o najmłodszym Polikarpie mówił tylko wspominając okoliczności jego śmierci, gdyż ten mając 18 lat pojechał rowerem do Śmigla, spocił się, wypił zimne piwo, dostał zapalenia płuc i w krótkim czasie zmarł.
          Wreszcie Wujek Hipolit, który jako starszy o 14 lat brat wprowadzał Ojca w życie, opiekował się nim jak synem. Kiedy Wujek Hipolit zakupił Porębę to Ojciec również zagospodarowywał ten folwark. Pamiętam jak opowiadał, że wywoził z pola ogromne kamienie, by przygotować ziemię pod uprawę. Po wojnie odwiedzali się z Wujkiem Litkiem nawzajem. Pamiętam Wujka Litka w oficerkach. Zwracałem na niego szczególną uwagę, gdyż był to mój Ojciec Chrzestny, który gościł na mojej I Komunii Św. Po wojnie Ojciec i Hipolit byli pod ciągłą obserwacją władz komunistycznych i wtedy ich kontakty straciły na intensywności. Nie były już tak ożywione jak przed wojną. Byli ciągle gnębieni, mieli masę problemów. Pamiętam wizytę w wakacje 1946 roku w Porębie. Było to dużo większe gospodarstwo od naszego. Dużo koni, na których jeździliśmy z Andrzejem. Kiedy Wujek sprzedał Porębę, zamieszkał w Borku i jak wiadomo zachorował. Po wylewie nie był już tak sprawny fizycznie i umysłowo. Wtedy przyjeżdżał do Karny do Ojca nawet na miesiąc. W tamtych czasach paliło się w piecu wyłącznie drewnem. W lecie po porąbaniu kłód, mokre drzewo stożono. Jesienią przenoszono je do drewnika. Gdy jednej jesieni odwiedził nas Wujek Hipolit to zaoferował się wnieść suche drewno pod dach. Uczynił z tego zajęcia pewnego rodzaju rytuał. Przy posiłkach: drugim śniadaniu, obiedzie i podwieczorku informował nas ile wniósł koszyków. Na koniec dnia podsumowywał całodzienną ilość koszy. W czasie pobytów u nas opowiadał mi o swoich przeżyciach wojennych. Pamiętam dwie historie.
          Pierwsza dotyczyła faktu przedstawienia go do orderu Virtuti Militari. Był już dwukrotnie na liście do otrzymania tego odznaczenia, ale zawsze w ostatnim momencie przyznawano je komuś innemu, czasem osobie której zasługa nie wydawała się tak oczywista jak jego. Otrzymał order dopiero za trzecim razem, ale faktycznie należały mu się trzy. Opowiadał, że miał czternaście odznaczeń. Pewnego dnia przyjechali do niego ubowcy i zapytali go "za co ma takie odznaczenia?", a Wujek, który miał taki mocny, wojskowy głos wypalił im bez pardonu: "ZA TO, ŻE BOLSZEWIKÓW DOBRZE GONIŁEM!". Ubowcy spuścili nosy na kwintę i nie wiedząc co powiedzieć poszli sobie. Świadczy to też dobrze o ubowcach, że wcale tacy najgorsi nie byli...
          Druga historia dotyczyła kozaków i czasów, gdy jego dowódcą był pułkownik Anders, którego nie wspominał dobrze. O tej antypatii zadecydował pewien incydent. Wujek Hipolit wziął do niewoli oddział Kozaków. Jeńcy błagali go, by nie odbierał im koni. Wujek dał im oficerskie słowo, że nie odbierze. Kiedy przyprowadził ich do Andersa ten kazał im konie zabrać. Wujek bardzo tę sytuację przeżywał i ja również, bo potrafiłem wczuć się w tą sytuację. Wujek mówił, że został naderwany Jego honor. Przez lata miałem na tę sprawę ten sam pogląd co Wujek Litek. Ale w latach siedemdziesiątych, kiedy odwiedziłem mego kolegę w Kostrzynie, który był prezesem GSU, znajomym, dyrektora stacji hodowli roślin w kołobrzeskim, a który pochodził ze wschodu. Opowiadał o życiu na kresach, o bolszewikach, a ja wtrąciłem kozacką historię Wujka Hipolita. Dyrektor zdecydowanie stanął po stronie Andersa argumentując, iż "Kozak bez konia jest nikim, z koniem zaś zawsze ucieknie".
          We wczesnych latach powojennych, gdy z Ojcem odwiedzaliśmy wujostwo w Porębie, to był tam zwyczaj, iż zawsze wieczorem klękano, by odmówić różaniec "za szczęśliwy powrót Włodka". Jako dziecko nie zastanawiałem się o jaki powrót chodzi, a i rodzice dla bezpieczeństwa mnie nie uświadamiali. U nas w domu różaniec odmawiało się w każdy dzień października. Prowadziła go mama. Jeśli chodzi o Włodka to był on ulubieńcem mego Ojca. Był Jego chrześniakiem i imponował Ojcu tym, że był bardzo przedsiębiorczy. W Karnie bywał również Oleś, drugi syn wujka Hipolita, o którym wiedzieliśmy, że bardzo dobrze się uczył, pisał wiersze, które przeczytał nam pewnego razu. W Porębie miał swój ogród z warzywami, które uprawiał według prawideł nowoczesnej agrotechniki. W czasie jednego z pobytów Olesia w Karnie mój Ojciec, który fachowców bardzo lubił wykorzystywać, poprosił go, by uporządkował nazbyt rozrośnięty zagajnik z malinami. I Oleś fachowo go poprzycinał. Nie było to łatwe, bo maliny były zarośnięte pokrzywami, tak że nie wiem jak ostatecznie Oleś wspominał tą przysługę jaką nam wyświadczył.


Ludwik i Salomea Jazdon. Helena Nickel ze znajomym.

          Lata 50-te. Kwiryna i Helena Nickel z Ludwikiem Jazdonem.

Jak odnosił się do sąsiadów?

Maria Jazdon-Gałuszka: Z wszystkimi sąsiadami Tatuś żył w zgodzie i przyjaźni.

Ryszard Jazdon: Z sąsiadami żył w zgodzie i na dystans. Na wsi był autorytetem, znał się na rolnictwie i niejednego miejscowego rolnika ukierunkowywał i wspomagał radą.
          Karna była w 1937 roku parcelowana i w jej wyniku część pracowników rolnych tego majątku uzyskała swoje działki i pobudowała gospodarstwa. Ale była też grupa ludzi mniej operatywna, która wynajmowała się do pracy w powstających gospodarstwach. Po wojnie Ojciec korzystał z usług tych ludzi i dawał im, tak jak w PGR-ach, działki pod uprawę ziemniaków i warzyw. Były tam trzy kobiety, które przez całe życie pracowały dorywczo i nie miały żadnych perspektyw by otrzymać emeryturę. Widząc ich biedę Ojciec postanowił im pomóc i udało mu się załatwić im renty. Były za to Ojcu niezmiernie wdzięczne i to do tego stopnia, że jedna z nich - matka dwóch synów pracujących w górnictwie-sprowadzała ich z całymi rodzinami na okres żniw by nam bezinteresownie pomagać. W żniwach liczyły się każde ręce do pracy, nawet dziecka, tak że była to nieoceniona pomoc.
          O tym jaki był stosunek okolicznych rolników do mego Ojca świadczy pewna historia. Otóż w latach pięćdziesiątych, w okresie największego terroru stalinowskiego, gdy zamykano wszystkich kułaków pod byle pretekstem, również chciano uwięzić Ojca z powodu nieoddania kontyngentu zbożowego. Gdy Ojciec oddał już ostatnie ziarenko zboża niespodziewanie wyznaczono mu kolejną pulę za posiadany park. Powiedziano przy tym, że jeśli tego nie zrobi to pójdzie do więzienia. Gdy dowiedzieli się o tym ludzie na wsi to stała się rzecz niezwykła. Poszczególni rolnicy namówiwszy się wcześniej, bez słowa zaczęli podjeżdżać pod nasz spichrz i rzucać po worku zboża. W ten sposób Ojciec uzbierał brakującą pulę i nie poszedł do więzienia. Był to wyraz solidarności, który wzbudził respekt wśród ubowców.


