Ryszard Jazdon:


Kawalerskie życie Adama Jazdona



Salomea Jazdon z synem Adamem i córką Marią.

          W 1932 roku Ludwik Jazdon, administrator posiadłości ziemskich (Cichowo- własność rodowa, Międzychód - dzierżawa) gen. Bukowieckiego szefa Armii Poznań ożenił się z Salomeą, córką Stanisława Nickla, właściciela folwarku Pinka, graniczącego z Międzychodem.
          77 lat temu, 30 stycznia 1933 roku, urodziło się pierwsze dziecko w tym małżeństwie, syn Adam. Zapowiadało się, że pierworodny Ludwika i Salomei będzie swe lata niemowlęce przeżywał w sielskich warunkach. Miał specjalną opiekunkę do dziecka, był pod stałym nadzorem lekarskim, a na odległość głosu gwizdka była Pinka, gdzie z utęsknieniem czekał dziadek Stanisław, trzy ciotki, trzej wujowie oraz kuzynek Andrzejek Kozłowski. Jednak nasz osesek pragnął znaleźć zadowolenie w spożywanym pokarmie. I tu pojawił się problem dlań dramatyczny - ciągle płakał. Lekarz stukał, opukiwał, zaglądał w gardziołko, bokiem spozierał na bujny biust matki. Był bezradny. Dziecko dalej płakało. Jednak w końcu nastąpił szczęśliwy dzień. Przyjechały dwie ciotki z Wyrzeki. Ich diagnoza była szybka i nieodwołalna - dziecko jest głodne! Matka nie ma mleka. Jak w takich wypadkach bywa jedynym wyjściem z opresji stało się nabycie kozy. Stare ciotki miały rację. Adaś po butli usnął na wiele godzin i tak kolejne dni mijały w spokoju. Dziecko nie płakało.
          Jego życie toczyło się jedną nogą w Międzychodzie, a drugą w Pince. Stopniowo baraszkował, a potem coraz bardziej rozrabiał z Andrzejkiem ku uciesze dziadka Stanisława i pozostałych domowników. Jeśli jedzenie gosposi Stasi im nie odpowiadało to szli na plince do ludzi folwarcznych.


Na zdjęciu pierwszym stoją od lewej Wiktor Nickel, Tadeusz Nickel, pan?, Ludwik Jazdon; siedzi dziadek Stanisław Nickel z wnukiem Adasiem Jazdonem na kolanach. Dziadek Stanisław Nickel na środkowej fotografii. Na zdjęciu z prawej mały Adaś z Heleną i Stanisławem Nicklem w Pince.

          Po zamieszkaniu rodziców w Komorowie, a potem w Karnie, Adaś dalej był częstym gościem w Pince u dziadka, hodowcy remontów - koni dla wojska. Te konie były magnesem, który go tam przyciągał. W Karnie, już w naszym gospodarstwie, lubił przebywać w stajni w towarzystwie pracownika Franciszka Rosińskiego. Pewnego razu, przed wojną, Adaś (5-6 lat) podszedł do niego i oznajmił, że ojciec zwalnia go z pracy. Franek spakował swe manatki i gdy już wychodził, został zauważony przez matkę. Zapytała: "Co Franek robi?" "Adaś powiedział, że jestem zwolniony i mam się wynieść" - odpowiedział Franciszek. Był to czczy wymysł zrodzony w głowie młodego dziedzica.


Na zdjęciu pierwszy od prawej Franciszek Rosiński - przysłane z niewoli podpisał na drugiej stronie "Wolny jest tylko Siwek". Kilka miesięcy wcześniej mały Adaś chciał uwolnić pana Rosińskiego od obowiązków w gospodarstwie co spotkało się z jego aprobatą.

          Pewnego dnia, gdy stał oparty o ścianę w stajni, spadła mu na głowę uprząż końska zadając dość głęboką ranę. Blizna po niej, zakryta włosami pozostała wyczuwalna przez całe życie. Mieszkając w Karnie Adam był wożony do ochronki (dziś przedszkole) w Siedlcu, prowadzonej przez Siostry Szarytki. Jego bezpośrednia opiekunka, siostra Helena, została po wojnie przełożoną tego zgromadzenia i niejednokrotnie wizytowała nasz dom, szczególnie zaraz po wojnie, gdy w okolicy nie było lekarza.


I Komunia Święta Marii i Adama Jazdonów odbyła się tego samego dnia.

