50-lecie małżeństwa Marii Jazdon i Zbigniewa Gałuszków


          2 luty 1956r. Wielki mróz. Białe róże w moim ślubnym bukiecie. Wydawały się cały czas takie piękne, ale nikomu nie przyszło do głowy, że są zamrożone. Ksiądz Bałoniak udzielał nam ślubu w kościele w Siedlcu. Było tak uroczyście, że po ceremonii w okolicznej parafii poszła fama, że "to pewnie była siostra ks. Proboszcza, bo komu by taki ślub uszykował". Kościół ze specjalnie rozłożonymi dywanami, udekorowany bukietami kwiatów. O 6.00 wieczorem odprawiona msza św., kiedy zawsze ślubów udzielano w niedzielę o godz. 11.00! A my tu tak wszystko inaczej. A to dzięki mym rodzicom, którzy byli w zażyłych stosunkach z księdzem proboszczem. Nawzajem się odwiedzali.

          Po powrocie z kościoła przyjęcie urządziliśmy w baraku. W baraku wielka sala. Nahajcowane w dużym, wysokim piecu, który zresztą otrzymałam później jako wiano kiedy wyjeżdżałam do Zadziela. Ważył chyba 800 kilo, albo więcej. Po przewiezieniu go przez 550 kilometrów musieliśmy z niego zrezygnować, bo przy wnoszeniu do naszego mieszkania zaczęły się łamać schody.
(fragment wywiadu z Marią Jazdon-Gałuszka nagranego w sierpniu 2004r.)

          W związku z jubileuszem 50-tej rocznicy naszego ślubu zostaliśmy zaproszenie przez starostę wraz z sześcioma innymi parami na uroczyste wręczenie nam w imieniu Prezydenta Rzeczypospolitej "Orderu za długie pożycie małżeńskie". Otrzymałam piękne kwiaty, a mój mąż kołdrę. Na zakończenie w zamku Habsburgów spożyliśmy razem w wytwornej sali obiad i wypiliśmy kawę.
Maria Jazdon-Gałuszka