Ludwik Jazdon i Zygmunt Kozłowski obgadują wielki interes pieczarkowy.

Jadwiga Jazdon z Małgosią Gałuszką, Salomea Jazdon, Kwiryna Nikel, Leokadia Kozłowska, Ludwik Jazdon, Madzia Kozłowska z bratanicą Lilką, Helena Nickel, na dole pies Filut.

Chraplewo. Wiktor Nickel obejmuje Ludwika Jazdona, szósta od lewej Helena Nickel, siódmy Zygmunt Kozłowski, dziewiąty Stanisław Nickel. Druga z prawej Salomea Jazdon z bratem Tadeuszem Nicklem po jej lewej ręce. Ostatnie zdjęcie, na którym siedmioro rodzeństwa Salomei spotkało się razem.

Jakich miał przyjaciół?

Maria Jazdon-Gałuszka: Należał do kółka łowieckiego, więc miał wielu znajomych, czy przyjaciół - nie wiem. Nigdy się o tym nie mówiło. Mamusia urządzała na koniec łowów przyjęcie dla wszystkich uczestników, na którym serwowała potrawy z dziczyzny. Mnie przy tym nie było - znam z opowiadań.

Ryszard Jazdon: Jeśli chodzi o przyjaźń Ojca to sięgała ona lat przedwojennych. Rodzice często wspominali nauczycieli z Międzychodu - państwa Maciejewskich. Pan Maciejewski, oficer Wojska Polskiego, zginął w Katyniu. Pierwszy raz w życiu usłyszałem o Katyniu zatem już zaraz po wojnie. W latach sześćdziesiątych pracowałem w Wojewódzkiej Radzie w Zielonej Górze. Jedną z pierwszych osób, które poznałem był Włodek Maciejewski, syn tychże nauczycieli z Międzychodu. Odnowiliśmy naszą znajomość.
          Ojciec przyjaźnił się też z panem Prędkowskim, Naczelnikiem Poczty w Wolsztynie, który po wojnie piastował stanowisko dyrektora w departamencie poczty. Drugim przyjacielem był Mieloch, właściciel "Rolnika", takiego dzisiejszego GSU, również w Wolsztynie. Żony tych panów były siostrami. Ponieważ byli młodsi od Ojca to w czasie II wojny światowej byli w wojsku, a ich żony często nas wtedy odwiedzały. Prędkowscy mieszkali w Powodowie w takim małym domku.
          Miał też prawdziwego przyjaciela Józia, geodetę, którego nazwiska nie mogę sobie teraz przypomnieć. Kiedy sprzedawaliśmy Karnę to Józiu pomagał nam załatwiać sprawy formalne.
          Jako urzędnik z Cichowa bywał często u Benedyktynów w Lubiniu, gdzie grywali z zakonnikami w skata. Często jako anegdotę przytaczał sytuację, że gdy o północy kończyli grę to jak poproszono przeora to ten siadał bokiem na krześle i spowiadał. Przyjeżdżał do nas do Karny często jeszcze jako wikariusz ks. Bałoniak, a przed wojną także inni księża, obrzańscy seminarzyści z naszym krewniakiem ojcem Joachimem Michałowskim OMI oraz ks. Sypniewskim pochodzącym z Cichowa.
          Ojciec przyjaźnił się z Mieczkiem Ofierzyńskim, bratem Cioci Janki i bywał u niego, gdy ten chorował. Odwiedzali się nawzajem. Bardzo żywy, przyjacielski kontakt utrzymywał Tatuś z Niemczykami. Mile te czasy wspomina Zbyszek Niemczyk, który opowiadał jak odwiedzali się nawzajem w każdą niedzielę jadąc z Żodynia do Karny i z Karny do Żodynia. Z tymi wizytami związany jest śmieszny incydent. Otóż Niemczykowie mieli psa myśliwskiego, który w momencie kiedy wyjeżdżali do nas z Żodynia to wybiegał przed bryczkę i przybiegał do nas na kilkanaście minut przed ich przyjazdem. Byliśmy więc zawsze uprzedzeni i przygotowani na ich przybycie.
          Po wojnie jeździliśmy do Chożemina do wujka Zygmunta Kozłowskiego męża siostry mej Mamy - cioci Lusi, który mieszkał w pałacyku ówczesnego PGR-u. Kiedy wujostwo przeszło na emeryturę to zamieszkali przy gorzelni w Karnie, która była własnością PGR-u. Już jako emeryci pewnego razu postanowili z Ojcem uprawiać pieczarki, bo gdzieś usłyszeli, że z tego mogą być duże pieniądze. Oczywiście oni, dawni urzędnicy ziemscy nic nie robili tylko ja z bratem Adamem musieliśmy przewracać obornik, podlewać, układać na półki. Oni tylko w pieczarkarni dywagowali między sobą ile to pieniędzy zarobią, "rzucali palenie" trzaskając dłońmi w lufki i popierdywali ( jeden cięgiem, a drugi ostro, artyleryjsko). Sprawa skończyła się w ten sposób, że tych pieczarek nigdzie nie szło sprzedać i wujek Kozłowski woził je w walizkach do Poznania. Było to o tyle intratne zajęcie, że wujek miał darmowy bilet na kolei i lubił odwiedzać lokale gastronomiczne. Znalazł w końcu jakąś restaurację, gdzie sprzedał te pieczarki.
          Utrzymywano kontakty z rodziną Mamy. To były bardzo żywe relacje. Na wakacje obowiązkowo przyjeżdżały ciocia Hela, ciocia Kwiryna i ciocia Iza (żona wuja Wiktora) z dziećmi. Były to eleganckie ciocie z miasta i Tatuś zawsze dowcipnie mobilizował je do pomocy w czasie żniw, takim charakterystycznym przeciągającym głosem: "UUUUhhh dzisiaj byłem na tym poooluuu. A te zboże oooo, przyjechały z Pooooznaaaniaaa. Będą tuuu naaam snooopyyy wiąąązaaać." Mama nie wytrzymywała: "Ludwik! Przestań takie rzeczy gadać!" Wszyscy byli zgorszeni, ale ciocie chętnie przychodziły na pole i ustawiały te snopy zboża.
          Niezwykłe były relacje mojego Ojca z młodzieżą. Był tak szanowany przez moich rówieśników, że kiedy spotykałem się z nimi wiele lat po Jego śmierci to bardzo często go wspominali. Opowiadali mi jak był dla nich niezwykły, jak poważnie ich traktował mimo, że byli dzieciakami, czy młokosami. Na przykład mój kolega Jasiu Płotnicki - dyrektor Leszczyńskich Przedsiębiorstw Melioracyjnych pod koniec swego życia bardzo często opowiadał mi Ojcu, o wskazówkach, których mu udzielił, o najróżniejszych tematach, które poruszali, o jego szerokiej wiedzy, o niezapomnianym poczuciu humoru. Stwierdził, że kiedy przyjeżdżali do Karny to większym magnesem dla nich był mój Ojciec niż my, ich rówieśnicy. Często o Tacie opowiada mój kolega Benon Drożdżyński, jego siostra Basia, która jest chrześniaczką Ojca.
          Kiedy znalazłem się w Poznaniu po sprzedaży gospodarstwa zakupiłem działkę i podjąłem starania o budowę. Przypadkowo spotkałem ówczesnego naczelnika powiatu, który usłyszawszy moje nazwisko zaprosił mnie zaraz do swojego gabinetu i zaczął serdecznie rozmawiać o moim Ojcu, który wtedy już nie żył. Wspominał okoliczności pobytu u nas w domu, obiadu, którym podjęła go Matka. Mimo, że Ojciec od ośmiu lat już nie żył to dzięki niemu dostałem w ciągu tygodnia pozwolenie na budowę, na które normalnie czekałbym co najmniej pół roku. Zostałem zaraz zaproszony do gabinetu kierownika działu architektury, który przedstawił mi rysunek, poprawił warunki zabudowy.
          Żona Jasia Płotnickiego, która pracowała w powiatowej radzie jako urzędnik wspominała, że kiedy przychodził Ojciec to zaraz rozweselały się wszystkie dziewczyny, a Tata wyjmował z kieszeni cukierki i zamaszystym gestem rzucał im je na stół wzbudzając śmiech. Według niej nikomu by to nie uszło, tylko Jemu. Zawsze powiedział coś tak wesołego, że wszystkie się chichotały.