          Wybuchła II wojna światowa. Niemiecka okupacja. Znaleźliśmy się na wygnaniu. Ostatecznie po kilku przeprowadzkach przeżyliśmy te pięć lat w starym domu Niemca Felsia. Mieliśmy pokój. Kuchnię mama urządziła w maglowni z ceglaną posadzką. Obok w drugim pokoju mieszka kulturalna Niemka, obywatelka Berlina. Adaś chodzi do niemieckiej szkoły, a później dołącza doń siostra Marylka. Któregoś dnia Adaś wrócił ze szkoły blady i jakoś bardzo wygięty do tyłu. Mama od razu spostrzegła, że z chłopcem jest coś "nie tak", ale on nic nie mówił. Kazała mu się rozebrać i ...!!! Mało nie popadła w histeryczny płacz. Adaś całe plecy miał w pręgach. Niemiecki nauczyciel okładał go trzcinką. To był jednak twardy chłopak. Bójek nie unikał. Nieraz przychodził z rozkwaszonym nosem. Jego wrogiem nr 1 był starszy o parę lat Hajduk. Bili się regularnie. Od siódmego - ósmego roku życia w czasie wakacji pasł bydło sąsiada Prządki na gminnych łąkach wraz z innymi pastuchami. Dzięki temu mieliśmy przez cały rok codziennie dzbanek 1,5 litrowy świeżego mleka. Pierwsze pieczarki, które widziałem, a potem jadłem były przyniesione przez Adasia z tych łąk.


Na zdjęciu z lewej pierwszy od prawej strony pan Prządka. Na drugiej fotografii zdjęcie ślubne Bolesia Prządki - chrześniaka Salomei Jazdon.
          W wolnych chwilach bawił się ze mną i moimi rówieśnikami. Na podwórzu w Niałku była murowana obórka długości 8m i szerokości 6m ze strychem, kryta dachówką. Podzielona na "komórki". W jednej z nich ojciec gromadził na opał wybrakowane skrzynie do transportu masła. Były one zbudowane z cienkich świerkowych desek, wielkości ok. 1m x 1m x 1,5m. Jedna z zabaw polegała na tym, że Adam stawał na jedną ze skrzyń przylegającą do ściany, a nam trzem, czterem chłopakom (5-7 lat) na hasło "Barany!" kazał buźdź te skrzynie. Łzy leciały nam z oczu, ale waliliśmy je z całej siły, aż pękały deski. Adaś najbardziej odważnych chwalił: "Z ciebie to będzie twardy wojownik!".


Adam Jazdon (stoi drugi od lewej) z przyjaciółmi z Niałka Wielkiego z okresu okupacji. Najwyższy Boleś Grześkowiak, przed nim z kokardą Maria Jazdon, a obok jej koleżanki na środku stoi Ryszard Jazdon.
          Jedne z wakacji Adaś spędził w Zaborówcu u cioci Bronisławy Borowej. W dniu, w którym wrócił cała gromada dzieci prowadziła go od przystanku autobusowego, a ona z klatką, a w niej parą gołębi zmierzał wprost na starcy nad obórką, by tam umieścić zdobyte ptaki. Nie długo się nimi cieszył. Po wypuszczeniu uciekły do sąsiada, Niemca Martynki, a mieliśmy z nim "na pieńku". Przy graniczącym z nami murowanym płocie Martynka od strony swego gospodarstwa wiązał byka stadnika. My wchodziliśmy na płot i długimi kijami żgaliśmy genitalia byka. Przyłapał nas na tym niecnym procederze gospodarz i bardzo za to nie lubił. Dlatego zapewne nie zamierzał oddać Adasiowi gołębi. Wracając jeszcze do momentu powrotu Adama do domu. Kiedy ulokował gołębie na strychu Adaś jeszcze długo dzielił się wrażeniami jakich doznał w Zaborówcu. Jak jeździł na koniu, jak do obory wkradał się wąż i spijał mleko od krowy (tak wtedy opowiadał), jak za radą starszych kuzynów rano nasikał na jedną z wybranych pokrzyw. Miała po kilku dniach zwiędnąć i tak się stało. Zgniła. Opowiadał o otaczającym gospodarstwo lesie i hodowli pstrągów. I tak minęła prawie godzina. A mamusia ciągle czekała, kiedy jej synuś przyjdzie i się przywita. Gdy wreszcie to zrobił, po serdecznych uściskach siadł na krzesło i gorzko zapłakał: "Chciałbym tam wrócić, tam jest tak ładnie!".


Żniwa w Zaborówcu. Zdjęcie ze zbiorów Romana Borowego.