Czy miał jakieś antypatie?

Ryszard Jazdon: Spotkałem się tylko z jednym przypadkiem, kiedy Ojciec wyrażał się źle o człowieku. Był to handlarz bydłem z Siedlca o nazwisku M. Ojciec kupił od niego krowę. Został przez niego oszukany i tego człowieka darzył dozgonną niechęcią. Ta historia z tym człowiekiem jest o tyle ciekawa, że po wojnie jego syn chodził do szkoły w Siedlcu, do jednej klasy z Beniem Drożdżynskim. Rywalizowali o dziewczynę i Benon wyzwał go na pojedynek. Powiedział do niego: "Będziemy się bić!". W umówionym dniu M. stawił się w ustalonym miejscu nie sam, ale z dwoma kolegami zabijakami. Za to tchórzostwo i fałsz znienawidził go Benon. Ten sam M. w okresie Solidarności był jednym z aktywnych działaczy. Współpracował również z moim bratem Adamem, który działał w Solidarności. Kiedy dowiedział się o tym Benon to natychmiast ostrzegł Adama mówiąc: "Uważajcie na tego człowieka! To jest najbardziej fałszywy człowiek jakiego w życiu spotkałem!" I rzeczywiście, wyszło na jaw, że był wtyką i donosicielem. Potem popełnił samobójstwo.



Salomea i Ludwik Jazdon

Pinka. 2 stycznia 1932 roku. Zdjęcie ślubne Salomei i Ludwika Jazdonów. Od lewej (niewyraźny) Wiktor Nickel (szwagier Ludwika), nad nim Tadeusz Nickel (szwagier), Janina Jazdon (bratowa), Helena Nickel, Zygmunt Kozłowski (mąż szwagierki Leokadii), Helena Józefowska (Rękoś siostrzenica), Hipolit (brat), Stanisław Nickel (szwagier), przed nim Stanisław Nickel (teść ) z Kwiryną Nikel (szwagierka), w środku nowożeńcy Salomea i Ludwik Jazdon z Ireną Jazdon (dz. Kordzińską).

Jak zapoznał przyszłą żonę?

Maria Jazdon-Gałuszka: W pewnym momencie stwierdził, że nadszedł czas, by założyć rodzinę. Zrobił przegląd ewentualnych kandydatek w okolicy. Złożył wizytę Dziadkowi Niklowi, oświadczył się o córkę Salomeę, która w tym czasie prowadziła dom w Pince i został przyjęty. To było "małżeństwo z rozsądku". Dziadek Nikel chciał się koniecznie pozbyć swoich córek z domu (Sala, Lusia), by samemu móc ożenić się z własną gosposią (po śmierci babci Jadwigi). Jednak dzieci do tego małżeństwa nie dopuściły. Ojciec zwierzył mi się kiedyś, że Jego jedyną kobietą w życiu jest mamusia (patrz w dziale "Dokumenty" Poświadczenie o zawarciu małżeństwa).

Ryszard Jazdon: Miał w pewnym okresie poważne zamiary wobec pani inż. dendrolog z Kórnika, ale jako cichowski urzędnik po sąsiedzku poznał w folwarku Pinka Salomeę Nikel. Ostatecznie związał się z Salomeą, o której rękę starał się m.in. prokurator wojewódzki. Ojciec Salomei Stanisław Nikel znał osobiście Ludwika i miał o nim dobrą opinię, dlatego jego zdanie było tu decydujące. Ślub mieli bardzo skromny. Było to tzw. małżeństwo nieco z rozsądku, ale okazało się bardzo udane i przykładne.


Niałek. Okres II wojny światowej. Salomea i Ludwik Jazdon. Ostatnie chwile z ulubionym zegarkiem na łańcuszku.

Czy są jakieś anegdoty związane z Ludwikiem?

Ryszard Jazdon: Kiedy pracował w Cichowie to przyjechali do niego znajomi samochodem. Wyruszyli autem wspólnie w odwiedziny do znajomego. Przejeżdżając przez most zwrócili uwagę na toczące się koło, które nagle zaczęło ich wyprzedzać. Z wielkim zainteresowaniem obserwowali jak kulało się przed nimi do momentu, jak zdali sobie sprawę, że urwało się ono z samochodu, którym właśnie jechali.
          W latach powojennych Tata przywiózł do pracy kobietę pochodzącą z łódzkiego, która zachwalała się Ojcu: "Ja jestem kobietą handlu! Macie tu państwo tyle rzeczy! To wszystko mogłabym sprzedać na rynku!" Słysząc tak zdecydowaną deklarację Ojciec przygotował wszystkie jaja jakie mieliśmy, masło, ser i wyruszył z kobietą na rynek. Postanowili iść na skróty pieszo przez park w kierunku dworca do Tuchorzy. W pewnym momencie przechodzili przez miedzę i kobieta z całym asortymentem "buch!", padła plackiem rozbijając wszystkie jajka. Wrócili z nosami na kwintę do domu, lecz Tatuś nie tracąc rezonu skomentował sytuację: "Jechaliśmy na targ z jajami, a wróciliśmy z jajecznicą!".
          Pamiętam historię z zegarkiem, którą przytoczę, choć nie kwalifikuje się ona do kategorii anegdota. Ojciec miał zegarek na łańcuszku. Kiedyś oceniało się zegarek według tego ile ma kamieni. Ten zegarek miał ich tylko sześć, ale Tatuś był do niego przywiązany, bo zegarek bardzo sprawnie działał. Już po wojnie zjawili się u nas żołnierze radzieccy i jeden z nich podszedł do Ojca z karabinem i zapytał: "Katoryj u tiebia czas". Ojciec, by mu odpowiedzieć wyjął zegarek i nim się obejrzał Rosjanin miał go w swojej dłoni. W zamian wręczył jakiś swój o wiele gorszy, choć miał więcej kamieni. Widząc niezadowoloną minę Taty Rusek uniósł pepechę do góry i wystrzelał cały magazynek patrząc na pozbawioną reakcji minę Ojca. Chyba liczył na to, że Tata ucieknie lub się wystraszy w inny sposób.
          Jedną z nielicznych rzeczy jaką Ojciec zabrał ze sobą na wygnanie do Niałka był stary, markowy, niemiecki rower, który stał się wówczas podstawowym środkiem lokomocji, przede wszystkim do pracy. Po powrotach do Niałka Tatuś robił przegląd techniczny, sprawdzał, czy wszystko jest dobrze naoliwione, czasem zaklejał dętki. Kiedy w 1945 roku powróciliśmy do Karny Ojciec wyruszył rowerem na zebranie do Wolsztyna. Po drodze zatrzymał Go Rosjanin i kazał mu zejść z roweru. Podał mu swoją "damkę" siłą odbierając mu Jego pojazd. Nigdy później Tata nie miał tak dobrego roweru.
          Zatrzymujących się na kwaterę wpierw Niemców, a potem Rosjan sołtys przeważnie kierował do naszego domu. Ci Rosjanie zawsze pytali gdzie tu jest jakaś owczarnia? Przyprowadzali owce, zabijali, gotowali mięso z podrobami i robili barszcz. Moja Mama była smakoszem i specem od barszczu, ale mówiła, że takiego barszczu jak ci Rosjanie ugotowali, Ona by nie potrafiła. Pewnej jesiennej niedzieli Ojciec poprosił mnie, wówczas studenta bym Go podwiózł na zebranie do Belęcina. Adasia nie było, więc ja wsiadłem na jego motor. Jechaliśmy mokrym brukiem, pokrytym opadłymi liśćmi, gdy nagle na zakręcie wpadłem w poślizg i wywróciliśmy się. Pozbieraliśmy się i zawiozłem Ojca na zebranie. Wróciłem do domu i pokazałem Adamowi, że zgiąłem nóżkę przy kole. Oczywiście brat nie ukrywał oburzenia i po Tatę pojechał osobiście. Tymczasem na zebraniu okazało się, że Ojciec, kiedy przyszedł moment, by zabrać głos nie mógł się w ogóle ruszyć. Był tak potłuczony i opuchnięty, że ledwo wsiadł na motor i wrócił do domu z Adamem.
          Jako chłopiec grabiłem siano z Tatą na łące, która graniczyła z polem sąsiada rowem melioracyjnym. Postanowiłem na oczach Ojca przeskoczyć ten rów. Kiedy się rozpędziłem, to tuż przed rowem zawahałem się wskutek czego oddałem skok w sam środek zbiornika z wodą. Kiedy wróciliśmy do domu Tatuś skomentował wypadek: "Wróciliśmy wcześniej, bo Rysinek próbował przeskoczyć rów, ale na dwa razy".