          Innym razem pojechał do Masłowa koło Dolska do dziadka Nickla, cioci Heli i cioci Kwiryny. Zastał tam Andrzeja Kozłowskiego. Ich wzajemna radość ze spotkania była pełna entuzjazmu. Padli sobie w objęcia, ściskali serdecznie i ku uciesze dziadka jęli się mocować. Przewracali się na trawę, mimo świątecznych ubiorów. I taki styl powitania był rytuałem na wiele lat przy spotkaniach obu kuzynów. Później ja objąłem rolę Andrzeja. Po powrocie z Masłowa Adaś jak zwykle barwnie opowiadał o swoich przygodach. Jedna z nich może dla kogoś niezauważalna bardzo mnie zaciekawiła. Było to łapanie chrabąszcza majowego, wkładanie go do pudełka po zapałkach i wsłuchiwanie się w jego skrobanie. Ja nie znałem tych dużych owadów jeszcze przez wiele lat, dlatego było to takie interesujące.


Andrzej Kozłowski. Środkowe zdjęcie obcięte ponieważ Salomea Jazdon potrzebowała w 1945 roku fotografię do dowodu osobistego i wykorzystała do niego wizerunek własnej siostry Leokadii - matki Andrzeja. Na zdjęciu po prawej Leokadia Kozłowska z synem Andrzejem.

           W czasie okupacji w kinie Tatry w Wolsztynie od czasu do czasu wyświetlano filmy dla dzieci. Bywał na nich Adam. Pod wpływem jednej z bajek filmowych wymyślił zabawę ze śpiewem, która polegała na tym, że obchodziliśmy wkoło gołębnik śpiewając: "Ja chciał sr.. , ja chciał sr.. , Matka mi nie dała i na węzeł, i na węzeł portki zawiązała".
          Gdy zbliżały się Święta Bożego Narodzenia gospodynie wypiekały placki w wiejskim piecu chlebowym. Mężowie lub starsi bracia zamykali się w warsztacie pana Prządki i majstrowali przygotowując zabawki dla dzieci. Między nimi był także mój jedenastoletni brat. Zrobił mi wtedy z dykty piękną łódkę pomalowaną niebieską i czarną, olejną farbą. Jest to zabawka, która sprawiła mi największą niespodziankę i którą najbardziej pamiętam.
          Mój brat Adam od najmłodszych lat czuł się za mnie odpowiedzialny. Pilnował bym czegoś nieprzyzwoitego nie zrobił lub powiedział. Gdy postąpiłem nagannie dostawałem kuksańca, nieraz solidnego, a przy stole regułą było kopnięcie w nogę.


          Podwórze rodzinnego gospodarstwa Niemca Felsia w Niałku Wielkim. Tam przebywali od początku 1940r. do wiosny 1945r. uwiecznieni na sankach: najwyżej Adam Jazdon z rodzeństwem Marią i Ryszardem.
          Niałek Wielki jest najstarszą miejscowością w gminie Wolsztyn. Leży przy szosie do Nowej Soli, na północno-zachodnim brzegu Jeziora Berzyńskiego. Graniczy od południowego zachodu z zabudową Wolsztyna i stanowi jego przedmieście.
Nazwa wsi Niałek pochodzi od rodu rycerskiego Jeleni Niałków. Za datę powstania uważa się rok 1155 - w bulii papieskiej Hadriana wymieniono Niałek (Nalcho, Naltho) jako własność biskupstwa wrocławskiego. Po 1245 roku stał się jedną z siedzib rodu Niałków. W 1238 roku Wincenty z Niałka ufundował kościół pod wezwaniem św. Mikołaja, który został rozebrany w 1801 roku. Wieś jest obok Przemętu jedną z najstarszych wsi w zachodniej Wielkopolsce.
          Wieś zachowała dawny kształt ulicówki. W jej południowej części położony jest dawny folwark, założony w XVII/XVIII wieku, ostatecznie ukształtowany i rozbudowany w 2 połowie XIX wieku.

          W czasie okupacji chłopcy, pastuszkowie zrobili sobie piękne baty. Z wikliny upletli biczyska i przywiązali długie rzemienie. To było fascynujące. Adaś zaraz musiał zrobić dla mnie takie samo biczysko. Po rzemień poszedłem z kolegą do rymarza w Wolsztynie. Do dziś widzę jak precyzyjnie wycina go ze skóry, potem pociąga i wałkuje. Do tych batów na końcu rzemienia przywiązywaliśmy sznurowadła i strzelaliśmy. Była to sztuka trudna do opanowania. Im dłuższy rzemień tym trudniej było zrobić pętlę strzelającą. Adaś miał najdłuższy i jego huki były najgłośniejsze. Gdy rzemienie od ciągłego strzelania skróciły się zmieniliśmy wiklinowe byczyska na kije i takimi batami napędzaliśmy bąki. Bąk był to stożek zrobiony z drewna, wys. 8cm, o górnej średnicy 6cm z wyżłobionymi u góry obręczami, a dolnej końcówce wbity gwóźdź z łebkiem. Wokół takiego bąka owijało się sznurek i umiejętnie puszczało energicznym ruchem, co powodowało, że bąk się sam obracał. Wtedy popędzało się go batem by dalej się kręcił. Adaś i siostra Marylka byli mistrzami, gdyż utrzymywali je najdłużej w ruchu.
          W lecie większość czasu spędzaliśmy nad jeziorem. Pewnego razu Adaś zachorował na wietrzną ospę. Leżeliśmy w łóżkach przy zasłoniętych oknach przez 10 dni. Mięso królicze oprócz sporadycznych pieczeni z kurczaka było jedynym dostępnym tego rodzaju artykułem w czasie okupacji. Każde z nas miało swoje króliki. Również w okolicznym sąsiedztwie rozwijała się ich hodowla. Adam miał samca rozpłodnika. Dopuszczaliśmy nim nie tylko nasze samice, ale i z sąsiedztwa. Zawsze mu za taką kopulację jakaś korzyść wpadła. Królik się szybko rozmnażają. Przybywało także samców. By uniknąć wsobnego (kazirodczego) krycia samce trzymano w osobnych klatkach. Jednak dochodziło do wzajemnych pogryzień. By temu zaradzić wkroczył mój brat Adam, który w Zaborówcu nauczył się kastrowania samców. Z czasem stał się powszechnie poszukiwanym na wsi specem od kastracji. I znowu czerpał z tego korzyści. Przeważnie jajka kurze, choć mieliśmy ich pod dostatkiem, bowiem zdarzało się że od siedmiu kur było 8 jajek. Okazało się, że sąsiada kura znosiła je w naszym kurniku.
          Na Gwiazdkę mieliśmy zawsze choinkę ozdobioną wycinankami z rysunków Adasia i Marylki. Bywało, że zawisły cukierki w papierkach. Lecz w krótkim czasie zostawały same opakowania.

Niałek Wielki. Lata okupacji wojennej. Salomea i Ludwik Jazdonowie z dziećmi: Adamem, Marią i Ryszardem.

           Skończyła się wojna. Wracaliśmy do Karny. Kilka dni wcześniej wyprzedził naszą wędrówkę Adaś. Pamiętam, gdy z rodzicami przybyliśmy na nasze gospodarstwo to Adama zastaliśmy w oborze z widłami i miotłą. Dokonywał obrządku dość dużej ilości krów. Część z nich potem pojedynczo zabierali wracający sąsiedzi z przesiedleń okupacyjnych. Bowiem w naszej oborze zgromadzono chodzące samopas po okolicy krowy. Zaraz po wojnie często zmieniały się nasze konie. Z reguły Rosjanie okradali nas z nich. W Chobienicach stworzyli punkt w którym zgromadzili ich ogromną ilość. Okoliczni rolnicy kupowali je za spirytus. Pamiętam jak Marian Drożdżyński przyprowadził karego konia wielkości konika polskiego, którego ujeżdżaliśmy. Po Marianie Drożdżyńskim to Adaś był jednym z pierwszych, który go dosiadł.
          W tych pierwszych dwóch latach po wojnie kultywowano jeszcze tradycje przedwojenne. Jedną z nich były dożynki wiejskie, na których grali koziarze z Przyprostynia. Akademię i tańce poprzedzał korowód, na którego czele kroczył nasz wół rasy Simentalskiej (bardzo duże rogi). Ciągnął grabie konne, a na głowie osadzano mu wieniec. Byli też konni jeźdźcy, a wśród nich mój najstarszy brat. Bardzo to przeżywał. Chciał jak najlepiej zaprezentować się. W tamtych czasach były ogromne braki w podstawowym sprzęcie gospodarczym, m.in. lejce mieliśmy zrobione z powrózków, a tylko do zaprzęgu jednokonnego były lejce skórzane. Mój brat (nigdy nie mogłem mu tego zapomnieć), by rozwiązać problem wody do konnej jazdy na dożynkach siekierą obciął wg potrzebnej długości te chowane na niedzielę lejce.
          W 13 roku życia, a siostra Maria w 11 roku byli wysłani na edukację do Wolsztyna. Ja także w 12 roku byłem ulokowany w internacie, by kończyć VII klasę w Szkole Podstawowej nr 2 przy liceum ogólnokształcącym w Wolsztynie. Adaś chodził do jedynki do Malca (kierownik tamtejszej podstawówki), ale mieszkał w internacie. Gdy ja we wrześniu 1949r. zakwaterowałem się w tym samym internacie mój brat już od roku był uczniem Technikum Rolniczego w Bojanowie, jednakże pamięć po Adamie wśród wcześniejszych mieszkańców pozostała. Mimo, iż byłem najmłodszy to z uwagi na wyczyny brata traktowano mnie przyjaźnie. W internacie były sale do nauki, gdzie ciszy i porządku pilnowali wybrani przez kolegów seniorzy. W jednej z sal seniorem był mój brat. Najmłodszym jego podopiecznym był Młynarczyk - syn kierownika szkoły ze Stefanowa. Jak to bywa wśród dzieci i dorastającej młodzieży zawsze znajdzie się taki, któremu robią psikusy. Młynarczyk miał bardzo duże uszy i kiedyś Adam kazał go położyć na stole, by zmierzyć mu rozpiętość między czubkami uszu. Ponoć była rekordowa!
          Zdarzyło się, że podpadł starszym kolegom i pewnej nocy zrobili mu kocówę. Gdy spał to złapali od tyłu koc, zakryli nim głowę i dwóch go tak trzymało, a inni pasami lali go po tyłku. Adam nie mógł się wyrwać, ale jednego z oprawców z całą mocą kopnął, tak że usłyszał jak potoczył się na inne łóżka i zająknął. Na drugi dzień bacznie obserwował jak kto wygląda. Okazało się, że starszy kolega Ambrosionek ze Zbąszynia mocno kuleje i nie chodzi na lekcje. Później dowiedział się, że to on ucierpiał od kopniaka.