Czy się złościł?

Ryszard Jazdon: Godnym podziwu jest fakt, że po tak dramatycznych przeżyciach wojennych i okresu stalinowskiego Ojciec zachował humor i otwartość wobec ludzi. Jednak potrafił się zdenerwować. Nie przypominam sobie, by klął (w przeciwieństwie do swych synów), ale krzyczał i rzucał czapką, wygadując zależnie od powodu wzburzenia. Po takich przejściach nie spał w nocy. Częstym powodem zdenerwowania byliśmy brat i ja. Wieczorem w łóżku wygadywał się przed mamą, a ona bardzo przeżywała to i robiła nam wyrzuty. W takich dniach usypiał nad ranem i wstawał około 10.00. Obowiązki były jednak podzielone. Do ojca należało karmienie świń. W dniach, gdy Tatuś wstawał późno, a my nie byliśmy w polu słychać było kwik nie nakarmionych świń.


Wolsztyn. Schyłek lat czterdziestych. Pochód Polskiego Stronnictwa Ludowego.

Trzeci od prawej Ludwik Jazdon na Starym Rynku w Krakowie przed wmurowaną w bruk tablicą upamiętniającą złożoną przez Tadeusza Kościuszkę 24 marca 1794 roku przysięgą Narodowi Polskiemu o treści: "Ja Tadeusz Koœciuszko, przysięgam w obliczu Boga całemu Narodowi Polskiemu, iż powierzonej mi władzy na niczyj prywatny ucisk nie użyję, lecz jedynie jej dla obrony całości granic, odzyskania samowładnoœci Narodu i ugruntowania powszechnej wolności używać będę. Tak mi Panie Boże dopomóż i niewinna męka Syna Jego".

Czy był patriotą?

Maria Jazdon-Gałuszka: Gdzie mógł udzielał się publicznie. Przemawiał do dorosłych i młodzieży, udzielał się w akcjach charytatywnych, w odbudowie kościoła w Siedlcu, uczył nas kochać Ojczyznę i być dumnym z tego, że jesteśmy Polakami.
          Kiedyś wywołano Go ze mszy św. w Siedlcu mówiąc, że nie ma kto przemówić z okazji święta oświaty. Tatuś przeżegnał się, wstał, wyszedł i jak palnął do młodzieży i zebranych mowę to wszyscy zalali się łzami, a oklaskom nie było końca. A ja z Mamusią tak bardzo bałyśmy się co ten Tatuś powie, kiedy w ogóle się nie przygotowywał do wystąpienia. Był bardzo dobrym mówcą o szerokich horyzontach myślowych.

Ryszard Jazdon: Jeśli chodzi o stosunek Ludwika Jazdona do Ojczyzny to jego patriotyzm przejawiał się przez czynne zaangażowanie polityczne (opisane w tekście "Ciekawostki historyczne z życia Ludwika Jazdona"). Przed wojną i po wojnie należał do PSL. Jego zaangażowanie w pracy społecznej było tak wielkie, że prowadził je kosztem swojego gospodarstwa. W latach powojennych wielu ludzi zwąchawszy łatwy pieniądz wyjeżdżało na tzw. szaber po maszyny, narzędzia, a mój Ojciec jeździł w tym czasie na zebrania. Mama czasem się podśmiechiwała, że ty rowerkiem na zebrania, a ludzie wokół majątki robią. Ojciec rozeznany politycznie wiedział doskonale jaki ustrój zaczynał panować, co to jest Związek Radziecki, socjalizm, komunizm, który nastawał w tamtym czasie w Polsce. Ojciec z natury był osobą, która nie potrafiłaby do ręki wziąć cudzej własności, a świadomość nadchodzących okoliczności społeczno politycznych tym bardziej kazała niechętnym okiem spoglądać na coraz powszechniejsze szabrownictwo. Po 1946 roku inwigilacja urzędu bezpieczeństwa nasiliła się. Władze szukały sposobności, by jak innych kułaków Ojca wtrącić do więzienia. Pretekstem miało być znalezienie przedmiotów pochodzących z szabru. Rozczarowani ubecy jednak nic nie znaleźli w czasie rewizji.
          Nasyłano na Ojca najbliższego sąsiada, którego zmuszano do pisania donosów, że Ojciec słucha radia Wolna Europa, wypowiada się na tematy polityczne przeciw ustrojowi komunistycznemu. Synowie tego rolnika, Drożdżyńscy wspominali, że ich ojciec był wzywany przez ubowca na kraniec wsi by złożyć na Ludwika Jazdona pisemny donos. Jak się okazało sąsiad chodził do Ojca i wspólnie ustalali co ma napisać. I on z karteczkami chodził i oddawał je ubekowi. Doszło jednak do sytuacji, że ubek zagroził panu Drożdżyńskiemu, że jeżeli nie napisze czegoś naprawdę kompromitującego na Ojca to posadzą go do więzienia. Z Boską pomocą jednak atmosfera ucichła i Ludwik przebrnął jakoś przez ten tragiczny okres.
          Od dwunastego roku życia wychowywałem się poza domem. Kiedy przebywałem w internacie w Krakowie Ojciec przysłał mi życzenia z okazji moich czternastych urodzin. Życzył mi "abym wyrósł na pociechę rodziny oraz Ojczyzny". Wtedy pierwszy raz zastanowiłem się nad tym pojęciem i zapadło mi ono w serce.
          W pierwszym roku po wojnie kultywowano jeszcze zwyczaje przedwojenne. Organizowano we wsi dożynki i wręczano wieńce. Otrzymywał je mój Ojciec, który siedział za stołem prezydialnym.
          Ojciec był działaczem spółdzielczym. Pojęcie spółdzielczości zostało wypaczone przez komunizm, gdyż w rzeczywistości przedwojennej była to bardzo twórcza i pożyteczna idea. Ludwik działał przed wojną w miejscowym banku spółdzielczym, kółkach rolniczych. Przed wojną założył wzorcową spółdzielnię gorzelnianą. W 1937 roku pozostała po majątku gorzelnia stała się własnością wsi i była użytkowana na zasadzie spółki rolników. Przedsięwzięcie to było na tyle reformatorskie, że Tatuś składał raport z tego projektu w radiu dla prezydenta Mościckiego.



Gorzelnia w Karnie przed II wojną światową.

Jakie miał zainteresowania?

Maria Jazdon-Gałuszka: Prenumerował wszystkie gazety, dzienniki jakie w tym czasie wychodziły. Po wieczornym obrządku, przed i po kolacji siadał na swoim miejscu przy stole, pod naftową lampą, prosił: "dzieci podajcie mi okulary" i zaczynał wieczorną lekturę. Czytał wszystko od deski do deski. Dzięki temu miał wiadomości z każdej dziedziny na bieżąco. Mógł z każdym prowadzić konwersację i nikt go nie zaskoczył pytaniem. O wszystkim miał swoje zdanie. Prasówka, to był taki niepodważalny rytuał każdego dnia. Drugim punktem była popołudniowa drzemka - choć 5 minut - z twarzą przykrytą gazetą, by nie gryzły muchy.
          W każdym obcym mieście, w którym się znalazł zaczynał od zwiedzania muzeów, zabytkowych budowli, kupienia i czytania przewodników. W ten sposób przygotowywał się do rozmów, dyskusji.

Ryszard Jazdon: Uwielbiał sport. Gdzie mógł to grał w piłkę nożną. Kiedy miał prawie 60 lat to potrafił jeszcze nas nieraz okiwać. Interesował się wynikami ligowymi szczególnie Kolejorza.
          Był przekonany, że przyszłość świata będzie ukierunkowana ku życiu w głębinach morskich. Musiały być wówczas takie futurologiczne trendy w prasie. Czytał reportaże Jacquesa-Yvesa Cousteau na ten temat.
          Przed wojną lubił chodzić do kina. Szczególną sympatią darzył Charlie Chaplina, o którym nam wiele opowiadał oraz Marlenę Dietrich i Gretę Garbo.
          Jeśli chodzi o hobby to Tata był filatelistą. Miał wiele klaserów, które niestety zostały zniszczone w czasie wojny. Jednym z ciekawszych okazów w Jego zbiorach był znaczek pocztowy przedstawiający głowy trzech cesarzy, który był podstemplowany w miejscowości leżącej na styku granic imperialnych trzech naszych zaborców. Zbierał pocztówki. Był zagorzałym kolekcjonerem motyli. Miał ich pokaźną kolekcję. Znał ich nazwy. Piękne motyle… niestety również wszystko przepadło w okresie wojny. Owady wisiały u nas w pokoju w specjalnej oprawie zamiast obrazów. Tą pasją także mnie chciał zarazić. Wspólnie je łapaliśmy w parku, później preparowaliśmy w denaturacie i oprawialiśmy.


Karna. Maj 1947 roku. I Komunia Święta syna Ludwika Ryszarda Jazdona. Od lewej: Adam Jazdon (syn), Salomea (żona), Rysiu (syn), Ludwik Jazdon, córki Marylka z Jadzinką na rękach, Helena Nickel (szwagierka).

Niałek. Okres okupacji. Adam, Salomea, Marylka, Ludwik Jazdon z Rysiem

Jak wychowywał dzieci?

Maria Jazdon-Gałuszka: Tatuś był bardzo dobrym ojcem, rozmawiającym ze swoją czwórką dzieci na różne tematy. Urządzał nam zawody sportowe, gry w piłkę, rzuty kulą, skoki w dal. Dzięki temu przez całe życie miałam zamiłowanie do uprawiania sportów: lekkoatletyki, siatkówki, koszykówki, pływania.
          Bardzo kochał swoją wnusię Małgosię. Walczył o jej bezpieczeństwo z kogutami, które za jednym zamachem pozabijał, gdy ją zaatakowały. Walczył z bykiem, który się zerwał i ją gonił, bo chodziła po podwórzu w czerwonym kombinezonie i drażniła tym kolorem. Chwała Bogu zdążył ją porwać do domu i zatrzasnąć drzwi. Na gwiazdkę, po wigilii przychodził św. Mikołaj - Tatuś w swoim kożuchu założonym na lewą stronę, w czapie i z broda z waty - rozdawał wszystkim prezenty, ale każdy musiał powiedzieć jakiś wiersz, zaśpiewać kolędę. Mama Gosi cała się trzęsła z emocji jak osika, a Gosia stwierdziła całkiem spokojnie: "Ten Mikołaj ma ręce zupełnie jak nasz dziadek". Potem, gdy wracał nie wiadomo skąd wnusia z przejęciem opowiadała mu o niezwykłej wizycie i o podobieństwie dłoni.

Ryszard Jazdon: Jako dzieci byliśmy poza domem, dlatego nie miał możliwości wpajania nam jakichś zasad na co dzień. Była jednak niedziela i w tym dniu prawił nam kazania, których nie lubiliśmy. Jednakże wszystkiego co nam wpajał w życiu stricte przestrzegaliśmy. Uświadamiał nas jak należy zachowywać się w pociągu, by ustępować miejsca starszym, by powiedzieć "dzień dobry" do dorosłego, by się uśmiechać, by nie wyrywać się jako pierwszy, tylko poczekać aż ktoś zapyta, jak zachowywać się przy stole, jak trzymać sztućce, żeby nie podawać przez stół tylko obok, bo można przewrócić naczynie lub świeczkę, albo "rozbić komuś nos". Uczył nas prowadzenia konwersacji, odpowiadania na zadawane pytania, kiedy coś przeczytałem to prosił mnie bym mu to opowiedział i z zaciekawieniem mnie wysłuchiwał.
          Wpajał w nas obowiązkowość. Kiedy widział, że Mama nie ma drewna lub wody to zaraz dostawaliśmy burę, że sami powinniśmy się domyślić, że trzeba to przynieść, a nie, że on to nam musi przypominać. Upominał nas kiedy trzeba wynieść popiół z pieca, wytrzeć naczynia. Sam wycierał naczynia matce. Jako starsze dzieci mieliśmy już przydzielone swoje obowiązki i każdy wiedział co ma robić.
          Jako młody chłopak bardzo lubiłem wino. Po żniwach 1951 roku (miałem 14 lat) mama przygotowała "pępek" (dożynki). Ojca w polu obwiązały kobiety powrósłem ze słomy i śpiewały stosowne na tę okoliczność przyśpiewki. Wieczorem zasiedliśmy do suto zastawionego stołu. Było też wino, którego kieliszek z poruczenia Ojca podano również mnie. Szybko go wypiłem. Ojciec kazał nalać ponownie i tak wiele razy. Gdy już chwiejąc się na nogach wyszedłem na dwór Tata dał do ręki memu bratu ćwiartkę wódki i kazał mu ją wlać do mojego gardła. Znalazłem się w futerni na słomie. Spałem tam przez trzy dni w oparach wymiocin alkoholowych. Od tej pory nie znoszę wina, alkoholu. Tę metodę poczucia wstrętu do alkoholu stosował wobec swych synów Wojciech Jazdon. Nie słyszałem, by - Hipolit, Franciszek, czy Ludwik nadużywali alkoholu.
          Paliłem papierosy już od 16 roku życia. Ojciec nie silił się na perswazję. Wiedział, że to na nic się zda. Gdy zobaczył mnie, że palę po kryjomu w stajni powiedział: "Uważaj, bo zapalisz słomę". To był wstyd, który pamiętam bardziej od klapsów na tyłek.
          Wpajał nam również, by w czasie publicznej zabawy, dożynek, itp. prosić do tańca kolejno starsze panie, matkę, siostry. Sam obtańcowywał wszystkie starsze kobiety zamężne i wdowy.


Karna. Rok 1957. Od lewej Helena Nickel z Adamem Jazdonem, Salomea z wnuczką Małgosią, Ryszard Jazdon, Kwiryna Nikel, Leokadia Kozłowska, Jadwiga i Ludwik Jazdonowie, Madzia Kozłowska z bratanicą, piesek Filut.

Żniwa. Pierwsza od prawej Janina Jazdon z Ofierzyńskich. Z dziećmi Ludwik Jazdon.

Czy miał swoje powiedzonka?