Adam Jazdon jako harcerz.

           Adaś był harcerzem już w Karnie. Pełnił funkcję zastępowego. Z hufcem ze szkół wolsztyńskich pojechali na obóz harcerski. Bardzo barwnie opowiadał o swych przeżyciach na tym zgrupowaniu, jak próbowano zabrać flagę obozową, której w nocy pilnował, o podchodach do obozów dziewcząt, no i o zdobywaniu sprawności. A zdobył prawie wszystkie i potem przyszył je na klapie mundurka. Bardzo ładnie to wyglądało i Adam czuł się z nich dumny. Zdobycie pojedynczej sprawności nie było wcale łatwe.
          Jak tylko ukazały się w tych pierwszych latach powojennych nowe filmy w kinie Tatry Adaś był jednym z pierwszych, który je oglądał. Pamiętam z jego bardzo dokładnych i niezwykle ciekawych relacji amerykański film o lotnikach, pt. "Mściwy jastrząb" oraz o wyścigach konnych "Wielka nagroda". Od bardzo wczesnych lat czytał książki - powieści. Jedną z pierwszych były "Przygody Robinsona Crusoe". Adaś nam bardzo dokładnie i interesująco opowiadał kolejny rozdział. Gdy ja później zapoznałem się z tą książką miałem uczucie, że nic nie jest mi obce. Czekałem kiedy Robinson zdobędzie kozę, kiedy z rozbitego okrętu zaopatrzy się w siekierę, piłę oraz inne narzędzia, no i kiedy Piętaszek zacznie być jego towarzyszem.
          Okres dojrzewania przechodził dość wyraziście. Nie podobało mu się, że obyczaje w naszym domu odbiegają od norm zauważonych w innych gospodarskich rodzinach. Przestał mówić "mamusia", "tatuś", tylko "tata", "ojciec co bydziemy robić dzisiaj?", "Matka co dacie na obiad?". Było to szokujące dla pozostałych domowników. W dniu mojej pierwszej komunii świętej byliśmy na przeciwstawnych biegunach. Ja jak każde dziecko przeżywałem ten dzień zbliżony sobą do świętości. Dzień wcześniej mój brat wrócił późnym wieczorem w niezbyt trzeźwym stanie. Pamiętam jak ojciec go dopadł w oborze i tam sprawił mu soczyste smary. Szybko wrócił do normy w poprawnym zachowaniu.


Adam Jazdon jako młodzieniec.

           W 1948 roku na własne zdecydowane życzenie zapisał się do Technikum Rolniczego w Bojanowie. Szkoła ta cieszyła się wtedy bardzo dobrą opinią. W rankingu ogólnopolskim zajmowało jedno z pierwszych miejsc. Przed absolwentami otwierały się drzwi wszystkich zakładów rolniczych. Adaś się tam bardzo dobrze czuł. Był lubiany przez kolegów i nauczycieli. Po latach Jurek Nickel także kończył tę szkołę i opowiadał, że kiedyś z klasą jadąc pociągiem na wycieczkę do Wrocławia rozmawiali z dyrektorem Kryszkiewiczem o historii szkoły. Dyrektor wspominał jacy byli uczniowie przed dziesięciu laty: "Kowalski... i Adaś Jazdon! Co to byli za chłopacy!". Ja w 1951 roku byłem Alumnem małego Arcybiskupiego Seminarium Duchownego w Wolsztynie. To były już lata największego terroru stalinowskiego. Ze szkół państwowych zwalniano pedagogów (przeważnie bardzo dobrych) o nieodpowiednim klasowo pochodzeniu. Do naszego seminarium został przyjęty nauczyciel matematyki i fizyki z technikum w Bojanowie hr. inż. Górski. Pamiętam, gdy po pierwszych lekcjach z chemii przepytywał mnie. Nie znałem wzoru sili kuchennej. Był bardzo zdziwiony i powiedział do mnie: "Brat Adasia nie zna tak podstawowego wzoru". "Co ten Adaś by na to powiedział ! Jak by się zawstydził!" Byłem tym trochę zaskoczony. Miałem przekonanie, że mój brat z przedmiotów ścisłych nie był orłem. Gdy tylko spotkaliśmy się na Gwiazdkę w domu zaraz mu opowiedziałem o prof. Górskim i zapytałem: "Powiedz mi, jaki jest wzór soli kuchennej?" A on na to: "Jak to nie wiesz? Takich podstawowych rzeczy nie znasz!!!"... On nie wiedział.
           W technikum Adaś zawarł przyjaźnie, które podtrzymywał do końca życia. W 1950 roku w 17 roku życia zdał maturę i zaraz jesienią tego roku dostał nakaz pracy do zespołu PGR Gorawino w pow. Kołobrzeg (zjednoczenie PGR Koszalin). To była straszna dziura, ale Adaś się szybko zaaklimatyzował i po trzech latach w wieku 21 lat został głównym zootechnikiem i zastępcą dyrektora zespołu PGR. Przeżywał najpiękniejsze dla niego dni młodzieńczego życia. Pracował tam 7 lat i śniły mu się one chyba do końca życia. Przez pierwsze trzy lata pracował z kolegą Cichym - starszym absolwentem Bojanowa, mieszkańcem Górki Duchownej. Bardzo się zaprzyjaźnili. Kolega dobrze wprowadził Adama w tajniki zawodu zootechnika.
           Będąc samodzielnym szefem produkcji zwierzęcej wprowadzał w gospodarstwach zmiany wg własnego upodobania. Jedną ze zmian było utworzenie zarodowej obory z najlepszych krów wybranych z poszczególnych majątków zespołu. Udało mu się to przeprowadzić mimo znacznych oporów oborowych i kierowników. Wzorcowa hodowla ulokowana w Gorawinie była oczkiem w głowie głównego specjalisty od hodowli zwierząt. Wtedy nie było jeszcze inseminacji. W każdej oborze był stadnik, jeden lub więcej, zależnie od pogłowia krów. Buhaje wykorzystywano w zaprzęgu dla potrzeby fabrykowania zaopatrzenia w karmę, wywóz obornika, itp. Sprawny buhaj nie mógł mieć dużego brzucha i Adaś zalecił ograniczyć porcję wodopoju. W efekcie byki stale były spragnione. Kiedyś taki buhaj zaprzęgnięty w wóz naładowany słomą wyrwał się fornalowi i z całą furą wjechał do stawu pijąc do syta.