Maria Jazdon-Gałuszka: "Co masz zjeść dzisiaj - zjedz jutro, Co masz zrobić jutro - zrób dziś" oraz "Miej serce i patrzał w serce"

Ryszard Jazdon: "Dobra órka gnoju furka" - kiedyś nie było nawozów i obornik był na wagę złota, tak więc aby jak najlepiej wykorzystać ten "gnój" należało jak najlepiej zaorać pole. W niektórych sytuacjach pouczał nas "W życiu należy być kupcem", tzn. być słownym, usłużnym, ale nie za darmo.


Różaniec Ludwika Jazdona, który otrzymał od syna Ryszarda z seminarium. Wykonany z nasion drzewa akacjowego. Przywieziony przez misjonarzy z Afryki. Po śmierci Ludwika do 2006 roku był w posiadaniu córki Marii, która podarowała go wnukowi Karolowi. Figurka Chrystusa nowa, po renowacji.

Czy był pobożny?

Maria Jazdon-Gałuszka: Był osobą bardzo przywiązaną do kościoła katolickiego. Co utkwiło mi szczególnie w pamięci to, to że choć był najbardziej zmęczony wieczorem, brał różaniec wiszący nad łóżkiem i odmawiał co najmniej jedną dziesiątkę. Miał duże nabożeństwo do Matki Najświętszej. Chciał w młodości zostać księdzem, ale pewnie z braku finansów nie mógł pójść do seminarium. Nie wiem dlaczego nie zrealizował swojego powołania.

Ryszard Jazdon: Nie demonstrował swojej pobożności. Przez całe swoje życie gorliwe odmawiał różaniec. Miał też osobiste nabożeństwo do Matki Boskiej Gromnicznej. W to święto, tj. 2 lutego w szpitalu na ul. Szkolnej był operowany na kamienie nerkowe. Dzień wcześniej poszedł do spowiedzi, komunii św. i zawierzył się NMP Gromnicznej. Nie bojąc się niczego oddał się lekarzowi. Operacja się udała.
          Kościół w Siedlcu został w 1945 roku spalony przez Rosjan. Przez kilka lat msze św. odbywały się w poniemieckim baraku. Stopniowo ks. Proboszcz Bałoniak odbudowywał świątynię. Ojciec włączył się do tego czynu aktywnie pomagając m.in. w przygotowaniu więźby dachowej. Na końcu przekazał pochodzący z parku ponad 600 letni dąb, a dokładnie jego 4 metrową kłodę o średnicy 1,4m i długości 4m, z którego wykonano do dzisiaj stojące w kościele konfesjonały. Ojciec w ogóle się z tym nie afiszował. Matka zupełnie o tym nie widziała, a ja, że był poważnym donatorem kościoła, dowiedziałem się dopiero niedawno, kilka lat temu.
          W naszym domu nie obchodzono urodzin. Tak jak dla poszczególnego kościoła główną uroczystością jest odpust, tak wychodzono z założenia, że dla nas najistotniejszym świętem jest dzień wspomnienia naszego opiekuna, patrona. Dlatego obchodziliśmy imieniny i do dziś uważam, że jest to wspaniała tradycja. Ojciec obchodził imieniny 25 sierpnia w dniu św. Ludwika IX króla Francji, patrona m.in. kupców, murarzy, cieśli. Wszystkie kościoły francuskich ambasad na całym świecie są pod wezwaniem tego pobożnego władcy rycerza. Dzień ten był bardzo ważny w kalendarzu naszej rodziny. Tak się składało, że ta data zbiegała się z końcem żniw, ponieważ oprócz zboża uprawialiśmy buraki nasienne. Wszyscy już byli po żniwach, a my musieliśmy wysadki sierpami ścinać. Dzięki tej uprawie Ojciec mógł się wywiązywać z kontyngentu, bo za kwintal nasion odliczano taką samą ilość zboża. Wracając do imienin. Mama wypiekała wówczas dwa-trzy torty, makowce, serniki, pączki. Koguciki szły pod nóż. Zdarzała się też czernina.

Co lubił?

Maria Jazdon-Gałuszka: Uwielbiał wszystko co słodkie. Gdy musieliśmy sami sobie przygotowywać posiłek to Tatuś gotował dla wszystkich kaszkę na mleku i podawał ją ze stopionym, zrumienionym masłem i posypaną cukrem. Lubił wszelkie potrawy jarskie na słodko lub z sosami. A w ogóle to Tatuś uważał, że tak jak jego żona gotuje i piecze to żadna inna gospodyni.
          Pił dużo herbaty i palił dostępne jedynie "Sporty". Palił do końca życia. Odnośnie jedzenia to Wielkanocne śniadanie zaczynał od 12-15 jaj na twardo z masłem i solą. Potem stwierdzał: "Teraz mogę coś zjeść". No i nakładał sobie białą, grzaną kiełbasę, plastry szynki, nadziewanego indyka, sosu tatarskiego, itd. Zapłacił za to wszystko nie leczonym cholesterolem, nadciśnieniem, wreszcie wylewem krwi - przedwczesną śmiercią.

Ryszard Jazdon: Jeśli chodzi o jedzenie to Ojciec nie był wybredny, ale lubił śmietanę. Potrafił wstać w nocy, by głośno siorbiąc spijać sobie śmietanę osadzoną na mleku. Kiedy jako student wracałem o północy z Wrocławia to Ojciec ze mną rozmawiał i zaraz sięgał po śmietankę, by sobie posiorbać. Lubił snelkę, czyli bułkę zmoczoną w mleku oraz w czasie Wigilii mięso z rybich głów (budził ogólny podziw zgrabnym ich rozbieraniem). Uwielbiał też kluski z makiem, czyli makiełki. W czasie Wielkanocy potrafił zjeść 15 jaj. Alkoholu nie pił, więc nigdy w życiu nie widziałem go pijanego, ani nawet nie słyszałem by kiedyś nadużył alkoholu. Palił papierosy i ograniczał się w ten sposób, że łamał na pół jednego i wkładał do kieszeni, a drugi spalał w lufce. Niedopałek wybijał mocnym uderzeniem dłoni. Pamiętam ten charakterystyczny, powtarzający się dźwięk dłoni uderzającej w rękę z cyfką.


Karna. 1950 rok. Zdjęcie darzone wielkim sentymentem przez Ryszarda Jazdona, który w wieku 13/14 lat przebywał z dala od rodziny w krakowskim małym seminarium duchownym księży Misjonarzy pod wezwaniem św. Wincentego á Paulo. Jak tęsknił to pocieszał się spoglądając na to zdjęcie. Od lewej na koniu z siostrą Jadzinką Adam Jazdon, wół pociągowy, Waldek Rozynek (pracownik gospodarujący w Karnie), na koniu Stanisław Zarabski, (dorywczy pracownik, który po kilku latach zginął w katastrofie w kopalni), Ludwik Jazdon, Marysia Zarabska (pomoc gospodarska), Przymuszała (dorywczy pracownik wel "Muzyk") w stroju gospodyni Salomea Jazdon.

Czy miał ulubione zwierzęta?