          Siłą pociągową były wtedy wyłącznie konie. Adam poznawał każdy zaprzęg i bezbłędnie określał z jakiego gospodarstwa pochodził. Wszystkie gospodarstwa objeżdżał konno wierzchem. Powozu nie używał. Umiał sobie wybrać dobrego konia. Jeden z jego ulubieńców chodził zabiedzony, w którejś fornalce. Nikt by nie zwrócił nań uwagi, ale mój brat wypatrzył w nim wysokiej klasy wierzchowca. Do jazdy konnej ubierał się w jasny kremowy strój. Bryczesy szyte u najlepszych krawców, piękne oficerki. Mówiono nań hrabia. Rodząca się wokół proletariacka świadomość chłopska widziała w nim nieklasowe pochodzenie. Kiedyś jechał wierzchem i mijał przechodzący hufiec OCHP dziewcząt. Ze zrozumiałym chichotem z jednej strony i wyprężoną, ułańską z drugiej ujechał jeszcze parę metrów i koń zaczął mu się potykać. Po prostu zachwacił się. Mógł stąpać tylko drobnym kroczkiem. Jadąc tak zrównał się z podpitym kolejarzem prowadzącym rower. Był to agitator przodującej klasy, chyba niedawno przeszkolony. Widząc elegancika jął mu wygadywać od paniczy, itp. A koń ani rusz szybciej. I tak przez dłuższy czas słuchał tej paplaniny. Kiedy opowiedział o tej sytuacji kolegom to ci szczerze się śmiali, bo powiedzieli, że takie problemy z ochwatem zdarzały się ułanom, gdy przejeżdżali przy podobnym spotkaniu z dziewczętami (bruk zostawiały śliski).
           W Gorawinie i przynależnych zespołowi gospodarstwach pracowali autochtoni niemieccy. Adam był tam jedynym tłumaczem umożliwiającym tamtejszym ludziom porozumienie z ludnością polskojęzyczną. Przeważnie byli to osiedleńcy folwarczni z kresów wschodnich. Jaki poziom kulturalny oni reprezentowali ilustruje jedno ze zdarzeń opisanych przez brata. Otóż w ramach odgórnej akcji kadra zespołu była zobowiązana dokonać przeglądu domków, rzadziej bloków, tj. miejsc zamieszkania pracowników PGR. W jednym z mieszkań ludzie na środku kuchni mieli kopczyk węgla i na nim bawiło niesamowicie brudne dziecko. Ściany i sufity były zadymione. Z szafy wyciągnęli kupon z nagniłym już pięknym materiałem ubraniowym. Panował powszechny zaduch. Kojarzy mi się to z tym co w ramach wspomnień o Jerzym Kapuścińskim przedstawiono w opisie białoruskiego pociągu kolejowego z lat 90-tych: "Ciemność, zabrudzone szyby z jednej i drugie strony nigdy już chyba nie myte. Deszcz nie tylko, że nie spłukuje, ale przyklepuje ten stary brud. Nieprawdopodobny zaduch, smród od potu, nadgniłych ziemniaków, ognojonych butów, podpasek". Tacy ludzie byli przesiedlani na ziemie zachodnie.
           W różnych odstępach czasu przyjeżdżali inspektorzy WZ PGR. Nie było hotelu ani pokoi gościnnych i Adaś w takich sytuacjach oferował swoje lokum. Jeszcze gdy pracował kolega Cichy będąc z nim na naradzie w Koszalinie Adaś po raz pierwszy wystąpił ze sprawozdaniem stając przed mównicą. Miał wtedy 18-19 lat. Był pod takim wrażeniem, że nie mógł wydobyć z siebie słowa. Wybawił go z opresji kolega Cichy. Po tym incydencie szybko się przełamał i na kolejnych naradach dał się poznać jako dobry, sensowny mówca. Z tego powodu został włączony do delegacji, która ze sprawozdaniem Zjednoczenia PGR Koszalin pojechało do Ministerstwa PGR w Warszawie. Tam w jednym z departamentów, któremu dyrektorował dawny antagonista mego ojca, dawny szef PPR w Wolsztynie - Bączyk, zostali poddani praniu mózgów. Po zakończeniu, gdy już wychodzili z gabinetu to zamiast na korytarz otworzyli drzwi od szafy. Gdy Adaś opowiadał to wujkowi Wiktorowi w tamtym czasie kierownikowi PGR Jeziorki, ten zaraz spytał: "Czy czasem nie chciałeś wychodzić przez szafę?".