Ryszard Jazdon: Interesował się ptakami. Pokazywał mi je w parku i nazywał po kolei. Cieszył się kiedy przylatywały sójki, dzięcioły. Interesowało Go myślistwo. Przed wojną w czasie polowania znajomy myśliwy użyczył mu swoich naboi z drobnym śrutem. Ojciec strzelając nimi ze swojej fuzji stał się królem jednego z polowań, mimo iż nie uważał się za dobrego strzelca. Był tym sukcesem bardzo zaskoczony.
          W latach 1945-48 w parku było dużo bażantów i dzikich królików, niedaleko latały kuropatwy. Ojciec zobowiązywał nas byśmy te zwierzęta dokarmiali, więc nosiliśmy im tzw. poślad (odpady zbożowe z niewykształconego ziarna), do czasu, kiedy nie został obarczony obowiązkowymi kontyngentami zbożowymi. Ojcu członkowi koła łowieckiego zabrano broń - dryling i fuzję, ponieważ był wrogiem klasowym. Urząd Bezpieczeństwa zarekwirował tę broń w 1946 roku i przechowywał ją w depozycie. Mimo, że w 1956 roku Ojciec przestał być wrogiem ludu to tej broni nigdy już nie odzyskał, a więc był to jawny rabunek.
          Mieszkał w tym czasie niedaleko nas były gajowy Wicek Kozłowski. W 1946 roku wyjechał na zachód (ziemie odzyskane), by objąć większe gospodarstwo rolne. Wrócił jednak po trzech latach, bo praca była cięższa, niż na jego wcześniejszym trzyhektarowym gospodarstwie. W ówczesnym ustroju jako tzw. małorolny miał przywileje, m.in. był jednym z nielicznych myśliwych. Stał się on panem na naszym terytorium łowieckim. Codziennie chodził obok naszych okien z fuzją do parku. Wracał zawsze z królikiem, albo bażantem. W dwóch, trzech latach wytłukł bażanty, a króliki w ciągu pięciu lat.
          Jeśli chodzi o zwierzęcy inwentarz to był zwolennikiem hodowli świń. Zaraz po wojnie mieliśmy bardzo suchą maciorę i klika tuczników. Pamiętam jak przyszedł Rosjanin, wyciągnął pistolet i zastrzelił tucznika, a następnie go zabrał.
          Psy traktował jako zwierzęta użytkowe do pilnowania podwórza. Małe psy były u nas z reguły do momentu kiedy czegoś nie przeskrobały, a takim przestępstwem było najczęściej podbieranie kurzych jaj. Jeżeli delikwent chronicznie popełniał tego rodzaju zbrodnię to szedł na swój ostatni spacer do parku z Ojcem i łopatą. Tata wracał z tej wycieczki już tylko z łopatą.
          Mieliśmy zawsze byka stadnika, ponieważ u nas był punkt kopulacyjny. Z całej wsi przyprowadzali do nas krowy. Żeby byka zaprowadzić do krowy to trzeba założyć mu tzw. kluczkę - jest to kij z taką metalową sprzączką, którą zahacza się na obrączce w nozdrzach. Założenie tej obrączki to był też proces, który wymagał od Ojca precyzji. Wiązało się byka łańcuchami między dwoma drzewami. Jeśli zakładając kółko przebiło się część umięśnioną nosa to ciągnięty byk szedł jak na sznurku odczuwając silnie nacisk metalu. Było to nieprawidłowe, gdyż powodowało często krwawienie, ale ułatwiało prowadzenie. Należało trafić kilka milimetrów dalej na chrząstkę, ale niestety wtedy przejście z buhajem wymagało większego wysiłku.
          Pod koniec okupacji mieszkaliśmy w Niałku w małym gospodarstwie, będącym własnością Niemca Felsia, który na okres wojny objął większe gospodarstwo po gospodarzu Grześkowiaku. Mieliśmy obórkę i stodołę, w której była słoma. Nad domem był spichrz, gdzie przechowywano zboże. Właściciel pozwolił nam byśmy tym owsem żywili kury i króliki. Słomy używaliśmy do podpalania ognia w kuchennym piecu. Kiedy przemieszczał się front i nadchodzili wypierający Niemców Rosjanie, to zostawiali zmęczone konie w tej stodółce, a zabierali świeże, odkarmione przez Ojca. Nadszedł moment, że przeprowadzaliśmy się z Niałka do Karny i Ojciec miał parę ładnych, gniadych koni. Dojechał z nimi do Powodowa, ale niespodziewanie wybuchła przy nim bomba. Będący niedaleko Rosjanie podeszli do Ojca i odebrali mu konie, dając w zamian starego, dwudziesto kilku letniego siwka, który miał strasznie długie zęby.
          Pamiętam, że był to jedyny koń jakiego mieliśmy na początku w Karnie. Jest z tym koniem związana przykra dla niego anegdota. Otóż stał on w stajni obok młodego byka i tenże pewnego dnia postanowił sobie pofolgować, zerwał się z łańcucha i starego siwka zgwałcił, niejeden raz. Biedny stary siwek... Miał takie długie zęby i ledwo się na nogach trzymał. Okrutnie nazwaliśmy go "bastard pederasta".


Ojciec mój miał nawyki administratora majątków ziemskich. Wykonywał prace fizyczne tylko z konieczności. Jego zastępcą był Niemiec Rozynek, który zajmował się wszystkimi pracami polowymi, hodowlą inwentarza. Kiedy nastał trudny okres obarczania Ojca zabójczymi kontyngentami to konie były tak wychudzone, że trzeba je było podnosić na lewarkach. Ojciec dziwił się jak ten Rozynek te konie wykarmił, bo nie mieliśmy w ogóle zboża.

Franciszek Rosiński.
Przedwojenny pracownik prowadzący gospodarstwo w Karnie.

Jakie miał marzenia?

Maria Jazdon-Gałuszka: Zawsze marzył, by wykształcić swoje dzieci - o tym wiem. Mnie przeznaczył na architekturę, którą miałam studiować we Włoszech. Kochany Tatuś. Mnie ta dziedzina bardzo interesowała, ale to była utopia na owe czasy. O innych Jego marzeniach nic nie wiem.

Ryszard Jazdon: Marzył byśmy kształcili się za granicą, byśmy studiowali w Berlinie lub innej europejskiej stolicy. W okresie stalinowskim fakt, że wysłał trójkę dorosłych dzieci do szkół był solą w oku dla ubeków


Karna 1962r. Pogrzeb Ludwika Jazdona.

Karna 1962r. Pogrzeb Ludwika Jazdona.

Jak wyglądał dzień, kiedy umierał?

Maria Jazdon-Gałuszka: Nie było mnie wtedy w Karnie. Przygotowywałam się na Jego przyjazd do mnie do Żywca, gdzie chciałam Go ugościć, otoczyć miłością i czułością. Właśnie zapeklowałam ozory wołowe jako jedno z niecodziennych dań, gdy otrzymałam telefon, że nie żyje. Ziemia zapadła się pode mną. Pobiegłam do pracy, by zgłosić to dyrektorowi i wziąć z tego tytułu urlop. To był najtrudniejszy dzień w moim życiu. Świat się na chwilę zawalił.

Ryszard Jazdon: Była niedziela palmowa 15 kwietnia 1962 roku. Ojciec wracał ze szkolnej wywiadówki od siostry Jadzi autobusem, w którym niespodziewanie zasłabł. Miał na tyle sił, że wyszedł z pojazdu i udał się do najbliższego domu swoich znajomych olejarzy w Wojciechowie. Zostaliśmy powiadomieni i natychmiast z bratem Adamem wsiedliśmy na jego motor i pojechaliśmy do Wojciechowa. Będąc na miejscu Adam wyruszył zaraz po lekarza, który po przyjeździe na miejsce zrobił Tatusiowi zastrzyk. Przywieźliśmy Ojca do domu i za radą lekarza Mama podała Mu kawę. Sytuacja zaczęła się stabilizować. Ojciec położył się i normalnie rozmawiał. Nagle usłyszałem krzyk Matki: "Tatuś umiera!" Mama była już wcześniej przy umierającym człowieku i znała to charakterystyczne charczenie. Szybko po księdza, gromnicę i po lekarza. Adam zaprzągł konie i pojechał po księdza Bałoniaka. Kiedy do niego zajechał to ksiądz powiedział, że pojedzie własną bryczką, żeby go później nie odwozić. Byłem przy Ojcu, a On patrzał mi prosto w oczy. Matka krzyczała: "Jezus Maria! Nie mam gromnicy! Leć szybko do cioci Lusi po gromnicę!". Zostawiłem wszystko, pobiegłem co sił, przeskoczyłem przez płot i krzyknąłem do Cioci: "Ciocia! Daj gromnicę! Ojciec umiera!" Gdy wróciłem Mama odnalazła już naszą gromnicę, a Tatuś przyjmował ostatnie namaszczenie. Kiedy przyjechał lekarz to się przeraził i powiedział do mnie i brata Adama: "O Boże! Podałem odwrotny lek! Zamiast obniżyć ciśnienie to je podwyższyłem." Również zalecona kawa spowodowała, że nastąpił rozległy wylew krwi do mózgu w wyniku czego nastąpiła śmierć. Lekarz był bardzo przejęty i powtarzał, że to jego wina. Mama bardzo przeżyła śmierć Ojca. Popadła w depresję, schudła, rozchorowała się, ale siostra Marylka wzięła ją do siebie i doprowadziła do normalnego stanu.