Po lewej Wiktor Nickel z małżonką Izabelą z domu Dałkowską. Na drugiej fotografii w prochowcu na koźle siedzi Tadeusz Nickel, za nim łysy Ludwik Jazdon herbu Półkozic.

          Adaś był w Górawinie 7 lat. Każdego roku wykorzystywał cztery tygodnie urlopu wypoczynkowego. Wszystkie z tych wakacji spędzał w Karnie, ciężko pracując od pierwszych do ostatnich godzin przed wyjazdem. Z reguły było to w okresie żniw na przełomie lipca i sierpnia. Nie było Gwiazdki, czy Wielkiej nocy by nie przyjechał na święta do domu. Pod koniec jego pobytu na zachodzie niedaleko Gorawina w Karlinie (nasze dzisiejsze zagłębie naftowe) podjął w tamtejszym PGR wujek Tadeusz Nickel. Często się wzajemnie odwiedzali. Wujek czuł się bardzo samotny, bo rodzina została w Dolsku. Bardzo przeżywał rozłąkę, czego nie krył przed Adamem.
          Nastał rok 1957. Reorganizowano strukturę zarządzania PGR-ami. Adam nie korzysta z oferowanych mu stanowisk. Wraca na stałe do domu do Karny. Obowiązkowe kontyngenty zbożowe, ziemniaczane w żywcu i mleku oraz zobowiązania pieniężne zrujnowały nasze gospodarstwo doprowadzając do sytuacji, że nie było nawet karmy dla bydła. Adaś by nakarmić krowy robił parzonki ze słomy i wapna. Konie były tak wychudzone, że trzeba je było rano podnosić prowizoryczną dźwignią z powrozami, taką jak się stosuje w budownictwie przy wciąganiu wiader na piętra. Wszystkie użytki rolne były obsiewane co roku. Jako pierwsze założył dwa hektary łąk i pastwisk, bowiem powierzchnie użytków zielonych były zwolnione z obowiązkowych dostaw płodów rolnych. Wprowadził wiele udogodnień w budynkach gospodarczych. Rzeczy podstawowe, których potrzeby nie dostrzegał nasz ojciec, bo wszystkie prace przy obrządku wykonywał Rozynek i Marysia, np. siano znoszone ze spichrza po schodach. Adaś nad paszarnią wybił otwór wielkości 1mx1,5m w posadzce spichrza i tędy zssuwał siano. Na zewnątrz spichrza wykuł dwa dodatkowe kafry (dwuskrzydłowe bramki), którymi ładowano siano. Z tyłu obory wykuł drugą bramę, dzięki czemu ułatwił wywóz obornika i wwóz kiszonek. Nie zawsze znajdował u ojca zrozumienie z powodu tych innowacji. Powodowało to spięcia.


Adam Jazdon w Gorawinie. Gorawino było zawsze miejscowością tętniącą życiem. Leżąc na trasie z Kołobrzegu do Szczecina i Rymania wieś dość szybko się rozwijała. Założona była w średniowieczu. Najstarsza pisana informacja o miejscowości Gorawino pochodzi z 1224 roku. Wtedy to, wdowa po księciu pomorskim, Anastazja (córka Mieszka III starego, ur. ok. 1160 r., żona księcia pomorskiego Bogusława I), przeniosła własność wielu miejscowości pod młody ówcześnie klasztor w Białobokach (Belbuck) koło Trzebiatowa, z podległości klasztoru żeńskiego w Trzebiatowie. (oprac. Tadeusz Dach)

          Po roku zatrudnił się w PGR Modrze k. Stęszewa m.in. po to by uzupełnić swoją wiedzę i praktykę agrotechniczną. W Modrzu był wtedy punkt kopulacyjny stadniny ogierów. Jeden z nich, srokacz, którego dosiadał Adaś był wypożyczony przez realizatorów filmu "Krzyżacy" (w filmie dosiada go Jagienka). Adama namawiano, by statystował w tym filmie.
          Po niecałym roku gdy nie było już w Karnie Rozynka wrócił do domu. Był nieszczęśliwy. Czuł się społecznie zdegradowany. Praca była bardzo, bardzo ciężka, a efekty mierne i żadnych perspektyw polepszenia jego sytuacji. Jego nastrój udzielił się całej rodzinie. Zapragnęliśmy sprzedać Karnę, marzenie i dorobek całego życia mego ojca. Powstała sytuacja patowa. Ja trzymałem stronę brata. Po ukończonych studiach w 1961r. nie poszedłem na roczny staż pracy, tylko wróciłem do domu by wspólnie zrealizować sprzedaż Karny.
          Ojciec zmarł 15 kwietnia 1962 roku. W 1963 r. Adaś zakłada z Gercią rodzinę. Mają nadzieję, że wyjdą z dołka wspólnie gospodarując w Karnie. Wkrótce umiera pan Dzięcioł, ojciec żony Adama, a jej brat Paweł zaczyna odwiedzać szpitale i senatoria. Jest nieodwracalnie chory na gościec postępowy. Adam z żoną muszą opiekować się dwoma gospodarstwami, dwoma domami, a tu rok po roku pojawiają się synowie. W 1964 r. Tomek, 1965 Andrzej, 1966 Jakub. Dopiero oni dorósłszy znaleźli szczęście, sukcesy i ogólne zadowolenie z pracy w rolnictwie.