Karna 1962r. Pogrzeb Ludwika Jazdona.

Karna 1962r. Pogrzeb Ludwika Jazdona.

Jak wyglądał pogrzeb?

Maria Jazdon-Gałuszka: Trumna stała wsparta na stołkach, dębowa przy otwartym oknie na podwórze. Pod trumną dwie wanny z zimną wodą, zapalone świece. My otaczaliśmy tę trumnę, reszta stała na zewnątrz, na podwórzu. Modliliśmy się lub staliśmy w milczeniu, aż przyjechał ksiądz. W pewnym momencie zaburczało w brzuchu Tatusia. Myślę: "On przecież żyje!!!" Jakiś dziwny charkot wydobył się z mojego gardła. Wszyscy spojrzeli w moją stronę. To zaczął się proces rozkładu… Potem długa droga do Siedlca i tłum ludzi za trumną. Złożyli Go w wymurowanym dole, zakryli płytą i wieńcami. Zdawało się, że świat się kończy. To zaskoczenie tak nagłego odejścia dla mnie było wstrząsem trudnym do przeżycia. Był przecież jeszcze taki młody. Mógł co najmniej jeszcze 20 lat żyć. Z wnucząt znał tylko Gosię. A jak by się ciszył tą całą resztą? Niech Bóg i Maryja mają Go w swojej opiece.

Ryszard Jazdon: Tydzień przed śmiercią Ojca moja Mama miała sen. Śniło jej się, że Ojciec zmarł i śnił się także pogrzeb, ale kiedy Ojciec umarł to zapomniała o tym śnie. Nadszedł moment pogrzebu i przybyli ludzie z trumną. Z pewnych względów wynikających z architektury mieszkania, tzw. poniatówki, w której wówczas mieszkaliśmy zaistniałą trudność z wyniesieniem trumny. Zaczęliśmy się głośno zastanawiać jak my tą trumnę wyniesiemy. W końcu ktoś wpadł na pomysł, że przez okno. I właśnie w tym momencie kiedy trumna była wyciągana przez okno Matka widząc to doznała olśnienia i ten sen ponownie się jej przypomniał. Wszystko według niej wyglądało tak jak to śniła. Trumnę położono na karawan. Ile było ludzi to widać na zdjęciach. Trudno mi coś więcej opowiedzieć o pogrzebie, bo wszyscy byliśmy oszołomieni i przejęci.


Grób Ludwika Jazdona w Siedlcu pow. Wolsztyn przed kościołem Św. Michała Archanioła.

Podsumowanie

Ryszard Jazdon: Ujmując w największym skrócie życiorys Ludwika Jazdona napisałbym:
          Urodził się 11 sierpnia 1898 roku jako dziewiąte dziecko Wojciecha Jazdona, a ósme Józefy Jazdon z d. Rękoś w Wijewie (pow. Wschowa) w obrębie zaboru pruskiego (patrz w dziale "Dokumenty" Akt urodzenia i Świadectwo Chrztu).
          Szkołę podstawową ukończył w Brennie, a dalszą edukację kontynuował w gimnazjum we Wschowie prawdopodobnie do 1914 r., czyli do wybuchu I Wojny Światowej.
          Do momentu wcielenia do armii pruskiej w 1916 r. pozostawał w domu i pomagał w gospodarstwie ojcu i bratu Franciszkowi. W 1920 roku skończyły się działania wojenne i Ludwik "z tobołkiem na plecach" wyruszył w świat.
          3 lutego 1932 r. stanął na kobiercu ślubnym z Salomeą Nikel. Choć miał dobrą pracę, pozycję społeczną i wypracowany zawód administratora ziemskiego, to marzył o tym by wyciągnąć nogi pod własnym stołem.
          W 1937 r. po siedemnastu latach dorabiania się zamieszkał we własnym 27-mio pokojowym pałacu przy 10-cio hektarowym parku i z 23 hektarami użytków rolnych w Karnie.
          We wrześniu 1939 r. Niemcy wyrzucili go na bruk. Pierwszej gościny udzielili mu państwo Grajewscy. Pan Grajewski był sekretarzem PTKR (Polskie Towarzystwo Kółek Rolniczych). Potem zamieszkaliśmy w Niałku.
          W 1945 roku wrócił do Karny, by do 1956 r. być kułakiem. W tym czasie mimo wszystkich kłód rzucanych pod nogi wysłał na naukę troje dorosłych dzieci, płacąc za stancje i internaty.
          W 1958 r. podupadł na zdrowiu i wezwał syna Adama do domu do prowadzenia gospodarstwa.
          Umarł w 1962 r. w wieku 64 lat w atmosferze domowej, której hasłem przewodnim było: "Sprzedajemy tą Karnę".
          Kiedyś, chyba w latach osiemdziesiątych rozmawiałem z Aleksandrem Jazdonem o tej dążności naszych rodziców (prowadząc skrajnie oszczędne życie) do posiadania "stołu pod własnym dachem". Oleś podsumował to refleksją: "Jak lekko, w dostatku mogli przeżyć te przedwojenne lata, gdyby prowadzili konsumpcyjny tryb życia".
          Ojciec poza pensją urzędnika ziemskiego (ostatnia to posada dyrektora klucza gospodarstw hr. Michałowskiego) nieźle dorabiał jako biegły rzeczoznawca sądowy (patrz dział "Dokumenty" Orzeczenie biegłego sądowego Ludwika Jazdona str.1-4), jako zaprzysiężony tłumacz z języka niemieckiego, no i jako współwłaściciel tartaku. Poza tym z racji administrowania miał w obejściu majątkowym swe krowy, świnie i drób. Rodzice jednak jedli chleb ze smalcem, bo masło, a także jajka sprzedawali na rynku.
          Odczuwalnej stabilizacji życiowej doznał chyba Ludwik Jazdon w dniu 30 stycznia 1933 roku, kiedy urodził mu się pierworodny syn. Miał żonę, ciepłe mieszkanie i pierwsze dziecko. Ale był to dzień jak z Apokalipsy św. Jana. NSDAP wygrała w Niemczech wybory. Do władzy doszedł Antychryst określony liczbą 666.

NUMEROLOGICZA DEFINICJA NAZWISKA HITLER
Kolejne liczby100101102103104105106107108109110111112113114115116117118119
Alfabet łacińskiABCDEFGHIJKLMNOPQRST
Liczby nazwiska Hitler    104  107108  111     117 119
SUMA666

Te trzy szóstki naznaczyły również życie Ludwika Jazdona w następujący sposób:
Rok 1933 + 6 = 1939r. Utrata dachu nad głową w wyniku wybuchu II wojny światowej.
Rok 1939 + 6 = 1945r. Napiętnowanie kułactwem w komunistycznej rzeczywistości.
Rok 1945 + 6 = 1951r. W Karnie grupa rolników stworzyła "Spółdzielnię Produkcyjną" zabierając Ojcu pałac, park i część ziemi, by go rozkułaczyć.
          Po kolejnych 6 latach Ojciec odzyskał swe nieruchomości kosztem wielu upokorzeń i nadszarpnięcia zdrowia.



Lato 1933 roku. Szczęśliwa rodzina z pierworodnym synem Adamem.